Jak poskromić banki

Les Leopold
23 stycznia 2013

Prawda jest prosta: gigantyczny system bankowy pasożytuje na naszej gospodarce. Wysysa nasze bogactwo. I jest całkowicie poza kontrolą.

Amerykanie domagają się sprawiedliwości i mają do tego prawo. Byliśmy świadkami, jak nasi bankierzy popełniali wszystkie możliwe do wyobrażenia przestępstwa finansowe. Wykorzystywali poufne informacje. Manipulowali rynkami. Fałszowali przewidywania notowań giełdowych. Ustalali ceny. Sprzedawali papiery wartościowe, mające z założenia tracić na wartości, po to by móc w odpowiedni sposób je obstawić. Prali brudne pieniądze dla łajdackich reżymów. Stworzyli banki, które są „zbyt duże, by upaść”, aby móc bezkarnie uprawiać hazard, wiedząc, że i tak będziemy musieli je bez końca dofinansowywać. I wspólnie zniszczyli gospodarkę, sprawiając, że 8 milionów ludzi straciło pracę.

Czy nie byłoby cudownie zobaczyć tych finansowych zbrodniarzy w kajdankach?

Mogłoby to oczywiście zaspokoić nasze pragnienie sprawiedliwości lub nawet odwetu, lecz nie rozwiązałoby problemu z systemem bankowym. Nie uczyni tego również przywrócenie ustawy Glassa-Steagalla, która oddzielała bankowość inwestycyjną (część hazardowa) od detalicznej (gdzie nasze depozyty są gwarantowane przez rząd federalny). Nie załatwi sprawy nawet prawidłowe wprowadzenie w życie ustawy Dodda-Franka, która ponoć zaprojektowana została w celu zapobieżenia następnemu załamaniu rynku finansowego.

Żadna z tych rzeczy nie zadziała, ponieważ nawet jeśli zostaną z całą stanowczością zastosowane, nadal będzie istniał nasz system bankowy, który jest zbyt duży, by upaść. I nadal codziennie będzie zdzierał skórę z każdego z nas. Co gorsza, nawet gdybyśmy wsadzili za kratki wszystkich prezesów banków i zastąpili ich świętymi wybranymi przez Ralpha Nadera, gigantyczne banki w dalszym ciągu zagrażałyby naszej gospodarce i miejscom pracy, jeśli będziemy należeć do mających pracę szczęściarzy.

Prawda jest prosta – nasz gigantyczny system finansowy jak pasożyt zżera naszą gospodarkę. Wysysa nasze bogactwo. I jest całkowicie poza kontrolą. Żaden prezes banku nie jest obecnie w stanie skutecznie zarządzać podlegającymi mu imperiami. Żadne ciało nadzorujące nie poradzi sobie z grami finansowymi prowadzonymi tuż pod ich nosem. Jest to po prostu niemożliwe. Jeśli coś jest zbyt duże, by upaść, jest też zbyt duże, by móc to kontrolować.

Rzeczywiste zagrożenia sięgają jeszcze głębiej. Bankowość ma w założeniu spełniać relatywnie prostą, lecz niezwykle ważną funkcję: przekształcanie naszych oszczędności w inwestycje. Jest ona tak prosta i oczywista, że większość podręczników wprowadzających do ekonomii prawie o niej nie wspomina. Lecz kiedy banki zamieniają się w kasyna, ta prosta rola staje się niezwykle skomplikowanym i niebezpiecznym zadaniem. Apologeci obecnego systemu finansowego mówią nam, że dzięki tym kasynom jest on bardziej wydajny, a także następuje rozproszenie i redukcja ryzyka. Może to i prawda…ale na pewno nie na tej planecie.

Wracając na Ziemię, kasyna bankowe są takie same, jak każde inne kasyno. Ich przeznaczeniem jest robienie pieniędzy z pieniędzy na wszelkie możliwe sposoby i tak szybko, jak tylko się da. Jeśli mogą sfałszować wskaźniki rynkowe – zrobią to. (Mówiąc w skrócie, na tym właśnie polegał skandal LIBOR.) Jeśli mogą oszukać klienta, sprzedając mu uszkodzony towar, możecie być pewni, że to zrobią. Jeśli będą mogły usunąć zapisy operacji z ksiąg rachunkowych, zrobią to bez namysłu. Bezustannie naginają i łamią przepisy. A gdy zostają przyłapani – obwiniają ludzi, którzy im podlegają, lub bank po drugiej stronie ulicy albo instytucję nadzorującą, która nie wywiązała się ze swoich obowiązków, a może nawet biednego ciapę: właściciela domu, który nie przeczytał kilku zapisanych drobnym drukiem linijek.

Za każdym razem, gdy zostają przyłapani na skandalicznym postępowaniu (a każdy duży bank został już przyłapany), podkreślają swoje nieskazitelne etyczne zasady, które stawiają na pierwszym miejscu konsumenta. Chełpią się również rozbudowanymi i rygorystycznymi systemami zarządzania ryzykiem, mającymi zapobiegać stratom. Cokolwiek się zdarzy, twierdzą, że było to niewielkie naruszenie przepisów, wypadek, pojedynczy łobuz – spekulant giełdowy, nieudolny menedżer albo nieporozumienie. A ci, którzy są na górze, chronieni są zawsze przed jakąkolwiek odpowiedzialnością.

Wszystko to ma na celu ukrycie oczywistej prawdy: banki zbyt duże, by upaść, są drapieżcami, a my jesteśmy ich łupem.

I mówimy tutaj o bardzo dużych i potężnych drapieżcach – są one tak olbrzymie, że mogą dowolnie ustalać ceny. (Zob. artykuł w „New York Times” z 9 sierpnia, „With Low Rates Banks Increase Mortgage Profits”, o tym, w jaki sposób wielkie banki pobierają od nas nadmierne opłaty za kredyty hipoteczne.)

Nie powinniśmy być zaskoczeni. Największe banki stają się po prostu coraz większe. W r. 1994 majątek sześciu największych banków w USA stanowił równowartość 17% amerykańskiej gospodarki. Do 2009 r., po krachu i bailoutach, było to już imponujące 63%. Do marca 2010 r. sześć największych banków amerykańskich (Bank of America, JP Morgan Chase, CitiGroup, Well Fargo, Goldman Sachs i Morgan Stanley) posiadało aktywa o wartości 9,2 bln dolarów. (Ile to jest? To tyle, ile wartość netto połączonych majątków 119 milionów przeciętnych Amerykanów.)

Sześć największych instytucji finansowych, marzec 2010 (całkowite aktywa)
Sześć największych instytucji finansowych, marzec 2010 (całkowite aktywa)

Ze względu na ich wielkość nie możemy pozwolić tym bankom upaść – przenigdy. Ze względu na ich wielkość nie ma możliwości, żeby establishment polityczny mógł oprzeć się ich naciskom i datkom na kampanie. Ze względu na ich wielkość, nie ma możliwości, żeby nas system sądowniczy był w stanie skontrolować sposób, w jaki drenują nasze kieszenie.

Czy nie powinniśmy po prostu podzielić ich na mniejsze części?

Na pierwszy rzut oka wydaje się to znakomitym pomysłem. Rozbijmy je w drobny mak, tak, by żaden bank nie mógł nigdy więcej osiągnąć takich rozmiarów. Jestem za tym, żeby spróbować to zrobić. Ale obawiam się, że setki, jeśli nie tysiące banków, które wtedy powstaną, i tak znajdą sposób, aby przepuścić nasze pieniądze. Wiele z tych banków może jednocześnie upaść – tak jak w czasie Wielkiego Kryzysu czy podczas załamania rynków finansowych w latach 80. Poza tym byłoby bardzo trudno skontrolować powiązania między tymi bankami, a także ich związki z wielkimi korporacjami spoza sektora bankowego. Do nadzorowania tak wielu prywatnych podmiotów bankowych potrzebna by była astronomiczna liczba przepisów i urzędników. I mogę się założyć, że dalej mielibyśmy ten sam podstawowy problem: gdziekolwiek możliwe jest zarobienie ogromnych pieniędzy za pomocą finansowych kasyn, małych czy dużych, znajdujemy się w niebezpieczeństwie.

A może przekształcić banki w przedsiębiorstwa użyteczności publicznej?

Kiedy w 2009 r. pisałem The Looting of America, ciągle jeszcze liczyłem na podstawowe reformy: postawienie bankierów przed sądem, nowe ustawy, przywrócenie ustawy Glassa-Steagalla itd. Ale nawet wtedy niepokoiłem się, że te zmiany mogą być skazane na niepowodzenie:

„Być może największy problem z nieśmiałym podejściem naszych rządów do kryzysu finansowego polega na tym, że ono po prostu nie może być skuteczne. Decydujemy się na ryzykowną opcję, że w jakiś sposób poprzez mieszaninę bailoutów, regulacji i nadzoru możemy wyeliminować niestabilność finansową. Ale historia nie daje powodów do optymizmu. Nigdy przedtem tak wiele ludzkiej energii nie poświęcono na badanie, analizowanie i zarządzanie gospodarką. Mimo to najbardziej zaawansowany i wyrafinowany system jaki do tej pory stworzono upadł. Nic nie pomogły nasze podręczniki, badania naukowe i teorie wolnego rynku. I jeśli nie zmienimy całkowicie naszego sposobu działania, upadnie ponownie.
Miejmy nadzieję, że nie roztrwonimy dużej części dziedzictwa naszych dzieci, ponieważ nie mieliśmy odwagi zrobić tego co jest oczywiste: przejąć upadające banki, drastycznie obniżyć astronomiczne pensje bankierów, poddać kontroli ich ryzykowną inżynierię finansową i zarządzać tymi cholernymi sprawami dla dobra nas wszystkich”.

Od tego czasu dowiedzieliśmy się w bolesny sposób, że w nowoczesnej globalnej gospodarce zakrojona na dużą skalę bankowość prywatna po prostu się nie sprawdza. Myślę, że zamiast rozbijać je na mniejsze prywatne banki, nadszedł czas, by je przejąć i zarządzać nimi jak przedsiębiorstwami użyteczności publicznej, płacąc przyzwoite pensje służby cywilnej, i ani grosza więcej. Zamiast powoływania jednego wielkiego banku narodowego, powinniśmy raczej rozważyć stworzenie wielu banków stanowych (ich liczba powinna zależeć od wielkości stanu). Północna Dakota ma jeszcze taki bank i radzi on sobie bardzo dobrze. Wtedy zarządzający nimi pracownicy sektora publicznego będą mogli skoncentrować się na przekształcaniu naszych oszczędności w dobre inwestycje, zamiast na przesuwaniu żetonów w oszukańczej bankowej ruletce.

Ale czy nie będziemy wówczas zależni od nieudolnych biurokratów?

Czy sądzicie, że pracownicy sektora publicznego byliby w stanie narozrabiać bardziej od pośredników organizujących kredyty hipoteczne, którzy swoimi kłamstwami i zwyczajnym złodziejstwem doprowadzili do kryzysu finansowego? Czy rzeczywiście tęsknilibyście za krętaczami, którzy sprzedali niebezpieczne kredyty hipoteczne o zmiennym oprocentowaniu emerytom posiadającym już bezpieczne kredyty o stałym oprocentowaniu? Czy usychalibyście z tęsknoty za czasami, kiedy bankierzy sprzedawali toksyczne aktywa okręgom szkolnym i różnym władzom samorządowym na całym świecie? Czy martwicie się, że będziecie odczuwać tęsknotę za bankierami, którzy zarobili miliardy na zwyżkach, a następnie obarczyli podatników stratami, kiedy sprawy przybrały niekorzystny obrót?

I proszę, nie posługujcie się Fannie Mae i Freddie Mac jako kontrprzykładem. Te giganty na rynku kredytów hipotecznych, zanim zostały znacjonalizowane po całkowitym upadku, były zarządzane jak podmioty prywatne – razem z akcjonariuszami i wysoko opłacanymi prezesami – wszystko wspierane bezwarunkowymi gwarancjami rządowymi. Był to najgorszy przykład partnerstwa publiczno-prywatnego. Stać nas na coś lepszego.

Czy obniżając tak drastycznie wynagrodzenia nie stracimy naszych bankowych talentów?

Tak, stracimy ich – i będziemy za to dziękować Bogu. Tysiące niezwykle utalentowanych ludzi wybierają karierę w bankowości z powodu wiążących się z nią ogromnych korzyści finansowych. Jako zbiorowość szkodzą naszej gospodarce. Byłoby o wiele lepiej, gdyby ta potężna rzeka talentów zasiliła medycynę, naukę i edukację.

Pomyślcie tylko, co powoduje obecny system: zwabiamy naszych najlepszych i najbardziej utalentowanych ludzi do sektora finansowego, ponieważ mogą w nim zarabiać dosłownie miliony dolarów na GODZINĘ. Żeby to zrobić, narażają na ogromne ryzyko naszą gospodarkę. Gdyby ktoś z innej planety spojrzał na to co robimy, z pewnością zapytałby: „Czemu zatrudniacie niektóre z największych talentów na Ziemi po to, by zniszczyć samych siebie?”.

Ale czy nie jest to jawny socjalizm?

Jest to socjalistyczne w takim samym stopniu, jak lokalna policja lub straż pożarna. Historia nauczyła nas, że niektóre instytucje najlepiej służą dobru wspólnemu, jeśli są prowadzone jako przedsiębiorstwa użyteczności publicznej.

Ogólnie rzec biorąc, wolny rynek sprawdza się w miarę dobrze w gospodarce poza sektorem finansowym. (Tak, oczywiście potrzebne są bardzo surowe przepisy dotyczące ochrony środowiska, ochrony zdrowia i BHP. Niezbędny jest również silny ruch związkowy, by kontrolować i równoważyć potęgę korporacji.) Lecz nasz prywatny sektor bankowy zaprzecza najbardziej podstawowym prawom kapitalizmu: zarówno zyski jak i straty powinny należeć do przedsiębiorców i inwestorów, a nie społeczeństwa. Co więcej, jeśli naprawdę zależy nam na zachowaniu kapitalizmu w realnej gospodarce, nie możemy pozwolić na całkowite rozpasanie kapitału finansowego, skutkujące brakiem stabilności i załamaniami. Prędzej czy później będziemy zmuszeni znacjonalizować sektor bankowy. Uratowaliśmy banki. Poręczyliśmy setki miliardów toksycznych aktywów. Wsparliśmy je bilionami dolarów praktycznie nieoprocentowanych pożyczek. Wziąwszy pod uwagę skalę naszej pomocy, zgodnie z zasadami kapitalizmu już powinniśmy być ich właścicielami. (Możecie być pewni, że gdyby Warren Buffet dostarczył bankom takich funduszów, byłby już właścicielem ich wszystkich.) Po prostu nie starczyło nam odwagi, by je przejąć.

Rozejrzyjcie się dookoła i zobaczycie wszędzie zniszczenia spowodowane przez wielkie prywatne banki. Bezrobotni, puste domy, walczące o przetrwanie rodziny, załamujące się budżety na poziomie stanowymi i lokalnym – wszystko to są skutki naszego sektora bankowego, który utracił wszelkie hamulce.

Jak to do diabła można zrobić w Ameryce – kraju, gdzie lobby bankowe zawłaszczyło Kongres? Czy ten plan nie jest odrobinę nieprawdopodobny i nierealistyczny?

Oczywiście, że tak. Ale czy ta uwaga nie odnosi się także do jakiejkolwiek próby zreformowania systemu bankowego? W obecnej sytuacji, gdy bankierzy sprawują władzę, zaciekle sabotowane są nawet najmniejsze reformy. Więc co jest w tej chwili realistyczne? Prawie nic.

Lecz w apogeum kryzysu w 2008 r., gdy banki na kolanach błagały o pomoc, było inaczej. Wtedy był czas na działanie. Ale nie zrobiliśmy nic. Dlaczego? Jednym z powodów jest to, że siły progresywne nie miały wizji tego, jak powinien wyglądać sektor bankowy. Ulegliśmy koncepcji, że prywatna bankowość jest czymś oczywistym, i z tego powodu nasze „reformy” nie miały do zaoferowania żadnej alternatywy. Wydaje się, że celem stało się przywrócenie ustawy Dodda-Franka. Jak bardzo było to realistyczne?

Sądzę, że bardzo realistyczną rzeczą jest zastanowienie się nad tym, co zrobimy, gdy znowu załamie się system… a z pewnością się załamie. Czy mamy zamiar ponownie zgodzić się na ratowanie banków i pozostawienie ich w prywatnych rękach? Czy też może będziemy mieli racjonalny plan przekształcenia ich w przedsiębiorstwa użyteczności publicznej?

Naturalnie samo posiadanie planu niczego nie zmieni. Ale jeśli nie będziemy wiedzieć, czego tak naprawdę chcemy, nic nie uzyskamy, a nawet gorzej – narazimy się na następne ataki na usługi publiczne, pracowników sektora publicznego i przepisy dotyczące ochrony środowiska.

Jest jeszcze do rozważenia kwestia twardej, chłodnej polityki. Domagając się końca zakrojonej na szeroką skalę prywatnej bankowości, możemy przyczynić się do przestawienia debaty na inne tory. Jeśli ta idea rozprzestrzeni się i zyska na wiarygodności, reformy takie jak ustawa Glassa-Steagalla lub pozwolenie na bankructwo dużych banków zaczną wyglądać na umiarkowane w porównaniu do całkowitego zniesienia bankowości prywatnej.

Wiecie, że to prawda. Musimy położyć kres bankom „zbyt wielkim, by upaść”, zamiast przedstawiać kolejne reformy, które są zbyt małe, i na które jest już po prostu za późno.

Artykuł „There’s Only One Solution That Might Fix Our Corrupt Financial System” ukazał się pierwotnie na portalu AlterNet 14 sierpnia 2012 r. Przeł. Jan Skoczylas.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *