Cztery kroki do pomyślności bez wzrostu

Timo Järvensivu
21 lutego 2013

Ludzkość stoi przed niezaprzeczalnym wyzwaniem. Wzrost gospodarczy potrzebny jest do podtrzymania państwa dobrobytu, ale sam wzrost jest bardziej niż kiedykolwiek niezrównoważony. I nie do końca jest jasne, jak ten paradoks rozwiązać.

Heikki Sairanen i Jaakko Stenhäll poczynili kilka wnikliwych obserwacji na ten temat w swojej nowej książce „Avoin vihreä talous” (Zielona gospodarka otwarta). Większość z proponowanych przez nich rozwiązań zasługuje na poparcie. Mają na przykład rację, że podstawowe problemy polityki gospodarczej biorą się nie tyle z teorii ekonomicznych jako takich, lecz z konkretnych polityk tworzonych na ich podstawie. Nie będę wchodził w szczegóły tej książki, warto ją przeczytać i wyrobić sobie własną opinię. Chcę jednak zwrócić uwagę na dwie kwestie, które wiążą się z przywołanym przeze mnie paradoksem: dość bezkrytyczne podejście do możliwości dematerializacji wzrostu gospodarczego i powierzchowność proponowanych rozwiązań.

Sairanen i Stenhäll bezkrytycznie powtarzają mit wzrostu gospodarczego. Pierwszy z brzegu przykład: atomy mogą być przekładane na nieskończenie wiele sposobów, by wesprzeć wzrost, ale tylko przy założeniu, że rynki będą skłonne płacić stale rosnącą cenę za ich ciągłe przekładanie. Nie mówiąc już o tym, że nawet atomy nie są niematerialne.

Dodajmy, że takie przekładanie zużywa energię, a prawa termodynamiki mówią nam, że za każdym razem gdy jest ona zużywana, zamieniana jest z czegoś bardziej na mniej użytecznego (zob. Nicholas Georgescu-Roegen, „The Entropy Law and the Economic Process”, 1971). Ani usługi, ani cyfrowa gospodarka nie są niematerialne.

Co zatem moglibyśmy określić mianem autentycznie niematerialnego wzrostu gospodarczego? Jedną z odpowiedzi jest zwracanie większej uwagi na kwestie duchowe, takie jak miłość, śmierć, zaufanie czy wiara (zob. Herman Daly, „Beyond growth: The economics of sustainable development”, 1996). Ten rodzaj „ekonomii duchowego wzrostu” nie wydaje się jednak dążeniem możliwym do bezkrytycznej akceptacji. Rozwój duchowy i gospodarczy nie mogą – z dobrych powodów – być mierzone tymi samymi wskaźnikami.

Drugim, bardziej rzucającym się w oczy mankamentem książki jest brak głębi i radykalizmu w sugerowanym przez autorów pakiecie rozwiązań.

Finlandia zużywa czterokrotnie więcej zasobów naturalnych niż poziom uznawany za zrównoważony. Jeśli celujemy w umiarkowany, 2-procentowy wzrost gospodarczy w skali roku, fiński PKB musiałby z każdym rokiem być wytwarzany z 5-procentowo wyższą efektywnością przez najbliższe 40 lat. W ten sposób moglibyśmy zacząć mieścić się w granicach możliwości regeneracyjnych planety od 2050 r. Do tej pory jednak poprawa efektywności w skali makro sięgała, zarówno w Finlandii jak i w innych krajach, najwyżej 1–2%. Historia nie dyktuje nam przyszłości w sposób bezwzględny, daje nam jednak dobre oparcie dla jej przewidywania.

Podsumowując: jeśli wyznaczymy odpowiednie limity zużycia surowców, możemy realnie oczekiwać zerowego, a nawet ujemnego wzrostu. Choć jest to centralny punkt przekazu ruchu na rzecz spadku gospodarczego, Sairanen i Stenhäll pomijają taki scenariusz. W niektórych sektorach, takich jak rozwiązania poprawiające efektywność energetyczną, wzrost może być pożądany, ale musimy pamiętać o skupieniu się na osiągnięciu podstaw trwałego rozwoju na poziomie makro, nie zaś na pojedynczych pokrzepiających doniesieniach ze szczebla mikro.

Osoba uzależniona nie rozumie, czym jest prawdziwa wolność – aż do czasu, kiedy uwolni się od swojego nałogu. By zaproponować odpowiednie rozpoznania problemów, musimy zrozumieć naszą zależność od wzrostu gospodarczego i uwolnić się od niej. Potrzeba nam nowego, głębszego zrozumienia tego faktu.

Obecna polityka skupia się przede wszystkim na rozwiązaniach krótkoterminowych. Utopie od samego początku skazywane są na porażkę, chociaż polityka ma być sztuką tego, co możliwe. Nastawienie na „Realpolitik” przejawia się choćby w nieoptymalnym wykorzystaniu narzędzi techniczno-ekonomicznych: są one używane do rozwiązywania wyodrębnionych, prostych, łatwych do zidentyfikowania problemów. Problem z tym podejściem – nie odmawiając mu dobrych intencji – polega na tym, że świat i jego problemy są skomplikowane, a ich rozwiązanie – rozłożone w czasie. Tymczasem Sairanen i Stenhäll mówią: „Nie chcemy proponować niewykonalnych utopii, ale raczej poprawki w status quo, które mogą być osiągnięte za pośrednictwem umiarkowanych zmian”.

Odejście od nieoptymalnego wykorzystania narzędzi techniczno-ekonomicznych wymaga starannego zbadania podstawowych wartości, jakimi się kierujemy, ale także całościowego zakwestionowania dotychczasowych ram dyskusji. Proponuję 4 pomysły na rozpoczęcie takiej dyskusji.

1. Potrzebujemy „Parlamentu dla Przyszłości”

Parlamenty w swej obecnej formie operują w obrębie horyzontu czasowego sięgającego jednego, góra dwóch cykli wyborczych. Takie krótkoterminowe podejście sprzyja wyszukiwania prostych rozwiązań, jako że brakuje czasu na zagłębianie się w alternatywy. Komitet dla Przyszłości fińskiego parlamentu ma dobre intencje i ciekawe spostrzeżenia, ale rezultaty ich działań nie przebijają się przez parlamentarne krótkoterminowe myślenie.

Potrzebujemy Parlamentu dla Przyszłości, funkcjonującego niezależnie od obecnego parlamentu, który skupi się na dniu jutrzejszym. Ramy czasowe działań obecnych ciał ustawodawczych powinny być ustalone na rok do dziesięciu lat. Parlament dla Przyszłości z kolei miałby zadanie stworzenie „praw podstawowych” dla działań ekologicznych, społeczno-kulturowych i ekonomicznych w horyzoncie od 10 do 100 lat.

Parlament dla Przyszłości miałby zatem za zadanie definiowanie ram podejmowania decyzji przez przyszłe parlamenty, unikając zaangażowania w bieżącą politykę. Musi on mieć zagwarantowaną niezależność – tak, by gracze polityczni i gospodarczy, którym zależy na utrzymaniu status quo, nie mogli mu dyktować warunków pracy. Przyjęta przezeń długofalowa perspektywa wzmocniłaby pewność podmiotów ekonomicznych co do warunków prowadzenia interesów w przyszłości, w tym ograniczeń surowcowych.

Pozostaje kwestią otwartą, w jaki sposób Parlament tego typu powinien być zorganizowany i wybierany. By zagwarantować jego niezależność, jego członkinie i członkowie nie powinni być zaplątani w sieci bieżących interesów politycznych i biznesowych. Tak prywatne, jak i służbowe wydatki winny być opłacane z publicznej kiesy – zarówno w trakcie, jak i po zakończeniu mandatu, a osoba decydująca się na jego objęcie nie miałaby możliwości otrzymywania refundacji z innych źródeł publicznych i prywatnych. By zagwarantować ciągłość prac oraz ich skupienie na dłuższej perspektywie czasowej, należałoby wybrać do niego 150 osób na 15-letnią kadencję z rotacją 1/3 składu co 5 lat.

2. Zacznijmy od spraw ogólnych

Aby uniknąć nieoptymalnego wykorzystania dostępnych narzędzi, pierwsze decyzje Parlamentu dla Przyszłości powinny skupić się na kwestiach dotyczących całokształtu ekologii, życia społecznego, kulturalnego i ekonomicznego. Istnieje potrzeba zintegrowanego podejścia, które umożliwi następnie wybór odpowiednich priorytetów.

Po pierwsze, na działalność ekonomiczną (i nie tylko) człowieka muszą zostać nałożone ścisłe, globalne i krajowe ograniczenia ekologiczne, przenosząc środek ciężkości z maksymalizacji produkcji na zapewnienie bezpieczeństwa.

Po drugie, konieczne jest opracowanie kryteriów składających się na ludzki dobrostan – tak w skali globalnej, jak i narodowej.

Po trzecie, jednostkowe wolności, takie jak swoboda działalności gospodarczej, społecznej i kulturalnej, powinny być zagwarantowane w obrębie warunków stworzonych przez wspomniane przed chwilą kryteria ekologiczne i społeczne, związane z jakością życia.

3. Powszechne „prawo jazdy” dla sztuki myślenia

W dzisiejszej edukacji zbyt duży nacisk kładzie się na czysto techniczno-ekonomiczne umiejętności, zwiększające produktywność i generujące wzrost gospodarczy. Nie przyczyniają się one do poprawy zrozumienia zagadnień etycznych, zrozumienia dla funkcjonowania biosfery oraz powiązań między człowiekiem a środowiskiem, w jakim funkcjonuje. Obok utylitarnej edukacji potrzebujemy większego zakresu nauczania myśli humanistycznej, filozoficznej, światopoglądowej oraz społeczno-kulturowej. Miałoby to na celu nie natychmiastowe korzyści ekonomiczne, lecz długofalową poprawę ludzkiego dobrobytu (zob. Martha Nussbaum, „Not For Profit: Why Democracy Needs the Humanities”, 2010).

Wyrobienie nawyku myślenia i rozumienia wymaga edukacji. Tak jak potrzeba nam prawa jazdy do możliwości poruszania się samochodem, tak potrzeba nam – jako nowego warunku dorosłego życia – „prawa jazdy” w myśli ekologicznej i społecznej. Można by je połączyć z przyznawaniem prawa do minimalnego dochodu i dalszej edukacji.

Zdefiniowanie tego, co powinno być sprawdzane na egzaminie na „obywatelskie prawo jazdy” jest niemałym wyzwaniem, jako że nie jest to – jak w wypadku jazdy samochodem – czysto techniczna umiejętność. Jest jasne, że nie może być ono przyznawane na bazie wypełnienia krótkiego testu. Zamiast tego szykuje się nam złożony, wielowymiarowy proces oceniania nabytych umiejętności. Wymóg posiadania takiego dokumentu obowiązywałby w sektorze edukacyjnym, a osoba go posiadająca musiałaby regularnie poddawać się procesowi jego ponownego przyznawania, co najmniej raz na 10 lat. Ponieważ korzyści z jego posiadania – tak jak w przypadku sieci drogowej – ponosiłoby całe społeczeństwo, miałoby ono interes w zapewnieniu jego dostępności dla wszystkich.

4. Bardziej demokratyczne struktury

Jeśli chcemy urzeczywistnienia powyższych trzech pomysłów, musimy dążyć do likwidacji monopolistycznych ośrodków władzy. Trzeba stworzyć przestrzeń dla inkluzywnych, uczciwych i sprawiedliwych procesów demokratycznych. Wymaga to zmian nie tylko w funkcjonowaniu międzynarodowych instytucji, takich jak Międzynarodowy Fundusz Walutowy, Bank Światowy, Unia Europejska czy międzynarodowe porozumienia handlowe, ale także w obrębie fińskiego systemu politycznego i struktur wpływów korporacyjnych. Parlament dla Przyszłości miałby za zadanie sprawdzić, w jaki sposób tworzą się monopole władzy, a następnie przygotować zaprojektować „struktury ochronne”, zapobiegające ich powstawaniu.

Monopole tego typu często powstają wtedy, gdy decyzje dotyczące zasobów pozostających w gestii danej społeczności podejmowane są przez jeden lub góra kilka kluczowych podmiotów. Temu typowi monopolizacji można by się przeciwstawić poprzez wybudowanie swego rodzaju „sufitu władzy”. Dla przykładu można wyobrazić sobie, że nikt nie może samodzielnie decydować o więcej niż 10% zasobów danej społeczności czy regionu. Zasada ta wiązałaby nie tylko prywatne rynki, ale także demokratyczne procesy decyzyjne. W efekcie żaden lider partyjny nie kontrolowałby więcej niż 10% mandatów w parlamencie, a przedsiębiorca – przekraczającego 10% udziału w sprzedaży czy siły roboczej na określonym terytorium.

Idee te nie są proste do realizacji, ale uważam je za konieczne, jeśli pomysły Sairanena i Stenhälla – wśród których nie brakuje dobrych technicznych rozwiązań – miałyby być realizowane. Nie są one wcale utopijne, wystarczy, że odpowiednio wiele osób je poprze.

Natomiast wizja nieskończonego wzrostu gospodarczego na ograniczonej planecie jest bez wątpienia utopijna. Granice wzrostu zostały dostrzeżone już w latach 70. XX w., ale potem niestety zmarnowaliśmy cztery dekady Nie osiągnęliśmy zrównoważonego rozwoju, pozostaliśmy przy modelu niezrównoważonym. Nie warto marnować kolejnych 40 lat na „Realpolitik”. Zamiast tego skupmy nasze wysiłki na likwidowaniu dzisiejszych monopoli władzy, poszerzaniu demokracji i zwiększaniu naszych zdolności do lepszego zrozumienia otaczającego nas świata.

Artykuł „For steps for a growth-free, prosperous Finland” ukazał się w „Green European Journal”. Przeł. Bartłomiej Kozek.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *