Japońska lekcja: wolny handel i „nietykalne standardy”

Simon McKeagney
6 sierpnia 2014

Wbrew zapewnieniom unijnych polityków, w negocjacjach handlowych nie ma czegoś takiego jak kwestie niepodlegające dyskusji.

„To nie podlega negocjacjom” i „z tego nie ustąpimy ani o milimetr” – te dwie frazy niechybnie pojawiają się zawsze, gdy unijni przywódcy w debacie o TTIP (negocjowanym właśnie między Unią Europejską a USA porozumieniu o strefie wolnego handlu) muszą wypowiedzieć się na temat spraw, które Europejczycy i Europejki musieliby poświęcić, gdyby ta umowa została zawarta.

Nie będzie żadnego pogorszenia naszych standardów, mówi się nam, a jednak wielkie korzyści ma nam przynieść usunięcie „barier pozataryfowych”, co w żargonie stosunków handlowych oznacza właśnie nasze standardy i regulacje. To jak to jest?

Nienaruszalne standardy

28 kwietnia 2014 r., podczas debaty kandydatów europejskich partii politycznych na stanowisko szefa Komisji Europejskiej, cała czwórka potwierdziła swój niewzruszony sprzeciw wobec poświęcania w imię wolnego handlu europejskich standardów, czy to w dziedzinie praw socjalnych, środowiska, czy zdrowia i bezpieczeństwa.

Jeśli komuś wydaje się, że jesteśmy jako Europejczycy gotowi na to, by pozwolić użyć tego [TTIP] jako narzędzia, jako środka obniżania naszych praw ekologicznych, społecznych czy obywatelskich, to ten ktoś się myli. Ze mną coś takiego nie przejdzie.

Takie zapewnienie wygłosił Martin Schulz, jeden z dwójki faworytów do fotela szefa Komisji. Uchylił się jednak od odpowiedzi na pytanie, czy wyrzuciłby umowę do kosza, gdyby okazało się, że jednak trzeba by pójść na takie kompromisy.

Przypomina to rutynowe komunikaty komisarza ds. handlu Karela De Guchta. De Gucht zapewnia, że unijne wytyczne odnośnie do bezpieczeństwa żywności, takie jak zakaz importu wołowiny szprycowanej hormonami czy kurczaków płukanych w chlorze, pozostają „nienaruszalne” w tych negocjacjach.

Amerykańska presja

Nie jest jednak tajemnicą, że po stronie amerykańskiej utrzymuje się presja na otwarcie rynku europejskiego na te produkty, zaś nasz opór przed tego rodzaju chemicznym traktowaniem żywności postrzegany jest jako „nienaukowy”.

Stanowisko to wyraziła niedawno Darci Vetter z amerykańskiego Departamentu Rolnictwa (obecnie Główna Negocjatorka ds. Rolnictwa w Biurze Przedstawiciela Handlowego USA – przyp. red.) w wielce wymownej rozmowie z portalem Vieuws. Vetter powtórzyła, iż Stany Zjednoczone liczą na wszechstronne porozumienie, obejmujące także ambitne propozycje w dziedzinie produktów rolnych. Trudno o jaśniejszy wyraz niezgody na europejskie standardy regulacji:

Myślę, że tym, czego byśmy chcieli jako Amerykanie, są regulacje oparte na podstawach naukowych… Chcielibyśmy szerszego uznania naukowych podstaw różnych metod regulacji stosowanych przez różne kraje. I wydaje mi się, że po obu stronach jest gotowość, by przyjrzeć się temu, jak to robimy.

Mamy tu do czynienia ze starannie przemyślaną próbą podważenia unijnych regulacji poprzez wskazanie potrzeby oparcia ich na „podstawach naukowych”. Jak pokazuje Colin Macilwain w artykule w „Nature”, odwołania do „rzetelnej nauki” (sound science) są dziś często orwellowską nowomową lobby biznesowego:

Termin „rzetelna nauka” (sound science) może brzmieć niewinnie, a nawet uspokajająco. Nie dajcie się zwieść. W świecie politycznym jego użycie ogranicza się dziś do wąskiego kręgu zdeterminowanych lobbystów, którzy utrzymują się z tego, że bez skrupułów próbują forsować rozluźnienie regulacji za pomocą wszelkich dostępnych środków.

Same profity, zero ryzyka?

Na ile więc można ufać zapewnieniom, że wszechstronne porozumienie TTIP mogłoby zmniejszyć bądź wyeliminować pozataryfowe bariery handlowe, nie narażając przy tym na szwank wszystkich hołubionych przez nas standardów?

Obie strony negocjacji upowszechniają narrację o „obustronnych korzyściach”. Jest to jednak mało prawdopodobne, jeśli każda ze stron musi z czegoś ustąpić, by coś otrzymać. Zważywszy na to, że Amerykanie wiążą wielkie oczekiwania ze wzrostem eksportu produktów rolnych, zaś cła są w tym sektorze już dziś bardzo niskie, zmiany będą musiały dotyczyć unijnych wymogów regulacyjnych.

W rzeczy samej takie są właśnie zamiary grup lobbystycznych takich jak Amerykańska Federacja Eksporterów Mięsa, która w liście do Biura Przedstawiciela Handlowego USA wskazała, że jej priorytetem jest eliminacje unijnych standardów jakości mięsa:

Chcemy wyraźnie podkreślić, że porozumienie, które usunęłoby cła na wołowinę i wieprzowinę, ale pozostawiło unijne zakazy stosowania hormonów i raktopaminy, miałoby niewielką wartość z punktu widzenia amerykańskiego przemysłu mięsnego.

Tego rodzaju żądania ze strony amerykańskich lobby biznesowych przekładają się na działania negocjatorów ze strony USA, którzy w takich kwestiach ściśle współpracują z amerykańskimi firmami, są zaś w najlepszym razie obojętni na to, co ich partnerzy mogliby uznać za „niepodlegające negocjacjom”.

Japońska nauczka

Wyraźnie pokazał to przypadek Japonii. Pod koniec kwietnia premier Shinzo Abe przyjął prezydenta Baracka Obamę na oficjalnej wizycie. Wizyta miała na celu doprowadzić do sfinalizowania negocjacji nad siostrzaną wobec TTIP umową TPP (Trans-Pacific Partnership). Chodziło o to, by Japonia i Stany Zjednoczone uzyskały porozumienie w kluczowych sprawach, tak aby mówić jednym głosem podczas ogólnych negocjacji z udziałem 10 innych państw regionu Pacyfiku.

Z punktu widzenia Japończyków istniało 5 „świętych” produktów o szczególnym politycznym znaczeniu, wskazanych w ubiegłym roku przez premiera Abe jako „nietykalne”: ryż, pszenica, cukier, nabiał i wołowina. Ale dla Amerykanów wyrażenie „nietykalny” znaczy tyle, co „ciśnij mocniej”. Wizyta nie zakończyła się osiągnięciem porozumienia, ale pomimo zaprzeczeń japońskiego premiera, mimo politycznej presji i publicznych protestów, obie strony zgodziły się rozpocząć negocjacje nad tymi budzącymi silne emocje produktami.

Jak donosił „Wall Street Journal”:

Wysoki urzędnik amerykański oświadczył, że podróż „wyraźnie posunęła rozmowy do przodu” i że „w przypadku szeregu produktów udało się znaleźć kierunek, w którym będziemy poszukiwać końcowych rozwiązań”. Urzędnik wskazał na postępy w kwestii sześciu produktów rolnych: wołowiny, wieprzowiny, nabiału, pszenicy, cukru i ryżu.

Nic świętego

Wracając do Europy: stanowcze zapewnienia Komisji, że nie ustąpi „ani o milimetr” w kwestii europejskich standardów mogą brzmieć miło dla ucha, ale nie oddają realiów rzeczywistych negocjacji. Interesy UE i USA będą rozgrywane w ten sposób, że decydujące zwycięstwa zależeć będą ściśle od uzgodnionych ustępstw. Wskazywał na to Hiddo Houben, szef wydziału handlu i rolnictwa w Przedstawicielstwie Unii Europejskiej w Waszyngtonie, cytowany przez portal Inside US Trade:

Spodziewam się, że – politycznie rzecz ujmując – w dziedzinie rolnictwa będziemy musieli dać więcej, niż sami dostaniemy… Za to w dziedzinie zamówień publicznych liczymy na to, że dostaniemy więcej, niż damy, ponieważ nasz rynek jest już dziś bardziej otwarty. W każdym razie tak zamierzamy argumentować.

Czy więc możemy być spokojni, że nasze europejskie standardy „nie podlegają negocjacjom”? Że są „nienaruszalne”, „nietykalne”? Że nie ustąpimy z nich „ani o milimetr”? Że „coś takiego nie przejdzie”? Pomarzyć można, ale, jak mówi przysłowie: nic świętego. Nawet japońskie krowy.

Artykuł pochodzi ze strony ttip2014.eu.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *