Czemu tak mało wiemy o Parlamencie Europejskim

Yoav Kunz
11 stycznia 2012

Słabe zainteresowanie mediów działalnością Parlamentu Europejskiego jest główną przyczyną sławetnej „luki demokratycznej”, jaka wyrasta między Unią Europejską a jej obywatelami.

Gdy myślimy o politycznej reprezentacji i demokracji na poziomie unijnym, pierwszym miejscem, które przychodzi nam do głowy, Parlament Europejski (PE). Parlament jest bezpośrednio wybierany przez obywatelki i obywateli UE od 1979 r. i jego kontrola nad stanowieniem prawa UE przez ten czas realnie wzrosła, szczególnie od czasu Traktatu Lizbońskiego (2007). Tak więc PE jest rzeczywiście silną instytucją, chociaż nie wydaje się, żeby opinia publiczna przywiązywała do tego większą wagę. Większość Europejczyków nie ma pojęcia o mechanizmach jego działania, i większa część aktywności Parlamentu toczy się z dala od publicznego zainteresowania. Nikt dokładnie nie wie, co się tam właściwie dzieje.

Perypetie zielonych europosłów

Zieloni europarlamentarzyści starają się wzbudzić zainteresowanie mediów, np. wysyłając komunikaty prasowe, organizując konferencje czy uczestnicząc w różnych wydarzeniach. Jednak ich wysiłki nie wydają się przynosić wielkich sukcesów.

Gdy zapytałem byłego europarlamentarzystę Alaina Lipietza z francuskich Zielonych o publiczną widoczność w PE, odpowiedział krótko: „Zero. To jak wygnanie. W Zgromadzeniu Narodowym możesz zajmować się czymkolwiek, telewizja i tak się tobą zainteresuje. W PE pracujesz przez pół roku nad przygotowaniem raportu i nic z tego nie masz”.

Z kolei Carl Schlyter (Szwecja, Miljöpartiet de Gröna) powiedział mi: „Żaden szwedzki poseł nie zyskuje rozpoznawalności dzięki swej pracy w Parlamencie Europejskim. Jeśli jest rozpoznawalny, to wynika to jedynie z jego poprzedniej aktywności”. Gdy Isabelle Durant z belgijskiej partii Écolo wygrała w 2009 r. wybory do PE, ludzie mówili jej, że „wyjechała do Europy”. Mimo że cały czas była w Brukseli…

Obecność w mediach krajowych jest ważna dla wszystkich polityków, którzy nie chcą, aby opinia publiczna zupełnie o nich zapomniała. Isabella Lövin, europarlamentarzystka ze Szwecji (Miljöpartiet de Gröna), która zdobyła rozgłos jeszcze przed wyborem do PE dzięki publikacjom na temat problemu przełowienia, powiedziała mi, że odkąd przeprowadziła się ze Sztokholmu do Brukseli, zdobycie uwagi mediów stało się dużo trudniejsze z powodu odległości.

„Czterokrotnie zdarzyło mi się, że musiałam zaproszenie na następny dzień do radia lub telewizji, ponieważ akurat byłam w Brukseli lub Strasburgu. Telewizja woli mieć gości na żywo w studiu, bo to podnosi dynamikę programu. Więc oczywiście korzystniej jest być na miejscu, w Szwecji. Kiedyś toczyła się debata, którą sama zainicjowałam. Gdy w jednym z kanałów telewizyjnych miał pojawić się materiał na ten temat, w ogóle nie zostałam poproszona o wypowiedź, tylko dlatego, że nie było mnie na miejscu”.

Emilie Turunen, europosłanka z Socialistisk Folkeparti (Dania) próbowała zainteresować pewną duńską gazetę historią, która bardzo pasowała do profilu gazety. Powiedziano jej, by skontaktowała się z brukselskim korespondentem. Ten jednak miał niewielkie możliwości opublikowania tekstu, ponieważ odpowiadał za wiadomości związane ze wszystkimi instytucjami UE, na które zwykle nie ma zbyt wiele miejsca, bo główne szpalty zajmuje polityka krajowa.

Kto winien: Parlament czy media?

Mówiąc krótko, obecność polityka w mediach krajowych zależy bezpośrednio od jego lub jej zaangażowania w politykę krajową, a co za tym idzie – od obecności w kraju i utrzymywania stałego kontaktu z dziennikarzami.

Łatwo obwiniać sam Parlament Europejski za złą opinię, jaką się cieszy. W dążeniu do większej efektywności i racjonalności europejscy politycy posunęli się za daleko, za mało miejsca pozostawiając na debaty ideologiczne, jakie toczą się w polityce krajowej. W gruncie rzeczy, biorąc pod uwagę tak dużą liczbę kompromisów i konsensusów zawieranych pomiędzy grupami politycznymi w PE i tak małą liczbą konfliktów w czasie sesji plenarnych, wyborcy (i dziennikarze) nie rozumieją mechanizmów funkcjonowania PE i po prostu się nimi nie interesują.

A jednak, z kilku powodów, media są także winne obecnej sytuacji. Po pierwsze liczba dziennikarzy piszących na tematy unijne jest dużo niższa od tych zajmujących się tematyką krajową. Tym bardziej, gdy weźmiemy pod uwagę, że opisują oni nie tylko zagadnienia związane bezpośrednio z PE, ale również z wszystkimi innymi instytucjami europejskimi. Po drugie dziennikarze ci przebywają w Brukseli i nie śledzą systematycznie wystąpień europosłów ze swoich krajów podczas comiesięcznych sesji plenarnych w Strasburgu, ponieważ to pochłaniałoby czas i oznaczało dodatkowe wydatki związane podróżami i kosztami zakwaterowania. Poza tym nie chcą opuścić codziennych konferencji prasowych i briefingów innych brukselskich instytucji UE. Po trzecie zaś dziennikarze ci często „podpięci są” pod działy zagraniczne w gazetach czy stacjach radiowych lub telewizyjnych, które wolą soczyste teksty o konflikcie izraelsko-palestyńskim czy wojnie w Iraku niż nudne doniesienia o działaniach UE.

Niedostateczna liczba doniesień medialnych dotyczących działalności Parlamentu Europejskiego jest główną przyczyną sławetnej „luki demokratycznej’”, jaka wyrasta między Unią Europejską a jej obywatelami oraz najpoważniejszym powodem, dla których polityczna reprezentacja i demokracja na szczeblu unijnym wciąż pozostawiają tak wiele do życzenia.

Artykuł ukazał się na portalu GreenYourope. Przeł. Mateusz Urban.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *