Gospodarcza lokalizacja w praktyce

Bartłomiej Kozek
12 maja 2017

Czy po wyjściu Zjednoczonego Królestwa z Unii Europejskiej kraj ten stanie się liderem globalnego handlu? A może nowym rajem podatkowym u wrót Europy? Jest alternatywa!

Ogłoszone przez premier Theresę May i poparte w głosowaniu przez Izbę Gmin przyspieszone wybory parlamentarne są niemałym zaskoczeniem. Liderka Partii Konserwatywnej zapewniała, że chce ich przed rokiem 2020, kiedy to miały odbyć się zgodnie z planem – aż do momentu, kiedy zdecydowała się zmienić zdanie.

Niewątpliwie musiały ją do tego zachęcić sondaże, regularnie dające jej partii co najmniej kilkunastoprocentową przewagę nad Partią Pracy. Jej lider, Jeremy Corbyn, z radością przyjął szansę na zaprezentowanie swojej wizji kraju. Poszczególni członkowie jego partii już nieco mniej entuzjastycznie, szczególnie obserwując wątpliwą skuteczność prób przekierowania debaty publicznej z Brexitu na kwestie społeczne.

Wiele wskazuje na to, że May otrzyma, co chciała – poszerzoną samodzielną większość w parlamencie, ułatwiającą jej obranie takiego „brexitowego” kursu, na jaki będzie miała ochotę.

Rzekoma „totalna opozycja” w Izbie Gmin miała być jej zdaniem usprawiedliwieniem dla czerwcowego głosowania.

Dotychczasowy kurs Torysów wskazywał na chęć twardego zerwania więzi z Unią Europejską, czego symbolem ma być wyjście ze wspólnego rynku, samodzielna polityka celna i rezerwa wobec płynących z Brukseli pomysłów na rozliczenie się z dotychczas podjętych zobowiązań co do wpłat do wspólnotowego budżetu po wyjściu Londynu z UE.

Co będzie dalej? Trudno powiedzieć. Z jednej strony Partia Konserwatywna krytykowana jest za obranie wspomnianego kursu – opozycja na lewo od centrum wolałaby raczej pozostanie kraju we wspólnym, europejskim rynku.

Z drugiej strony skręt ten spowodował znaczące załamanie przedwyborczych notowań Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP), co zdaniem części komentatorów może dać May przestrzeń do łagodniejszego od deklarowanego rozwoju z Brukselą.

Jeśli jednak do Brexitu dojdzie priorytetem rządu Jej Królewskiej Mości z pewnością stanie się podpisywanie kolejnych porozumień handlowych. Otwarte pozostaje pytanie, czy towarzyszyć im będzie obniżanie standardów społecznych, ekologicznych czy poziomów opodatkowania w imię zachęcania międzynarodowych koncernów do pozostania oraz dalszych inwestycji w znacznie mniejszy niż do tej pory rynek.

Pomysły na Wyspy

Brzmi niezbyt zachęcająco? Próbę nakreślenia alternatywnego scenariusza znajdziemy w raporcie „Brexit and Trade. Moving from Globalisation to Self-Reliance”, przygotowanego na potrzeby zielonej europosłanki Molly Scott-Cato przez think-tank Green House.

Kandydatka partii w tegorocznych wyborach myśli nie tylko o zostaniu reprezentantką okręgu Bristol West. Od lat zajmuje się promowaniem alternatyw ekonomicznych, w tym dotyczących rozwijania większej samowystarczalności lokalnych gospodarek.

Walczyła o pozostanie kraju w Unii Europejskiej i daleka jest od satysfakcji z rezultatu referendum – razem z dwójką badaczy, Rupertem Readem oraz Victorem Andersonem, stara się jednak zrozumieć jego przyczyny i przede wszystkim naszkicować pozytywny scenariusz dla Zjednoczonego Królestwa na najbliższe lata.

Jak miałby on wyglądać? W dużym skrócie na próbie odejścia od dotychczasowej logiki jak najszerszego otwierania kraju na wszystkie – tak pozytywne, jak i negatywne – procesy globalizacyjne. W przeciwnym razie napięcia, które przyczyniły się do Brexitu, związane ze spadającym poziomem społecznego zaufania oraz poczucia bezpieczeństwa w lokalnych społecznościach za jakiś czas mogą wybuchnąć na nowo.

Zdaniem autorów raportu grozić nam może wybuch kolejnego kryzysu – po ekonomicznym z roku 2008 i społecznym z 2016 (którego przejawem obok Brexitu miał być również wybór Donalda Trumpa na prezydenta Stanów Zjednoczonych) nadal wisi nad nami ryzyko kryzysu ekologicznego, który przyjść może np. w wypadku niezrealizowania celów redukcji emisji gazów cieplarnianych.

Dalszy wzrost globalnych obrotów handlowych – w szczególności towarami, które spokojnie można by było produkować lokalnie – zwiększa ryzyko takiego scenariusza.

Jak zatem można uniknąć ziszczenia się tego scenariusza? Autorzy publikacji przekonują, że choć od globalnego handlu jako takiego odwrotu nie ma, to już jego rozmiar nie jest wyryty w skale i może ulec zmniejszeniu.

Byłoby to możliwe w wypadku postawienia na wsparcie finansowe dla lokalnych gospodarek czy poprzez przekierowanie środków z rozbudowy infrastruktury dla handlu międzynarodowego na przeszkolenie pracowników oraz wsparcie tych sektorów, których produkcja może wrócić na Wyspy Brytyjskie. Analogicznym zmianom musi zostać poddany krajowy sektor bankowy.

Europa i świat

Wykorzystanie możliwości, jakie daje wyjście z Unii Europejskiej (np. w kwestii dozwolonej pomocy publicznej albo polityki rolnej) nie oznacza, że należałoby rezygnować z przestrzegania unijnych standardów w dziedzinach takich jak ochrona społeczna, zdrowie czy prawa konsumenckie. Powinny one ulegać poprawie co najmniej w tempie takim jak na kontynencie, a nawet – jeśli to możliwe – szybciej.

Współpraca z Brukselą nadal zresztą będzie przydatna. Ma to być widoczne w szczególności w kwestiach takich jak rybołówstwo, walka ze zmianami klimatu czy badaniach naukowych.

Wspomniany powyżej zestaw działań miałby ukoić lęki przed globalizacją, związanie z oderwaniem produkcji od społeczności lokalnych. Zwiększyć by również miało odporność brytyjskiej gospodarki na kryzysy, wstrząsające globalną gospodarką, tworząc warunki do rozwoju małego i średniego biznesu oraz sektora spółdzielczego.

Zmianom tym musi jednak również lobbing na szczeblu międzynarodowym.

Przede wszystkim globalna architektura handlu musi odejść od uznawania za priorytet jak największych obniżek stawek celnych i likwidacji „barier pozacelnych” (do tego określenia często wrzuca się regulacje społeczne i ekologiczne) w stronę uznania praw wszystkich państw do podążania własną ścieżką rozwoju – w tym taką, w której wymiana handlowa odgrywa mniejszą niż do tej pory rolę.

Innymi działaniami, które pozwoliłyby ograniczyć negatywne koszty zewnętrzne stawiającej na wolny handel globalizacji byłoby wzmocnienie uprawnień Organizacji Narodów Zjednoczonych w zakresie walki z wyzwaniami ekologicznymi (np. poprzez włączenie tematyki ekologicznej do agendy Rady Bezpieczeństwa ONZ).

Przydatne mogłyby być również międzynarodowe podatki węglowe na transport towarów drogą morską i lotniczą (autorzy raportu sugerują jako mechanizm przejściowy specjalne cła ekologiczne na produkty przemierzające znaczne odległości) oraz powołanie walczącej z unikaniem opodatkowania Międzynarodowej Organizacji Podatkowej.

Nie da się ukryć, że postulaty w rodzaju włączenia Banku Światowego, Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Światowej Organizacji Handlu w obręb systemu Organizacji Narodów Zjednoczonych mogą brzmieć utopijnie. Sęk w tym, że zagwarantowanie trwałości propozycji lokalizacji gospodarki bez tego typu śmiałości może być trudnym zadaniem.

Wolność i bezpieczeństwo

Read i Anderson nie wahają się przed zadaniem pytania o to, czy równie trudne nie będzie ono w wypadku podtrzymania swobodnego przepływu osób.

Fragment ten może brzmieć kontrowersyjnie (zważywszy na fakt, że to ta z czterech europejskich swobód, mająca najbardziej „społeczny charakter”, z reguły bywa pierwszą ofiarą najróżniejszych kompromisów), z drugiej jednak strony autorzy robią wiele by pokazać całościowy wpływ migracji – również na sytuację w krajach, z których pochodzą przybywający do Wielkiej Brytanii.

Dużo bardziej niż na takich czy innych kwotach skupiają się zresztą na postulowaniu przeznaczenia większych środków na wsparcie społeczności, w których po roku 2004 znacząco wzrósł odsetek ludności napływowej, umożliwiając tym samym zarówno ich rozwój, jak i integrację nowych mieszkanek i mieszkańców.

Czy wypracowany w raporcie model da się wdrożyć w życie w krajach takich jak Polska? Na pewno powinien stać się punktem wyjściowym do dalszych dyskusji. Lokalizacja gospodarki od zawsze była istotnym elementem ekopolitycznego podejścia do świata. W ostatnich latach dużo więcej uwagi poświęcało się regulacjom, mającym korygować negatywne skutki globalizacji.

Być może nadszedł czas zastanowić się, w jaki sposób możemy pomóc odnaleźć się w niej lokalnym społecznościom. Alternatywą mogą stać się kolejne, lokalne odpowiedniki Brexitów.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *