Merkel, Barroso i Tusk na kongresie EPP w Warszawie w 2009 r.

Europa dziękuje polskiemu hydraulikowi

Łukasz Moll
15 lutego 2012

Polska prezydencja zbiera pochwały za doprowadzenie do podpisania traktatu akcesyjnego z Chorwacją i przyjęcia „sześciopaku” w odpowiedzi na kryzys zadłużeniowy strefy euro. Jednak nie brakuje też głosów krytycznych. Co się nie podobało krytykom polskiej prezydencji?

W drugim półroczu 2011 r., po 7 latach od przystąpienia do Unii Europejskiej, Polska dostała wreszcie szansę sprawdzenia się w roli państwa sprawującego prezydencję. W kraju dało się odczuć zaniepokojenie. Czy aby nie narobimy sobie wstydu? Czy podołamy?

Tusk uwiódł Parlament

W inaugurującym prezydencję wystąpieniu w Parlamencie Europejskim, Donald Tusk mówił o zjednoczonej Europie jako „najlepszym wynalazku Europejczyków” i opowiedział się zarówno za pogłębieniem integracji, jak i jej rozszerzeniem na kolejne państwa. Tak euroentuzjastyczna mowa nie mogła nie spotkać się z równie entuzjastycznymi reakcjami europarlamentarzystów, zwłaszcza w dobie kryzysu strefy euro i po kłopotliwej prezydencji węgierskiej z mającym autorytarne zapędy premierem Viktorem Orbánem, kiedy coraz powszechniejsze staje się kwestionowanie sensu wspólnotowego projektu. Nic dziwnego, że przewodniczący frakcji chadeków, socjalistów, liberałów i zielonych z uznaniem przyjęli słowa polskiego premiera.

Pięć miesięcy później, kiedy Tusk zdawał Parlamentowi sprawozdanie z prezydencji, deputowani docenili jego proeuropejską orientację. Szef socjalistów Martin Schulz uznał polską prezydencję za „najlepszą, jaką mieliśmy w ostatnich latach”. Mówcy podkreślali, że Polska angażowała się w rozwiązywanie kryzysu w strefie euro i działała na rzecz wzmocnienia dyscypliny budżetowej państw członkowskich, dzięki czemu przyjęto tzw. sześciopak.

Czy wobec tak pozytywnych ocen można być bardziej europejskim niż sam PE i wytknąć Polsce zaniedbania i zmarnowanie sześciu miesięcy w niektórych aspektach prezydencji?

Prezydencja aktywna, ale na zewnątrz

Prezydencja to przede wszystkim prestiż dla kraju ją sprawującego. A także, nie da się ukryć, szansa na podniesienie sobie słupków poparcia wśród wyborców – dzięki uczestnictwu w szczytach, spotkaniach z europejskimi przywódcami czy kampanii promującej prezydencję. Rada Unii Europejskiej, w której sprawowana jest prezydencja, ma istotne zadanie koordynacji unijnej polityki, reprezentacji Unii na zewnątrz i współdecydowania o budżecie. Prezydencja polega na koordynacji posiedzeń i wypracowywaniu porozumień pomiędzy państwami członkowskimi. Może okazać się motorem napędowym zmian, bądź ich hamulcowym. Może także różnie rozłożyć akcenty: niektórym kwestiom nadać większy priorytet niż innym.

Za najważniejsze cele swojej prezydencji Polska uznała: podpisanie traktatu akcesyjnego z Chorwacją, przyspieszenie negocjacji z Turcją i rozpoczęcie ich z Serbią, zawarcie traktatu stowarzyszeniowego z Ukrainą, rozwój Partnerstwa Wschodniego i polityki sąsiedztwa, wspieranie przemian demokratycznych w Afryce Północnej oraz prowadzenie negocjacji budżetowych na lata 2014-2020. Polska skupiła się więc przede wszystkim na działaniach na zewnątrz wspólnoty, co w czasach kryzysu może się wydawać tyleż odważne, co niezrozumiałe.

Kroplówka dla strefy euro

Jeśli chodzi o najważniejsze wyzwanie, jakim jest wyprowadzenie Europy z kryzysu gospodarczego, Polska oddała pole Angeli Merkel i Nicolasowi Sarkozy’emu. Polska prezydencja nie proponowała żadnej własnej wizji (np. wprowadzenia euroobligacji, zmiany roli Europejskiego Banku Centralnego, ustanowienia europejskiego podatku od transakcji finansowych, większej redukcji greckiego długu publicznego), poprzestając na poparciu dla zaostrzenia dyscypliny budżetowej. Także głośne przemówienie Radosława Sikorskiego w Berlinie sprowadzić można do apelu, by obstawać przy neoliberalnym schładzaniu gospodarek państw członkowskich, w czym jeszcze większa niż obecnie miałaby być rola Niemiec. Czyżby chodziło o to, by rządy państw członkowskich, które na ogół niechętnie wdrażają wymuszaną z zewnątrz politykę cięć budżetowych i których społeczeństwa wychodzą w geście protestu na ulice, przyjęły ten sam neoliberalny model, który realizuje Polska? Niskie podatki, niskie koszty pracy, cięcia świadczeń socjalnych, prywatyzacja usług publicznych to nie jest zestaw rozwiązań, który mógłby przekonać miliony ludzi, że bycie obywatelami Europy coś im daje.

Jaka jest skuteczność tej polityki? Za sukces można uznać przyjęcie przepisów mających ograniczyć działania spekulantów, którzy zarabiają na kłopotach finansowych państw. Ale ogólny obraz nie cieszy. Na razie udało się strefę euro podtrzymać przy życiu, choć odbyło się to kosztem europejskich społeczeństw. Grecy i Włosi mają nowych premierów – technokratów, niepochodzących z demokratycznego wyboru. Będą oni pełnić rolę swoistych komorników, pilnujących, by niepopularna polityka „dyscyplinowania” budżetu była wprowadzana szybko i zdecydowanie. Oznacza to pozbawianie obywateli standardów, które kształtowały się przez dekady. Odbywa się to nie tylko za przyzwoleniem, ale wręcz z inicjatywy Unii, ponad głowami ludzi. Istnieje coraz większe ryzyko, że zrodzi to falę nastrojów eurosceptycznych.

Jednak od podtrzymywania strefy euro przy życiu daleko jeszcze do jej uratowania. Wielu ekonomistów ostrzega, że mechanizmy zwiększające dyscyplinę budżetową, takie jak „sześciopak”, to gaszenie pożaru benzyną. Spotęgują one kryzys zadłużeniowy i wepchną strefę euro w głęboką recesję.

Z ekologią i równością na bakier

Cieniem na bilansie polskiej prezydencji kładzie się zaniedbywanie kwestii ekologicznych i równościowych.

Polski rząd nie zmienił negatywnego nastawienia do polityki energetyczno-klimatycznej. Celem unijnej polityki klimatycznej jest ekologiczna transformacja gospodarki. Poza redukcją emisji dwutlenku węgla chodzi w niej również o zmodernizowanie unijnych gospodarek, uczynienie ich bardziej konkurencyjnymi i innowacyjnymi, stworzenie w nich tak pożądanych w czasie kryzysu milionów zielonych miejsc pracy oraz zapewnienie bezpieczeństwa energetycznego. Polska natomiast chce wspierać brudną energetykę, przez co postępuje nie tylko nieodpowiedzialnie wobec środowiska, ale naraża na niepowodzenie rozwój innowacyjnej gospodarki.

Widać to było podczas szczytu klimatycznego ONZ w Durbanie. Organizacje pozarządowe przyznały wówczas sprawującej prezydencję Polsce antynagrodę Skamielina Dnia. Zaś eurodeputowany Zielonych Bas Eickhout wytknął Donaldowi Tuskowi, że Polska zaniedbała w Radzie Środowiska przygotowania do szczytu w Durbanie i tylko dzięki komisarzowi ds. klimatu Connie Hedegaardowi, Unia uniknęła tam kompromitacji.

Środowiska ekologiczne krytykowały też polską prezydencję za zwiększanie uzależnienia Unii od zewnętrznych dostaw z krajów niedemokratycznych. „Rząd, zabiegając o zawarcie umowy na import gazu do UE z Azerbejdżanu i Turkmenistanu, poddaje pod wątpliwość przywiązanie do ideałów demokratycznych, rzekomo promowanych przez Polskę w krajach byłego ZSRR i Afryce Północnej. Niemożliwym jest promowanie demokracji, jeśli w tym samym czasie dochodami z gazu zasila się budżet dyktatury, która potem wyda pieniądze na podtrzymanie panującej sytuacji” – powiedział Piotr Trzaskowski z Koalicji Klimatycznej. Zdaniem ekologów alternatywą dla zwiększania zależności od zewnętrznych dostaw jest poprawa efektywności energetycznej i rozwój odnawialnych źródeł energii.

Organizacje zajmujące się na co dzień kwestiami równościowymi, wskazywały na zaniedbanie tych tematów. Kolejne polskie rządy lekceważą znaczenie polityki przeciwdziałania dyskryminacji, co przełożyło się na postawę polskiej prezydencji. Środowiska feministyczne z niedowierzaniem przyjęły posłużenie się przez polski rząd Europejskim Kongresem Kobiet, oddolną inicjatywą organizacji kobiecych, jako inicjatywą prezydencji. „Kongres Kobiet odbywający się pod egidą Prezydencji stał się listkiem figowym przykrywającym brak niemal jakichkolwiek działań równościowych” – zauważyła gorzko Joanna Piotrowska, założycielka Feminoteki.

Nie wyszło też nic z zapowiedzi, że Polska przyjmie wreszcie w całości Kartę Praw Podstawowych. U progu prezydencji premier mówił, że sprawa wymaga szybkich działań, ale w międzyczasie rząd zaczął się wykręcać, że nie ma potrzeby wycofywać się z niesławnego protokołu brytyjskiego, do którego Polska przystąpiła w czasie, gdy premierem był Jarosław Kaczyński. „Polska prezydencja była doskonałą okazją, aby zrezygnować z Protokołu Brytyjskiego, który ma negatywne znaczenie symboliczne. Protokół powoduje, że stosowanie Karty Praw Podstawowych jest ograniczone. Niestety ta okazja została zmarnowana. Rząd zamiótł tę sprawę pod dywan” – ocenił Adam Bodnar z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.

Polska prezydencja jak hydraulik

Brak debaty o różnych wizjach rozwoju gospodarczego, ignorowanie wyzwań ekologicznych, konserwatywna polityka energetyczna, lekceważenie kwestii związanych z polityką równościową i prawami człowieka, więcej podniosłych mów i dobrego PR niż kreatywnych, odważnych rozwiązań – przy okazji prezydencji ujawniły się niedostatki debaty publicznej w kraju. Prezydencja nie zaproponowała odpowiedzi na współczesne wyzwania, dostosowała się za to do poziomu polskiej debaty, w której kwestie mające fundamentalne znaczenie dla wyjścia Europy z kryzysu i wejścia na ścieżkę trwałego rozwoju są po prostu pomijane.

Tak naprawdę żadne z ugrupowań zasiadających w naszym parlamencie nie dysponuje alternatywą, którą mogłoby przeciwstawić poczynaniom polskiego rządu. A ten zaproponował Europie to samo, co postawił sobie za cel w kraju – politykę, która gwarantuje stały dostęp do „ciepłej wody w kranie” (w przypadku bogatszych państw należałoby powiedzieć co najmniej o dostępie do „sprawnej zmywarki”), czyli administrowanie bez wielkich wizji. Na szczęście z tej roli w polityce europejskiej wywiązał się lepiej niż w krajowej.

Przed laty Europa Zachodnia przy okazji planów liberalizacji unijnego rynku usług drżała przed napływem taniej siły roboczej z nowych państw członkowskich, w tym osławionego „polskiego hydraulika”. Tym razem dziękuje polskiemu hydraulikowi, który zdołał w porę zaplombować wszystkie dziury, jakie przez sześć miesięcy pojawiły się w obecnej konstrukcji Unii. Jednak z punktu widzenia poszukiwania alternatywnej wizji dla pogrążonej w kryzysie Europy naszą prezydencję należy uznać za czas stracony. Po pewnym czasie ten grzech zaniedbania, obciążający zresztą nie tylko Polskę, ale wszystkie państwa członkowskie i unijne instytucje od wybuchu globalnego kryzysu gospodarczego, może okazać się brzemienny w skutki i podkopać przyzwolenie dla integracji ze strony Europejczyków i Europejek. Ta tendencja zdaje się narastać, a chętnych do jej wykorzystania nie brakuje.

Foto: kongres Europejskiej Partii Ludowej w Warszawie, kwiecień 2009 r. Autor: European People’s Party, licencja CC-BY, źródło: Wikimedia commons.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *