Hiszpania zaciska pasa

Marc Gimenez , Delfina Rossi
29 sierpnia 2012

Obecny kryzys jest konsekwencją przyjęcia niezrównoważonych na dłuższą metę modeli wzrostu oraz skrajnej deregulacji systemu finansowego. Model wzrostu gospodarczego strefy euro przed r. 2008 był dwutorowy. Z jednej strony były państwa północnej Europy, opierające gospodarkę na eksporcie. Z drugiej – państwa położone na peryferiach, opierające gospodarkę na długu.

Zbyt duża, by upaść?

W ostatnich miesiącach uwagę polityków i mediów zatroskanych o przyszłość strefy euro przykuwa sytuacja w Hiszpanii, 12. największej gospodarce na świecie i 5. w Unii Europejskiej. Podobnie jak w przypadku Włoch, będących 7. co do wielkości gospodarką świata i także przechodzących finansowe turbulencje, sam rozmiar hiszpańskiej gospodarki sprawia, że ma ona dla europejskiej unii walutowej znaczenie podstawowe. Bankructwo Hiszpanii lub Włoch oznaczałoby kłopoty jeszcze większe niż niewypłacalność Irlandii, Grecji czy Portugalii. Kraje w tarapatach mogą zwrócić się o pakiet ratunkowy, którego otrzymanie uzależniane jest od głębokich reform strukturalnych oraz programów szybkiej redukcji deficytu za pomocą cięć w wydatkach publicznych. Ale w przypadku Włoch czy Hiszpanii europejskie mechanizmy ratunkowe są po prostu zbyt małe, aby uratować tak wielkie gospodarki.

Deklarowanym celem tych działań jest odzyskanie „zaufania rynków”, a tym samym umożliwienie refinansowania długu. Cel brzmi sensownie: wyższy deficyt oznacza wszak wyższe potrzeby pożyczkowe, a tym samym narastanie zadłużenia, co z kolei oznacza wzrost rentowności obligacji i wyższe wydatki na obsługę długu (zwłaszcza jeśli gospodarka jest w kiepskim stanie), a to prowadzi do jeszcze wyższego deficytu. Stanowi to na dłuższą metę zagrożenie dla zdolności państwa do świadczenia usług publicznych. Jednak ścieżka „społecznej dewaluacji” nie sprawdza się w tych krajach i nic nie zapowiada, by ich sytuacja gospodarcza się poprawiała.

Obsesja na punkcie zaciskania pasa ogranicza zagregowany popyt, powodując kurczenie się gospodarki i w efekcie spadek dochodów państwa. Głęboka recesja zwiększa ryzyko bankructwa, które w przypadku Włoch czy Hiszpanii miałoby dla Europy katastrofalne skutki. Potrzeba nam decyzji o innym kierunku, biorącym pod uwagę lekcje, jakie w ostatnich latach dał nam kryzys strefy euro. Przede wszystkim musimy uniknąć ekonomicznego załamania. Pytanie brzmi, jak pogodzić równoważenie finansów publicznych z potrzebą pobudzania wzrostu za pomocą polityki przeciwcyklicznej w duchu Keynesa.

W pułapce eurodogmatu

Jak wyjaśnił ekonomista E. Stockhammer, wspólna waluta oznaczała instytucjonalizację koncepcji monetarystycznej, zgodnie z którą bierne państwa członkowskie dążą do równowagi cen, polegając wyłącznie na mechanizmach rynkowych. Zadania Europejskiego Banku Centralnego ograniczają się do przeciwdziałania inflacji, zaś pole manewru państw członkowskich w polityce fiskalnej ograniczają wymogi Paktu Stabilności i Wzrostu. Polityka ta premiuje elastyczność rynków pracy oraz zrównoważone budżety, przy jednoczesnym braku skoordynowanej polityki płacowej na szczeblu europejskim. W logiczny sposób prowadzi to do stopniowego zmniejszania udziału płac w PKB: spadł on w ciągu ostatnich 30 lat o 15%, tak że pod koniec 2011 r. po raz pierwszy w historii zyski kapitałowe stanowiły większą część PKB niż płace.

Model wzrostu gospodarczego strefy euro przed r. 2008 był dwutorowy. Z jednej strony mieliśmy państwa północnej Europy, opierające gospodarkę na eksporcie, zarówno wewnątrz strefy euro, jak i poza nią. Dodatkowo zwiększały one swą konkurencyjność redukowaniem realnych kosztów pracy. Z drugiej strony mieliśmy państwa położone na peryferiach, opierające gospodarkę na długu – ich wzrost wynikał z pobudzania popytu wewnętrznego za pomocą publicznego i prywatnego zadłużenia, czemu sprzyjała deregulacja systemu finansowego. Po wybuchu globalnego kryzysu kraje zorientowane na eksport musiały zmierzyć się ze zmniejszeniem zapotrzebowania na ich produkty, szczególnie ze strony jednego z ich największych konsumentów, USA. Kraje zadłużone z kolei doświadczyły olbrzymich turbulencji na rynkach finansowych, co pociągało za sobą uspołecznianie strat ich prywatnych instytucji finansowych.

Obecny kryzys jest konsekwencją przyjęcia niezrównoważonych na dłuższą metę modeli wzrostu ekonomicznego oraz skrajnej deregulacji systemu finansowego. Polityka realizowana w strefie euro spowodowała wysokie bezrobocie i wymusiła drakońskie programy dostosowania strukturalnego na peryferiach. Presja na obniżenie płac ma spowodować realną dewaluację. Nie prowadzi się żadnej polityki przeciwcyklicznej.

Hiszpania należy do grupy państw peryferyjnych, z modelem wzrostu opartego na zadłużeniu prywatnym, bańką na rynku nieruchomości i słabym systemem bankowym. Dług publiczny wzrósł w ostatnich latach w związku z załamaniem sektora prywatnego. Warto pamiętać, że przed kryzysem stosunek długu publicznego do PKB był wręcz wzorcowy, a kraj cieszył się nadwyżką budżetową (wg Eurostatu w r. 2007 dług publiczny wynosił 36,1% PKB, a nadwyżka budżetowa sięgnęła 1,9% PKB). Obecna nierównowaga budżetowa to skutek, a nie przyczyna recesji, nie ma też, jak podkreśla laureat Nobla z ekonomii Paul Krugman, strukturalnego charakteru.

To co z tym wzrostem?

Postępy w tworzeniu europejskiego zarządzania gospodarczego niestety nie zmieniły tego modelu. Sześciopak, pakt fiskalny czy propozycja kolejnego „dwupaku” mają na celu zapobieganie i karanie za odstępstwa od ustalonych poziomów deficytu oraz zadłużenia, tak jakby to one odpowiadały za kryzys. Za to konserwatywne podejście do problemów ekonomicznych kontynentu odpowiada obecna struktura strefy euro oraz dominujące wśród decydentów ideologiczne dogmaty. Chodzi o zagwarantowanie spłacenia długów kosztem cięć w wydatkach publicznych, dokonywanych zanim na nowo wykrzesa się wzrost gospodarczy. Ten „eurodogmat” wspierany jest przez ekonomię monetarystyczną, co wskazuje na niewiarę europejskich przywódców w siłę realnej gospodarki. Nastawienie to przyczyniło się do wzmożenia ataków spekulacyjnych na euro, co tylko pogorszyło sytuację.

Unia Europejska reguluje poziomy deficytu i zadłużenia w stosunku do PKB, nie zaś w wartościach bezwzględnych. Oznacza to, że pewna konkretna kwota długu (wyrażona w euro) może w pewnych warunkach spełniać kryteria unijne (wzrost gospodarczy prowadzący do wzrostu PKB), a w innych (w wypadku recesji) je przekraczać.

Aliści przyjmując wskaźniki oparte na relacji do PKB, mamy przed sobą dwie drogi zredukowania ciężaru długu: cięcia budżetowe albo coś wprost przeciwnego – inwestowanie środków publicznych we wzrost gospodarczy. Ten drugi sposób oznacza wzrost PKB, a tym samym bezpośrednio obniża stopę długu. Efekty mnożnikowe ożywienia gospodarczego to także m.in. większe przychody do publicznej kieszeni, a tym samym zmniejszenie poziomu zadłużenia. Zaciskanie pasa ujawnia jednostronne podejście do rozwiązania kryzysu, skupiające się na redukowaniu deficytu poprzez cięcia. Opiera się ono na ideologicznej wierze, że „niewidzialna ręka rynku” przejmie inicjatywę i automatycznie, a nawet efektywniej przejmie zadania państwa w sektorach, z których ono się wycofuje.

Naszym zdaniem priorytetem Unii Europejskiej oraz państw członkowskich powinno być stymulowanie wzrostu – co zresztą UE od dawna uznaje za swoje najważniejsze zadanie w dokumentach takich jak Europa 2020, a wcześniej Strategia Lizbońska. Obsesja na punkcie cięć kłóci się z tym podejściem. Stoimy w obliczy groźby skurczenia się całej europejskiej gospodarki. Zagrożone przez eurodogmat jest już nawet istnienie wspólnej waluty. Jedyną szansą na wyrwanie się z tego zaklętego kręgu jest zdecydowane działanie ze strony rządów i instytucji unijnych, które przywróci nacisk na pobudzanie wzrostu.

Hiszpania doświadcza dziś skutków jedynej dopuszczalnej dziś drogi dyscypliny fiskalnej, rozumianej jako cięcia w wydatkach publicznych. Poprzednie próby zaciskania pasa tylko pogorszyły sytuację w kraju, uzależnionym od sytuacji na rynku wewnętrznym. Wraz ze spadającymi płacami i szybującym w górę bezrobociem kurczy się siła nabywcza przeciętnych obywatelek i obywateli. Spodziewany jest gwałtowny spadek zagregowanego popytu. Odbije się to rykoszetem także na gospodarkach opierających się na eksporcie, takich jak Niemcy.

Rynek pracy – chybione reformy

Partia Ludowa, powróciwszy do władzy po siedmioletnich rządach socjaldemokratycznego premiera Zapatero, zaciska pasa jeszcze brutalniej niż poprzedni rząd. Choć konserwatyści zdobyli samodzielną większość, ich drastyczna polityka spowodowała spadek popularności premiera Mariano Rajoya. Prawica przegrała ostatnio kluczowe wybory regionalne w dwóch regionach, a do tego ma bardzo chaotyczną strategię komunikowania swoich posunięć. Unikanie przez premiera publicznych wystąpień zarówno przed mediami, jak i przed parlamentem, nie pomogło w uspokojeniu rynków. Premia za ryzyko (będąca wskaźnikiem stopnia ich ufności) nie tylko się nie zmniejszyła wskutek reform, ale wzrosła.

Partia Ludowa zawsze twierdziła, że chce skupić się na poprawie konkurencyjności Hiszpanii, mającej cierpieć z powodu wysokich kosztów pracy i sztywnego rynku. „Niezbędnym rozwiązaniem” okazały się obniżki płac i ułatwienia w zwalnianiu pracowników, mające na celu przyciągnięcie zagranicznego kapitału i poprawę sytuacji kapitału narodowego. Eurodogmat po raz kolejny zakrył prawdziwe problemy, takie jak brak dostępu do kredytu dla małych i średnich przedsiębiorstw oraz kontynuowanie modelu rozwoju opartego na długu.

Już poprzedni rząd zdecydował się w 2010 r. na reformy mające na celu „uproszczenie warunków zatrudniania” za pomocą faworyzowania jeszcze większej elastyczności. Wprowadzone zostały rozwiązania tymczasowe, nakierowane szczególnie na młodzież, mające na celu wspieranie ich zatrudniania. Mimo to bezrobocie nadal rosło.

Bezrobocie w Hiszpanii
Bezrobocie w Hiszpanii
Najsurowsze reformy wprowadzili jednak konserwatyści, i to z pominięciem dialogu społecznego. Rozszerzyły one zakres deregulacji, zmniejszając wysokość odpraw, dając pracodawcom niemal zupełną dowolność w podejmowaniu decyzji, o ile powołają się na „trudności ekonomiczne”. Zakres arbitrażu publicznego został zredukowany, a siła przetargowa związków zawodowych ograniczona nowym prawodawstwem, wedle którego układy zbiorowe zawierane w firmach mają ważniejsze znaczenie niż dominujące wcześniej sektorowe porozumienia między pracodawcami a związkami.

Wszystko to dzieje się w kraju, w którym 5 mln osób pozostaje bez pracy, co skutkuje olbrzymią rywalizacją, pozwalając pracodawcom na dalsze obniżanie warunków zatrudnienia. Niedobór ofert pracy oraz duża liczba bezrobotnych o często trudnej sytuacji rodzinnej tworzą presję na obniżanie płac. Reformy te doprowadziły do strajku generalnego i masowych demonstracji 29 marca 2012 r. – wzięło w nich udział więcej osób niż w podobnych demonstracjach organizowanych w 2010 r. Hiszpania nie może i nie powinna konkurować niskimi kosztami pracy, powodują one bowiem jedynie narastanie nierówności i blokują drogę średniookresowej strategii ukierunkowanej na wzrost.

Rzeczywiste wyzwania konkurencyjności

Reformy strukturalne nigdy nie miały na celu zmiany dotychczasowego paradygmatu rozwoju, a za stagnację odpowiada głównie brak inwestycji w technologie oraz badania i rozwój. Nadal istnieją zachęty do inwestowania w sektor nieruchomości oraz bankowy, który pozostaje zderegulowany, brak zaś wsparcia do poprawy możliwości technologicznych hiszpańskiej gospodarki. Choć to bańka na rynku nieruchomości zwiększyła poziom prywatnego zadłużenia i doprowadziła do kryzysu bankowego, obecny rząd planuje zmodyfikować regulacje planistyczne tak, by stymulowały one budowanie na terenach chronionych.

Hiszpania ma tymczasem dostatecznie dużo kapitału ludzkiego, by przejść istotną transformację: wysoko wykwalifikowanych badaczy i niemal w całości finansowany ze środków publicznych system edukacyjny. Brak szans na lepsze jutro prowadzi jednak do drenażu mózgów i rosnącej emigracji wykwalifikowanych młodych. To cios dla hiszpańskiej gospodarki, a także duże utrudnienie dla przyszłego rozwoju. Jedyną odpowiedzią prawicowego rządu na ten problem było podniesienie opłat za studia o 50%.

Energia jest kluczem do przyszłości. Na obszarze takim jak Hiszpania, z mnóstwem słońca i wiatru, potencjał wykorzystania energetyki odnawialnej jest olbrzymi. Raport Greenpeace’u pokazuje, że dzięki odpowiednim inwestycjom mogłaby do 2050 r. zaspokajać ze źródeł odnawialnych 100% swojego zapotrzebowania na energię. Ponieważ energia czerpana z paliw kopalnych jest jednym z głównych źródeł inflacji (sięgnęła ona 3,2% w 2011 r., podczas gdy wzrost cen w samym sektorze energetycznym sięgnął 15,7%), przegapienie szansy na taką transformację wydaje się mało sensowne z ekonomicznego punktu widzenia, nie mówiąc już o względach ekologicznych. Rząd Rajoya zdecydował się tymczasem ograniczyć wsparcie finansowe dla energetyki odnawialnej, wykluczając z możliwości ubiegania się o nie wielu małych i średnich producentów fotowoltaiki i energetyki wiatrowej. Lobby wielkich graczy na rynku energii, takich jak Endesa czy Iberdola, zabezpieczyło w ten sposób swoje interesy. Podwyższono również opodatkowanie energii: do 7% za elektryczność i 5% za gaz.

Cięcia budżetowe w kontekście recesji

Ramy zarządzania ekonomicznego UE wpędziły Hiszpanię w procedurę nadmiernego zadłużenia, co oznacza silną kontrolę stanu jej gospodarki przez Komisję i Radę Europejską. Kraj został też zidentyfikowany przez Mechanizm Ostrzegawczy w 2012 r. jako stanowiący poważne ryzyko dla stabilności strefy euro ze względu na wysoką stopę bezrobocia. Największy nacisk ze strony europejskich komisarzy oraz Angeli Merkel zauważalny jest jednak w kwestii redukcji zadłużenia. Hiszpania zgodziła się w negocjacjach obniżyć deficyt budżetowy do 5,3% PKB w 2012 r. i 3% w 2013 r.

Prawdopodobieństwo zrealizowania tych celów już zostało zakwestionowanie w raporcie Międzynarodowego Funduszu Walutowego – World Economic Outlook za r. 2012, a także przez Roubini Economic Institute, szacujący, że ryzyko bankructwa Hiszpanii jest wyższe niż Włoch. Mimo recesji i pesymistycznych prognoz instytucje unijne oraz hiszpański rząd twierdzą, że dzięki trzymaniu się eurodogmatu zredukują deficyt do 3% do 2013 r. Rynki nie wierzą już tym zapewnieniom i zdają się akceptować fakt, że cięcia prowadzą do wymknięcia się deficytu spod kontroli.

Edukacja i ochrona zdrowia okazały się główną ofiarą zaciskania pasa, mimo iż to one stanową główne filary państwa dobrobytu oraz spójności społecznej. Budżet za r. 2012 obciął wydatki na nie o 10 mld euro, a także przyczynił się do zwiększenia poziomu indywidualnych obciążeń finansowych obywatelek i obywateli, jak w przypadku wspomnianych wcześniej opłat za studia (wzrost o 600 euro na osobę studiującą rocznie). Działania te na dłuższą metę doprowadzą do ekonomicznego regresu szerokich warstw spoecznych, zwiększając poziom wykluczenia społecznego i ryzyko ubóstwa, przekładając się na wzrost zachorowań itp. Wyraźnie obciąża to najbardziej ludzi o niskich dochodach, których nie stać na prywatne usługi.

Natomiast budżet wojskowy cięcia dotknęły w minimalny sposób – został zredukowany tylko o 8% w porównaniu do średniej 17% w innych ministerstwach czy 50% w przypadku departamentu współpracy i rozwoju, co pokazuje priorytety ideologiczne państwa w polityce zagranicznej. Warto dodać, że obecny minister obrony był niegdyś jedną z czołowych postaci hiszpańskiego przemysłu zbrojeniowego.

W nowym rządzie zlikwidowano ministerstwo nauki, a cięcia w badaniach naukowych sięgnęły 600 mln euro. Suma cięć dotyczących badań i rozwoju sięgnęła 25,5% kwoty wydanej na ten cel w 2011 i aż 41%, w porównaniu z r. 2009. Dotacje dla kościoła katolickiego (11 mld euro w budżecie na 2012 r., z czego część przeznaczona jest na wsparcie quasi-publicznej edukacji wyznaniowej) pozostały tymczasem nienaruszone. Oto błędy, które Hiszpania popełnia na drodze do większej konkurencyjności.

Wydatki i przychody

Uporządkowanie sytuacji budżetowej można osiągnąć oncentrując się na wydatkach lub na przychodach. Decyzja prawicowego rządu o skupieniu się wyłącznie na cięciach, w szczególności dotykających usługi publiczne, nie była zaskoczeniem. Równowagę budżetową da się jednak osiągnąć również poprzez podnoszenie podatków. Kluczową sprawą z punktu widzenia sprawiedliwości społecznej jest większy udział zamożniejszych warstw społecznych w dźwiganiu ciężaru kryzysu. Hiszpania nie należy do europejskiej czołówki pod względem obciążeń podatkowych: wg Eurostatu w r. 2010 przychody z podatków stanowiły 32,9% PKB, podczas gdy średnia dla strefy euro wynosiła 40,2%. To także kraj z jednym z najwyższych poziomów unikania opodatkowania, tracący z tego tytułu 60 mld euro rocznie – sumę znacznie przekraczającą poziom deficytu. Wielkie korporacje oraz bogacze znaleźli sposoby na omijanie prawa podatkowego. Wykorzystują fakt, że opodatkowanie kapitału jest niższe niż dochodu (ok. 21% wobec stawki 40% PIT dla osób wysoko zarabiających). Wielkość tej ukrytej przed światłem dziennym gospodarki szacuje się na ponad 20% PKB.

Widać więc jasno, że istnieje przestrzeń do zwiększenia wpływów do budżetu, ale wymagałoby to ograniczenia przywilejów klasy finansistów oraz wysoko płatnych menedżerów. Choć rządowi udało się zwiększyć przychody podatkowe od przedsiębiorstw o 5 mld euro (głównie za pomocą zmniejszenia odpisów podatkowych), zdecydował się również na „amnestię podatkową”, oznaczającą darowanie 22,5 mld euro długów w zamian za 2,5 mld euro więcej, które dzięki temu posunięciu trafiły do publicznego skarbca.

Recentralizacja kraju

Jasno widać, że rząd nie do wszystkich zmian podchodzi z równym zapałem, co prowadzi do tego, że największy ciężar kryzysu spada na najsłabszych. Eurodogmat wpływa również na relacje między władzami centralnymi a regionalnymi – redukcja deficytu zostaje przerzucona na prowincje, które są podstawowymi dostarczycielami usług takich jak zdrowie czy edukacja.

Wspomniane reformy mają również polityczne podłoże. Konserwatyści zaczynają wprowadzać model współpłacenia za usługi medyczne, a w regionach rządzonych przez prawicę znacząco podniesiono ceny biletów publicznej komunikacji zbiorowej – bilety zdrożały średnio o 11%, a najbardziej popularne o 25-50%. Skupiają się na podnoszeniu podatków pośrednich (takich jak VAT) zamiast bezpośrednich (np. PIT), co nie tylko najbardziej obciąża najmniej zamożnych – podejście to jest częścią strategii ponownej centralizacji kraju.

Jest to oczywiście atak na pakt konstytucyjny zawarty z regionami o silnym poczuciu własnej odrębności. Nowy prawicowy rząd Konwergencji i Unii (CiU) w Katalonii już od listopada 2010 r. wdraża drastyczne cięcia w sektorze publicznym, znacznie większe niż te wprowadzane przez Partię Ludową. Wykluczenie związków zawodowych z dyskusji nad reformami rynku pracy pokazuje jednostronne odejście prawicy od dialogu społecznego jako drogi wyjścia z kryzysu. To trend widoczny w całej Europie, w której krucha, powojenna umowa społeczna między pracą a kapitałem na rzecz spokoju w zamian za jakość życia coraz wyraźniej się kruszy.

Rosnąca opozycja

Autorytarne podejście zwiększa społeczne niezadowolenie z bezrobocia i ograniczania usług publicznych. Porażka wyborcza socjalistów oraz ruch Oburzonych, wyrosły z protestów 15. maja ukazują rosnącą niewiarę przeciętnego obywatela w tradycyjne metody uprawiania polityki – masowe protesty domagają się ożywienia demokracji. Cięcia w edukacji sprowokowały olbrzymie manifestacje studenckie. Pokojowa demonstracja uczniów i uczennic szkół średnich, która odbyła się w lutym w Walencji, napotkała policyjne represje, jedne z ostrzejszych w postfrankistowskiej Hiszpanii – wielu niepełnoletnich uczestników i uczestniczek zostało rannych.

Kontynuacja reform, a zwłaszcza nowe prawo pracy będą powodować nasilanie się protestów. Związkom zawodowym nie pozostała już inna droga sprzeciwu wobec nieelastycznemu podejściu rządu. Odpowiedzią rządu jest przygotowanie legislacji, karzącej za nawoływanie do pokojowych zgromadzeń i demonstracji, co stanowi jawne pogwałcenie praw człowieka. Gandhi mógłby być dziś w Hiszpanii ścigany za terroryzm, gdyż nieposłuszeństwo obywatelskie obęjto ustawami antyrrorystycznymi.

Jak odbudować hiszpańską gospodarkę

Sytuacja w Hiszpanii, będąca w głównej mierze efektem paniki na rynkach finansowych, pozostaje niepokojąca. Przeszło milion gospodarstw domowych musi radzić sobie bez ani jednej osoby zatrudnionej, a perspektywy zmiany sytuacji wydają się nikłe. Rośnie rozczarowanie i frustracja rządem, co może skończyć się mobilizacją uliczną na skalę porównywalną z niedawnymi wydarzeniami w Grecji.

Nieelastyczne trzymanie się sztywnych celów redukcji deficytu jest pozbawione sensu. Tym bardziej, że nie ma żadnej gwarancji, że zostaną one zrealizowane, na pewno zaś zrujnują życie milionom osób i doprowadzą do dalszego wzrostu nierówności. Przyszłe koszty społeczne i polityczne takiego kursu będą dla Europy znacznie wyższe niż obecne długi, które stały się obiektem zaniepokojenia z powodu pęknięcia bańki finansowej.

Potrzebujemy skupić się na realnej gospodarce państw peryferyjnych i zacząć prowadzi politykę przeciwcykliczną, by pomóc w ich odbudowie. Muszą one być wdrażanie nie tylko na poziomie poszczególnych państw, ale przede wszystkim na szczeblu europejskim, w duchu federalizmu i odrzucenia narodowych egoizmów. Uważamy, że nawet w obrębie już istniejącej architektury ekonomicznej mamy dostatecznie dużo środków (takich jak euroobligacje, harmonizacja podatkowa czy podatek od transakcji finansowych), które umożliwiłyby realizację takiego planu – wszystko zależy od politycznej woli. Potrzebujemy silnego przywództwa zamiast odwoływania się do rzekomego „lenistwa południowców”, a także nowego podejścia do konkurencyjności wewnątrz UE.

Bilans handlowy wewnątrz Unii to gra o sumie zerowej – pojedynczy gracz może wygrać w niej jedynie kosztem pozostałych. Powinniśmy zatem skupić się na zwiększeniu ekonomicznego tortu, zamiast dyskutować o zmianie jego dotychczasowych proporcji. Dokonamy tego tylko wtedy, gdy postawimy na nogi krajowe gospodarki, osiągając tym samym wzrost popytu. Nie uda się nam to, jeśli będziemy dławić siłę nabywczą konsumentów. Wszyscy powinni zdać sobie sprawę z tego, że recesja uderza w samo jądro teorii kapitalistycznej, którą nadal kierują się europejskie gospodarki. Eurodogmat prowadzi do skutków, którym miał zapobiegać.

Artykuł „Austerity in Spain – a failed ideology” ukazał się pierwotnie w „Green European Journal”. Dziękujemy redakcji za zgodę na przedruk. Przeł. Bartłomiej Kozek.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *