Red Green

Zielono-czerwone dyskusje

Bartłomiej Kozek
19 sierpnia 2011

Czy ekopolityka może ożywić socjaldemokratyczną lewicę? I czy potrzebujemy wzrostu gospodarczego? Publikację brytyjskiego Compassu nt. relacji między zieloną a czerwoną polityką omawia Bartłomiej Kozek.

Brytyjski Compass to założony w 2003 r. związany z Partią Pracy think tank, który od początku krytykował „trzecią drogę” Tony’ego Blaira. Kwestią czasu był moment, w którym w poszukiwaniu inspiracji dla odbudowy lewicy w Wielkiej Brytanii skieruje swe zainteresowanie w stronę zielonej polityki. Efektem tego procesu jest jego najnowsza publikacja, Good Society/Green Society? The Red-Green Debate.

Wraz ze zdobyciem mandatu w Izbie Gmin przez Caroline Lucas, liderkę Partii Zielonych Anglii i Walii, w Partii Pracy rozpoczęła się dyskusja na temat jej stosunku do coraz bardziej poważnego konkurenta politycznego. Nie brakuje głosów, opowiadających się za obroną monopolu laburzystów po lewej stronie sceny politycznej. Zwolennicy tego stanowiska cieszą się np. ze skrętu w prawo współtworzących obecnie koalicję rządową z konserwatystami Liberalnych Demokratów. Nie jest to jednak jedyna wizja, jaka pojawia się w szeregach Partii Pracy. Compass można określić jako środowisko zrzeszające ponad 40 tys. osób (trudno wyobrazić sobie podobnie liczny think tank nad Wisłą), który prezentuje inną, bardziej pluralistyczną wizję. Najlepszym tego przykładem było otwarcie członkostwa dla osób spoza Partii Pracy, dzięki czemu do jego zespołu weszło szereg działaczek i działaczy Zielonych. W ramach think tanku rozpoczął się dialog między „czerwonymi” a „zielonymi”, który znajduje wyraz w 45-stronicowej publikacji.

Zbiór jedenastu tekstów stanowi syntetyczne wyłożenie podobieństw i różnic w spojrzeniu na świat, reprezentowanych przez środowiska socjaldemokratyczne i zielone. Bodaj największy spór dotyczy kwestii wzrostu gospodarczego. Czas największych sukcesów lewicy – okres od zakończenia II wojny światowej po szok naftowy lat 70. XX w. – opierał się na budowaniu pokoju społecznego między dawniej zantagonizowanymi klasami społecznymi za pomocą wzrostu produkcji i konsumpcji, co skutkowało intensywną eksploatacją środowiska naturalnego. Dziś w modelu tym widać coraz większe słabości, których przejawem są chociażby coraz częstsze w krajach rozwiniętych okresy, gdy za wzrostem gospodarczym nie idzie wzrost zatrudnienia. To duże wyzwanie dla tradycyjnych partii lewicowych, nadal tkwiących w paradygmacie wzrostu.

Tak też bywa, jak zauważa jeden z autorów tekstów, Rupert Read, interpretowana idea Zielonego Nowego Ładu – inwestycji w walkę ze zmianami klimatu (energetyka odnawialna, energooszczędne budownictwo, transport zbiorowy itp.) i w politykę społeczną. Wpisywanie go w ramy zazielenionego keynesizmu jest jego zdaniem mylnym podejściem. Celem tej koncepcji nie jest powrót gospodarki na tory cyklicznych okresów boomu i kryzysu, lecz ustabilizowanie sytuacji ekonomicznej oraz stworzenie miejsc pracy, umożliwiające przeprowadzenie sprawiedliwej transformacji gospodarki w stronę ekonomii bezwzrostowej, funkcjonującej w granicach zdolności regeneracyjnych Ziemi.

Jak z kolei zauważa Victor Anderson, zielona myśl społeczna, polityczna i ekologiczna zaczęła kwitnąć wtedy, gdy tradycyjna myśl socjaldemokratyczna przestała udzielać przekonujących odpowiedzi na wyzwania współczesności. Widać to wyraźnie, gdy przeczyta się artykuł Johna Hare’a na temat historii czerwono-zielonych koalicji rządowych. Jeszcze w latach 1998-2005, kiedy Niemcami wspólnie rządziło SPD i Zieloni, w tej drugiej partii trudno było zauważyć spójną wizję polityki ekonomicznej, która byłaby w stanie wejść w spór z neoliberalizmem urzeczonej „trzecią drogą” ekipy Gerharda Schrödera. Choć przyjęta wówczas polityka energetyczna była wielkim sukcesem Zielonych, przyczyniając się do wprowadzenia mapy drogowej zamykania elektrowni jądrowych oraz wytworzenia prężnego sektora energetyki odnawialnej, to nie brakowało inicjatyw, które według Hare’a przyczyniły się do okresowego spadku poparcia dla Zielonych. Jako przykład podaje zwiększenie podatków na benzynę, co miało efekty regresywne, ponieważ rząd SPD i Zielonych uznał jednocześnie, że grupą wymagającą pomocy w tej sytuacji są pracodawcy, po stronie których zredukowano wysokość składek ubezpieczenia społecznego. Niedawne zwycięstwo Zielonych w wyborach landowych w Badenii-Wirtembergii pokazuje, że wieloletnie budowanie kompetencji w polityce społecznej i ekonomicznej ułatwia proces przechodzenia wyborczyń i wyborców na „zieloną stronę mocy”.

W jaki zatem sposób zielona polityka może zrewitalizować lewicę? Odpowiedź trudno zawrzeć w kilku zdaniach. Reforma socjaldemokracji, zdaniem Justin Kendrick oraz Alexis Rowell, musiałaby przyczynić się do podważenia dwóch dogmatów, których siła po lewej stronie sceny politycznej pozostaje dość znaczna. Pierwszym z nich jest wiara w „tragedię wspólnego pastwiska” – przekonanie, że wspólna własność nie jest możliwa do obrony bez właściciela (publicznego bądź prywatnego), który zapobiegnie egoizmowi jednostek, chcących zmaksymalizować indywidualne korzyści z czerpania wspólnego zasobu. Jak wykazały badania noblistki Elinor Ostrom, lokalne społeczności swoimi wspólnymi zasobami potrafią zarządzać całkiem nieźle, za to charakterystyka wypracowana przez rzecznika koncepcji „tragedii wspólnego pastwiska”, Garretta Hardina, pasuje dużo bardziej do dzisiejszego, egoistycznej, neoliberalnego kapitalizmu z jego mitologią homo oeconomicus niż do własności wspólnej.

Innym źródłem nieporozumień jest zdaniem autorów tekstu spuścizna odczytywania myśli Marksa (dotykająca zarówno nostalgików marzących o powrocie „starej Partii Pracy”, jak i osoby uwiedzione ideologią „trzeciej drogi”) jako zwolennika omnipotentnego państwa, mającego przynieść wyzwolenie uciskanym klasom. Marks tymczasem, szczególnie w pismach z późnego okresu swojego życia wyrażał przekonanie, że państwo jako narzędzie opresji stanowi zagrożenie dla pierwotnych wspólnot społeczno-ekonomicznych, takich jak rosyjskie komuny rolne, konkurując z nimi o pracę i zasoby. Wyzwaniem staje się zatem przedefiniowanie władzy i jej znaczenia oraz odpowiedź na pytanie, czy bardziej skupić się na próbie przechwycenia już istniejących instytucji za pomocą wyborczej wygranej, czy może skupić się na budowie nowych, równoległych struktur, takich jak transition towns – nowe przestrzenie, w których ludzie oddolnie organizują się, by żyć zgodnie z zasadami trwałego i zrównoważonego rozwoju.

Tekstów w publikacji jest dużo więcej i poruszają znacznie szersze spektrum tematyczne, takie jak chociażby kwestię łączenia czerwonych i zielonych perspektyw w kwestii polityki handlowej czy też tego, jaki język wykorzystuje się we wzajemnych kontaktach i prezentowaniu wyznawanych przez siebie wartości. Feministyczna analiza tego tematu pióra Debory Doane i Ruth Potts warta jest lektury także i w kontekście polskiej polityki. Guy Shrubsole rozwija z kolei w swym materiale temat wspólnych, czerwono zielonych wartości: ekologicznej równości, sprawiedliwości klimatycznej, „zielonego dziedzictwa” oraz skupienia na dobru wspólnym, by pokazać, że ideowych mostów można między tymi dwoma spojrzeniami na świat zbudować dość sporo. Mam nadzieję, że na podobną publikację na polskim gruncie nie przyjdzie mi czekać do momentu, kiedy rodzima lewica zacznie czuć oddech Zielonych na swych plecach.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Komentarze do “Zielono-czerwone dyskusje

  • 19 sierpnia 2011 at 12:16
    Permalink

    Bardzo ciekawy artykuł! Nie zgadzam się jednak z przytoczoną tu opinią Ruperta Reada, że Zielony Nowy Ład nie jest „zielonym keynesizmem”. Nie warto wylewać Keynesa z kąpielą. Wydaje mi się, że zaszły tu dwa nieporozumienia. Po pierwsze, wśród zielonych ekonomistów panuje różnica zdań w kwestii wzrostu/rozwoju gospodarczego – jedni są za zrównoważonym rozwojem, inni za gospodarką bezwzrostową, a jeszcze inni za selektywnym spadkiem gospodarczym. Zielony Nowy Ład nastawiony na zrównoważony rozwój w pełni zasługuje więc na miano „zielonego keynesizmu”, nawet przy założeniu, że keynesizm nieuchronnie wiąże się z polityką nastawioną na wzrost/rozwój. Ale tu jest drugi punkt niezgody – co jest koniecznym elementem keynesizmu, a co nie. Otóż moim zdaniem Keynesowskie ramy pojęciowe i instrumenty polityczne można zastosować nie tylko w imię wzrostu gospodarczego czy zrównoważonego rozwoju, ale także w celu budowy gospodarki bezwzrostowej lub nawet selektywnego spadku gospodarczego. To oczywiście głęboka zmiana w stosunku do oryginalnego projektu z lat 30., ale właśnie dlatego mówimy o „zielonym keynesizmie”, a nie o po prostu keynesizmie czy neokeynesizmie.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *