Ile jest warta twoja praca

Bartłomiej Kozek
31 maja 2013

Obserwowanie gigantycznych odpraw dla odchodzącej z upadłych banków kadry menedżerskiej na Zachodzie przyprawiło o migrenę sporą rzeszę ludzi. Co musieli sobie myśleć ci, którzy w wyniku spekulacji szefostwa stracili pracę, a publicznych pieniędzy nie wystarczyło na ratowanie ich stanowisk? Kryzys unaocznił, jak wiele jest ekscesów na wolnym rynku wynagrodzeń, który z powodu braku odpowiednich regulacji wymknął się spod kontroli. Brak dostatecznie dużych możliwości hamowania wzrostu wynagrodzeń sektora „top management” przez akcjonariuszy zrobił swoje, a wzrostowi płac najwyższego szczebla towarzyszyła polityka ulg, zwolnień i obniżek podatkowych. W takiej sytuacji skala nierówności płacowych nie tylko w całej gospodarce, ale też i w poszczególnych przedsiębiorstwach przekraczać zaczęła wszelkie granice przyzwoitości. Tego zjawiska dotyczy publikacja New Economics Foundation z grudnia 2009 r. „A Bit Rich: Calculating the real value to society of different professions”.

Wyobraźmy sobie następującą sytuację: internalizujemy do płac wszelkie koszty zewnętrzne (pozytywne i negatywne) naszej działalności ekonomicznej na rynku pracy i w ten sposób kształtujemy płace. Dotychczasowa „wolna amerykanka””, oparta na określonych założeniach dotyczących kondycji ludzkiej i warunków gry rynkowej – zdaniem autorek i autorów z NEF – nie oddaje rzeczywistej wartości pracy w poszczególnych zawodach. Za główne zadanie postawili rozprawienie się z 10 mitami neoliberalizmu, dość silnymi także i nad Wisłą, legitymizującymi wzrost nierówności płacowych. Do tej pory osoby, które doprowadziły do kryzysu – a więc np. część pracowników londyńskiego City, uwikłanych w spekulacje finansowe – była hołubiona przez liderów 3 największych brytyjskich partii, podziwiających ich przedsiębiorczość i zaradność. Teraz bardzo o to trudno. NEF zdecydował się na wyliczenie wkładu społecznego i ekologicznego 6 zawodów: 3 dobrze i 3 słabo płatnych, zarówno tych wykonywanych w sektorze publicznym, jak i prywatnym, by w ten sposób pokazać, jak owe mity o rynku pracy mają się do rzeczywistości.

Popatrzmy zatem na kwestię dysproporcji płacowych między doradcami podatkowymi a pracownikami i pracownicami opieki nad dziećmi. Ci pierwsi (rzecz jasna nie wszyscy) przyczyniają się do zmniejszania się dochodów skarbu państwa, w Wielkiej Brytanii szacunki mówią o 13 miliardach funtów straconych dla budżetu z powodu ich pomocy osobom indywidualnym i 12 miliardach – przedsiębiorstwom. W tym samym czasie pracownica/pracownik żłobka czy przedszkola zarabia niewielką pensję, co wpływa również na stopień feminizacji zawodu, poziom satysfakcji z pracy i tym samym jakości świadczonej opieki. Owe brakujące 25 miliardów, jak policzono, starczyłoby na stworzenie obejmującej całość populacji opieki nad dziećmi, co skutkowałoby większą obecnością kobiet na rynku pracy, wyższymi dochodami gospodarstw domowych, mniejszą presją na pomoc socjalną itp.

Analizując w tak kompleksowy sposób rzeczywistość społeczną, Eilis Lawlor, Helen Kersley i Susan Steed doszły do wniosku, że należy do analizy skutków działalności poszczególnych zawodów zastosować narzędzia SROI – Społecznego Zwrotu z Inwestycji. W wyniku takiego działania (metodologia opisana jest szczegółowo w publikacji) obliczyły one, że najbardziej pożyteczne społecznie i ekologicznie są prace aktualnie dość nisko płatne. Wyżej pisałem o opiece nad dziećmi. Podobną pracę wykonują osoby sprzątające szpitale, w ten sposób zmniejszające śmiertelność w ich obrębie, a także pracujące przy recyklingu, przyczyniające się do zmniejszenia zanieczyszczenia środowiska, np.. emisjami metanu z wysypisk śmieci. W tym samym czasie dobrze zarabiający pracownicy sektora reklamowego, kreujący potrzeby, prowadzące m.in. do nadwagi, zaburzeń na tle nerwowym i do nadwerężenia możliwości regeneracyjnych środowiska naturalnego (już dziś Wielka Brytania konsumuje proporcjonalnie 3 razy tyle, ile proporcjonalnie powinna biorąc pod uwagę ograniczoność zasobów naturalnych), śpią dość spokojni o stan swojego konta. Biorąc pod uwagę te czynniki, wyliczono, że praca w reklamie za każdego włożonego funta przynosi 11,5 funta strat społecznych, bankiera – 7 funtów, a doradcy podatkowego – 47 funtów, podczas gdy osoba pracująca w żłobku przynosi za tego samego funta od 7 do 9,5 funtów korzyści, osoba sprzątająca szpital – 10 funtów, a zajmująca się recyklingiem – 12 funtów.

Przy okazji autorki publikacji odparowują neoliberalne mity. Np. ten, że wyższe podatki odstraszą osoby najbogatsze, przez co spadną dochody z budżetu. Przykład krajów skandynawskich, w których większość najbogatszych osób płaci podatki w ojczyźnie, świadczy, że w grę wchodzą czynniki inne niż zwierzęca niemal ucieczka od składania pieniędzy na rzecz wspólnego dobra. Ważną rolę mogą odgrywać np. różnice kulturowe czy jakość świadczonych usług publicznych. Zakwestionowane zostaje również założenie, że sektor publiczny musi być mniej efektywny od prywatnego. Po pierwsze, dysproporcje zarobkowe bywają w nim mniejsze, a poziom satysfakcji z pracy – wyższy niż w sektorze prywatnym (przynajmniej w Wielkiej Brytanii). Jego pogorszenie zaczęło się wraz z wdrażaniem mechanizmów rynkowych w jego obrębie, np. zmniejszających stabilność zatrudnienia i obniżających jakość świadczonych usług.

New Economics Foundation sugeruje, by przestać zdawać się na założenie, że na pełnym monopoli i oligopoli rynku pracy istnieje w pełni idealna konkurencja tworząca obiektywnie najlepsze odwzorowanie wyceny ludzkiej pracy. Uwzględnienie kosztów zewnętrznych, oddziaływania na społeczność lokalną i na środowisko czy dyskusja nad wprowadzeniem jakiejś formy płacy maksymalnej – to tylko niektóre z pomysłów na zmianę obecnego stanu rzeczy. Inne to m.in. inwestowanie w „zielone technologie” i zawody podnoszące jakość kapitału społecznego, w tym tworzące miejsca pracy dla kobiet.

zp8497586rq

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

5 thoughts on “Ile jest warta twoja praca

  • 31 maja 2013 at 09:47
    Permalink

    „doradcami podatkowymi (…) przyczyniają się do zmniejszania się dochodów skarbu państwa, w Wielkiej Brytanii szacunki mówią o 13 miliardach funtów straconych dla budżetu z powodu ich pomocy osobom indywidualnym i 12 miliardach – przedsiębiorstwom. (…) Owe brakujące 25 miliardów, jak policzono, starczyłoby na stworzenie obejmującej całość populacji opieki nad dziećmi, co skutkowałoby większą obecnością kobiet na rynku pracy, wyższymi dochodami gospodarstw domowych, mniejszą presją na pomoc socjalną itp.”

    Komuś się zwyczajnie w głowie nie mieści, że 25 mld mniej w budżecie oznacza właśnie ni mniej ni więcej jak 25 mld więcej w dochodach gospodarstw domowych.

  • 31 maja 2013 at 09:48
    Permalink

    „New Economics Foundation sugeruje, by przestać zdawać się na założenie, że na pełnym monopoli i oligopoli rynku pracy istnieje w pełni idealna konkurencja tworząca obiektywnie najlepsze odwzorowanie wyceny ludzkiej pracy.”

    O, tutaj wyjątkowo się zgodzę. Monopole z definicji przeczą idealnej konkurencji. To zdanie jest tak oczywistą tautologią, że tylko wariat by się z nim nie zgodził.

  • 31 maja 2013 at 09:48
    Permalink

    „Przy okazji autorki publikacji odparowują neoliberalne mity. Np. ten, że wyższe podatki odstraszą osoby najbogatsze, przez co spadną dochody z budżetu. Przykład krajów skandynawskich, w których większość najbogatszych osób płaci podatki w ojczyźnie, świadczy, że w grę wchodzą czynniki inne niż zwierzęca niemal ucieczka od składania pieniędzy na rzecz wspólnego dobra. Ważną rolę mogą odgrywać np. różnice kulturowe czy jakość świadczonych usług publicznych.”

    Czyli znowu odkrycie Ameryki, że jak nie ma spełnionej zasady ceteris paribus, to teza twierdzenie nie pokrywa się z rzeczywistością. Kto im dał dyplom? Czy one w ogóle mają jakiś dyplom?

  • 31 maja 2013 at 09:48
    Permalink

    „Zakwestionowane zostaje również założenie, że sektor publiczny musi być mniej efektywny od prywatnego. Po pierwsze, dysproporcje zarobkowe bywają w nim mniejsze, a poziom satysfakcji z pracy – wyższy niż w sektorze prywatnym (przynajmniej w Wielkiej Brytanii).”

    Od kiedy to efektywność świadczonych konsumentom usług mierzy się dysproporcjami płacy pracowników zatrudnionych przy produkcji?

  • 1 czerwca 2013 at 12:33
    Permalink

    „osoba sprzątająca szpital – 10 funtów, a zajmująca się recyklingiem – 12 funtów.”

    A i9le funtow „przynosi” wysoko oplacany lekarz? czy moze tez nalezy sie go pozbyc ze szpitala, pozostawiajac sprzataczke?

    A pan od recyklingu – same zyski. To po co te oplaty recyklingowe? fortuny za wywoz smieci?

    Jaka jest metodyka wyliczania tych ‚strat i zyskow’?

    Akurat zgadzam sie z opinia, ze poziom plac w bankach i korporacjach jest ‚nieco’ spaczony. Polecam np. ksiazke o ENRONie – ‚Pipe Dreams’ Roberta Bryce’a.

    Doradcy podatkowi – zdaje sie ze dzialaja na podstawie prawa uchwalongo przez Reprezentantow Narodu. A takze PE – gdzie pelno ‚postepowych’ partii.

    Narzedzia do walki z monopolami istnieja – nalezy z nich korzystac. Pytanie – dlaczego ktos prywatyzuje uslugi typu dostawa wody, gdzie wiadomo, ze monopol istnieje i nie da sie go usunac. Czy transport ‚publiczny’.

    Natomiast co do efektywnosci firm bedacych w posiadaniu publicznym – jak sie nie usunie nominantow politycznych to nie wierze w ich efektywnosc. I nie jest pewnym, ze szefowie takich firm nie zalatwia sobie pensji na ‚swiatowym poziomie’. Przyklad Holandii i tzw. ‚korporacji mieszkaniowych’ (po naszemu zarzady mieszkan komunalnych) – tam to sie prezesom niezle zarabia (przynajmniej w niektorych z tych firm).
    Wygooglalem sobie tez w UK oferty prac w ‚sustainability sector’ – prace w Council’ach glownie, ale nie tylko. 60+K GBP nie jest rzadkoscia. Co to znaczy zbudowac sobie zielony rynak pracy, stabilny (Councils), oplacany przez swiadomych, zielonych konsumentow.

Comments are closed.