Sezonu ogórkowego nie będzie

Bartłomiej Kozek
12 lipca 2013

Wakacje w tym roku nie zapowiadają się na polityczny sezon ogórkowy – w epoce całodobowych telewizji informacyjnych i serwisów społecznościowych trudno, by było inaczej. Czy Platformę Obywatelską można już spisać na straty i czy jest miejsce na inne formacje ciągnące modernizacyjny sztandar?

Odwrócenie sondażowych trendów i dawno niewidziana przewaga Prawa i Sprawiedliwości nad Platformą Obywatelską rozbudziły dyskusje polityków i publicystów – podobnie jak sukcesy PiS w przedterminowych wyborach senackich w Rybniku oraz samorządowych w Elblągu. Działacze partii, na czele z jej rzecznikiem Adamem Hofmanem, już teraz deklarują, że przebiła ona szklany sufit i teraz jej poparcie będzie już tylko rosnąć. Ich dobre samopoczucie ma swoje podstawy. W badaniu SMG/KRC formacja Jarosława Kaczyńskiego zdobywa 35% – wynik, jakiego nie uzyskała w żadnych dotychczasowych wyborach parlamentarnych.

W narożniku leży z kolei poobijana Platforma, zastanawiająca się jeszcze, czy ma siły wstać i podjąć dalszą walkę. Jeszcze niedawno premier Tusk zapewniał, że „nie ma z kim przegrać”. Teraz, w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” stwierdza, że od dawna przewidywał taki rozwój wypadków i że jest przekonany, że na kilka miesięcy przed kolejnymi wyborami parlamentarnymi uda się jego partii odzyskać sondażowe prowadzenie. Pewnie dlatego, podczas niedawnej konwencji PO, na której zdecydowano o bezpośrednich wyborach przewodniczącego partii, zamiast mobilizować swój elektorat wolał podkreślać swoje więzi ze Śląskiem i mrugać okiem do górników, solennie zapewniając, że docenia ich trud – w przeciwieństwie do wszelkiego sortu mędrków z Warszawy.

Wyczerpanie modernizacyjnego paliwa

Wbrew temu, co sugeruje część publicystów, kłopoty koalicyjnego rządu PO i PSL nie są aż tak bardzo związane z wewnątrzpartyjnymi rozliczeniami i zakulisowymi pojedynkami skrzydeł i koterii, lecz raczej z zagubieniem pozbawionej bardziej ambitnej wizji politycznej PO.

Donald Tusk – o czym mógł świadczyć program partii z 2011 r. czy obietnica ambitnego programu inwestycji publicznych w tzw. „drugim exposé” – starał się wypełnić treścią początkowo puste i w politycznej praktyce niezbyt wykorzystywane hasło „nowego centrum”. W tej optyce Platforma miała być umiarkowaną, postpolityczną formacją modernizacyjną, strzegącą kraj przed radykalizmami z prawa i lewa (swego rodzaju odpowiednikiem kanadyjskiej Partii Liberalnej, wieloletniej partii władzy, lokującej się między konserwatystami a socjaldemokratami). W projekcie tym istotne było stopniowe przenoszenia środka ciężkości z wielkich inwestycji infrastrukturalnych typu autostrady i stadiony na bardziej miękkie działania – poprawę dostępności opieki żłobkowo-przedszkolnej czy centra naukowe w każdej stolicy województwa.

Sęk w tym, że w drugiej kadencji, która miała przynieść modyfikację kursu, Platforma nie potrafiła narzucić tempa zmianom. Większość z nich – i to najczęściej tych mających na celu zmiękczenie neoliberalnego czy technokratycznego wizerunku – ciągnęła się niemiłosiernie. Z jednej strony rąd nie był w stanie przez kilka lat przekonać rodziców do posyłania sześciolatków do szkół, z drugiej – mimo społecznych protestów wiek emerytalny podniesiono w ekspresowym tempie. Na czas Euro 2012 punktualnie wybudowano stadiony, a w tym samym czasie pozbawione środków samorządy zamykały kolejne szkoły i prywatyzowały stołówki. Wydłużenia urlopu rodzicielskiego nie wykorzystano do zaproponowania ojcom odpowiednio długiego czasu na wyłączność, co mogłoby doprowadzić do poprawy sytuacji kobiet na rynku pracy. Nawet bój z Otwartymi Funduszami Emerytalnymi, nie cieszącymi się przecież wielką miłością Polek i Polaków, a także innych parlamentarnych partii politycznych, wpisał się bardziej w poszukiwanie sposobów łatania dziury budżetowej niż w opowieść o godnej emeryturze jako prawie człowieka.

Co gorsza, otwarcie PO na tematykę socjalną, pozostające w wielu wypadkach w obszarze deklaracji (trudno za element tegoż otwarcia uznać chociażby niedawne przegłosowanie uelastycznienia czasu pracy), spowodowało nie do końca pożądany przez nią skutek uboczny. Spora część elektoratu Platformy utożsamiła to otwarcie jako otwarcie również na kwestie światopoglądowe.

Kiedy już modernizacja przestała być traktowana wyłącznie w kategoriach wzrostu PKB, otworzył się worek z życzeniami, których spełnianie nie znalazło się wśród wyborczych obietnic PO. Najbardziej jaskrawym tego przykładem okazały się związki partnerskie. Partia Donalda Tuska zafundowała sobie tygodnie wewnętrznych kłótni o kwestię, w której nie miała przed wyborami jednolitego stanowiska, narażając się na wściekłość lewicowej i liberalnej części własnego elektoratu. Nie po raz pierwszy – dość przypomnieć przeboje wokół in vitro czy poparcie części klubu Platformy dla zaostrzania ustawy aborcyjnej. Patrząc się na kontrowersje wokół tematu uboju rytualnego można mieć wrażenie, że PO po raz kolejny z premedytacją pcha się w tarapaty tego samego typu.

Opiekuńcza twarda ręka

Prawo i Sprawiedliwość może w tej sytuacji korzystać na osłabieniu Platformy na kilka sposobów. Po pierwsze może otwierać się na prawą flankę elektoratu PO, oferując pewność, że za ich rządów żadne „rewolucje obyczajowe” nie będą miały miejsca. Po drugie Kaczyński może portretować Tuska i Platformę jako siłę „lewicową”, co w rezultacie zaczyna generować tragikomiczne rezultaty. Premier, sam nazywający się „trochę socjaldemokratą”, staje się w tej narracji reprezentantem „cywilizacji śmierci” i światopoglądowym radykałem. Opinia ta ma niewiele wspólnego z rzeczywistością (o czym świadczy choćby asekurantyzm Tuska podczas ostatniego Kongresu Kobiet), ale to bez znaczenia – istotne jest to, że spycha PO z jej centrowej pozycji na lewą flankę i umożliwia PiS sięganie do przesuniętego w ten sposób centrum.

W momencie znużenia rządami Platformy nie działa już straszenie Macierewiczem czy Piętą – tych można na czas marszu po władzę schować i argumentować, że gdy PiS rozbudowuje swój przekaz gospodarczy, PO zajmuje się obyczajowymi „tematami zastępczymi”. To, że program ekonomiczny Prawa i Sprawiedliwości wydaje się – przynajmniej deklaratywnie – bardziej lewicowy niż propozycje Platformy Obywatelskiej również nie przeszkadza w tym, by formacja Jarosława Kaczyńskiego miała zarzucać swoim głównym prawicowym oponentom… lewicowość. Witajcie w świecie politycznych paradoksów!

W sytuacji, gdy w domowych rozmowach tematyka związana z jakością usług publicznych – ochrony zdrowia, edukacji czy funkcjonowania urzędów – pojawia się regularnie, a Platforma zaczyna być postrzegana jako partia, która niewiele w tych sprawach robi, PiS ze swą wizją „Polski solidarnej” i mówieniem o konieczności stanowczych działań w celu stymulacji rynku pracy przestaje być „toksyczną marką”. Coraz mniej w ludziach przekonania, że formacja rządząca, która mrozi środki w Funduszu Pracy, a jako receptę na zbijanie bezrobocia uznaje faktyczną likwidację nadgodzin, jest polityczną siłą, którą chcieliby wybrać na kolejną kadencję.

Rozczarowanie zawiedzionymi nadziejami modernizacyjnymi musi być duże, skoro ludzie gotowi są znów zaufać partii, która zniosła podatek spadkowy i forsowała obniżki stawek PIT, zdecydowanie korzystniejsze dla najbogatszych niż dla nisko- i średnio zarabiających. Potrzeba „zrobienia porządku” wydaje się na dziś większa niż lęk przed na przykład nadużywaniem służb porządkowych w celu kompromitowania politycznych przeciwników. Platforma powinna sobie pogratulować, że była w stanie znieczulić Polki i Polaków nawet na tę ostatnią kwestię.

Klincz anachronicznej modernizacji

Słabnięcie PO mogłoby stworzyć warunki do powrotu bardziej tradycyjnego podziału wzdłuż osi prawica-lewica na polskiej scenie politycznej. Utrudnić ten powrót może nie tyle podział na lewo od PO (projekt Europy Plus wydaje się być pogrążony w permanentnym kryzysie, którego jednym z wielu symboli jest opuszczanie klubu Ruchu Palikota przez rosnącą liczbę posłanek i posłów), co duże prawdopodobieństwo chęci powstania powyborczego „kordonu sanitarnego” wokół PiS, tworzonego przez PO, SLD i PSL.

Leszek Miller może ulec nie tylko pokusie rządzenia, ale również wierze, że z co najmniej częścią Platformy dałoby się porozumieć na gruncie programowym. Pytanie, czy związki partnerskie i szybkie wprowadzenie euro miałoby starczyć za marazm w kwestii np. polityki społecznej czy otwartych konfliktów mogących zaistnieć w wypadku sporów np. o wysokość płacy minimalnej czy o organizację systemu ochrony zdrowia. Dużo bardziej prawdopodobne niż popychanie PO w stronę socjalliberalną byłoby w tym scenariuszu trwanie i gnicie takiego układu, zatapiające tak Tuska, jak i Millera, co torowałoby drogę do samodzielnych rządów PiS w kolejnej kadencji.

Czy przesilenie w konfrontacji między dwiema prawicowymi partiami politycznymi tworzy przestrzeń do zaistnienia nowych, politycznych inicjatyw? Wielce możliwe – choć niekoniecznie tam, gdzie liczą na to Przemysław Wipler czy Jarosław Gowin. Słabnięcie PO oznacza, że sztandar formacji modernizacyjnej na nowo jest do wzięcia. Jego przejęciu przez SLD (co mogłoby się skończyć – jak prorokuje część publicystów – wyprzedzeniem Platformy przez Sojusz w sondażach) zdaje się przeszkadzać polityka historyczna Sojuszu, odrzucająca od niego młodych wyborców z wielkich miast.

Co ciekawe, flirt z podobną postawą prowadzi również Janusz Palikot, co zdaje się pokłosiem analiz Rafała Chwedoruka, sugerującego, że lewica powinna skupić się na elektoracie z małych i średnich miast, którego aspiracje cywilizacyjne symbolizować ma podział administracyjny na 49 województw, wprowadzony za Edwarda Gierka i które blokować ma skupianie się przez PO na rozwoju jedynie największych aglomeracji.

Palikot, w wyniku niezbornych ruchów programowych i skakania od podatku liniowego po budowanie fabryk, stracił sporo wiarygodności zarówno wśród liberałów, jak i lewicowców. Nie zdecydował się konsekwentnie ani na projekt lewicowo-populistyczny, ani na integralnie liberalny i teraz zajmuje się zamianą powstałego wokół niego ruchu politycznego na mięso armatnie dla otoczenia Aleksandra Kwaśniewskiego. Postulaty rozdziału kościoła od państwa czy legalizacji miękkich narkotyków na dłuższe trwanie na politycznej scenie nie wystarczają, a wraz z przedłużaniem się spowolnienia gospodarczego spada ich potencjał jako modernizacyjnych symboli.

Czas ekopolityki?

Paradoksalnie, długo lekceważona w polskim dyskursie politycznym ekologia ma pewną szansę, by – dzięki zamieszaniu wokół kwestii pakietu energetyczno-klimatycznego oraz listopadowego szczytu klimatycznego COP19 w Warszawie – stać się nowym symbolem modernizacji. Z jednej strony nadal żywe – choć niszowe – jest jej traktowanie w kategoriach mody czy stylu życia, związanego z aspiracjami, jakością życia, równowagą między czasem wolnym a pracą, zdrowiem. Z drugiej – w kraju o dwumilionowym bezrobociu i dość niskiej stopie zatrudnienia argumenty dotyczące nowych miejsc pracy, konsekwentnie powtarzane, nie muszą koniecznie zginąć w informacyjnym szumie.

Jak na razie prawica zgodnym chórem, niezależnie od politycznych barw, nie chce, by Polska szła w awangardzie budowania niskoemisyjnej gospodarki w Europie. Woli trzymać się „sprawdzonych” rozwiązań – niskich kosztów pracy, tłumiących popyt wewnętrzny niskich płac, stawiania na produkcję o niskiej wartości dodanej i innowacyjności (od składania mebli aż po składanie samochodów), niskich nakładów na politykę rodzinną, edukację i zdrowie.

Przykład niedawnego głosowania w Parlamencie Europejskim nad przesunięciem w czasie aukcjonowania pozwoleń na emisje gazów cieplarnianych, w którym żaden z polskich europosłów, nie poparł proekologicznych rozwiązań, dobrze ilustruje chęć utrzymania przez Polskę status quo, które jest absolutnie nie do utrzymania. Zarówno jeśli chodzi o globalny kontekst (coraz większą liczbę krajów rozwijających energetykę odnawialną, wprowadzających podatki węglowe czy własne systemy handlu emisjami), jak i konieczność pilnego zajęcia się przeciwdziałaniu podnoszeniu się zawartości CO2 w atmosferze.

Wykorzystanie koncepcji Zielonego Nowego Ładu i inwestowania w sektor energetyczny, transport zbiorowy czy budownictwo do tej pory wydawało się nazbyt abstrakcyjne jak na polski grunt polityczny. Dziś jednak sytuacja się zmienia, w miarę tego, jak dotychczasowe narracje modernizacyjne wyczerpują się i tracą nośność. Przejście od wizerunku ekologii jako konserwowania zastanego stanu przyrody do ekologii jako wehikułu unowocześnienia polskiej gospodarki wydaje się wyzwaniem, które należy podjąć. Jak pokazuje podejście polskich polityków do tematu ochrony klimatu, poza Zielonymi rękawicy tej nie podejmie raczej inna formacja.

To wielka odpowiedzialność, ale i szansa. Szansa na spolaryzowanie politycznej sceny i wprowadzenie podziału „my-oni”, gdzie „onymi” będą zwolennicy trwania przy coraz bardziej przestarzałych rozwiązaniach. Szansa na prezentację pozytywnego przekazu własnego i odpowiednie wpisanie we wspomniany powyżej podział mobilizujących lokalne społeczności haseł walki z atomem czy gazem łupkowym. Szansa na zaproponowanie wyborczyniom i wyborcom wyjątkowego programu – antyestablishmentowego w sensie bycia pod prąd ustalonym opiniom i rzekomym „interesom narodowym”, a jednocześnie jednoznacznie progresywnego. Szansa na powiązanie z pozoru abstrakcyjnego tematu polityki klimatycznej jako źródła nowych miejsc pracy, poprawy stanu zdrowia, inwestycji w innowacje naukowe czy tańszych rachunków za energię w wyniku szeroko zakrojonych programów termorenowacji. Szansa na powiązanie ekologii z jakością życia i jakością instytucji publicznych – potrzebą wysokiej jakości ochrony zdrowia czy edukacji.

To wszystko oczywiście szansa, a nie gwarancja sukcesu. Przeszkodzić w jej odniesieniu może wszystko – od niedostatecznej organizacji, poprzez próby ponownego wpisywania ekologii w obręb wartości postmaterialistycznych i epatowania obrazkami misiów polarnych, nieumiejętność przeniesienia interesujących, transformacyjnych koncepcji na język prostych do zrozumienia obrazów zmian, aż po niedostateczne łączenie kwestii ekologicznych ze społecznymi. Wydaje się jednak że jest to szansa, nad którą warto się zastanowić – mimo iż na pierwszy rzut oka zmiany klimatyczne nie wyglądają na temat, który miałby zmobilizować elektorat. Pierwsze zapowiedzi Prawa i Sprawiedliwości, z pomysłem na przekopanie Mierzei Wiślanej włącznie, wskazują na to, że polityki zgodnej z zasadami zrównoważonego rozwoju od polityków prawicy się nie doczekamy.

Pytanie, czy Polskę na dalsze czekanie stać.

zp8497586rq

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.