Wszyscy jesteśmy olimpijczykami

Łukasz Moll
23 października 2012

Czy miarą sukcesu polskiego sportu rzeczywiście powinna być liczba medali przywieziona przez naszych olimpijczyków i olimpijki z odbywających się co cztery lata igrzysk?

Polscy kibice nie odchorowali jeszcze kaca po rozczarowującym występie piłkarzy na Euro 2012, a tu okazało się, że rezultaty polskiej reprezentacji olimpijskiej w Londynie nie dostarczyły tylu pięknych narodowych momentów, ilu się spodziewano. Igrzyska w Londynie zostały ocenione przez dziennikarzy i polityków jako narodowa klęska. Nawet ministra sportu Joanna Mucha, poczuła się zobligowana do zainaugurowania programu naprawczego, dzięki któremu polski sport w przyszłości znów dostarczałby większej liczby szlachetnych krążków na wielkich imprezach. Resort sportu chciałby zidentyfikować 6 dyscyplin strategicznych, które zostałyby objęte specjalną troską, co z czasem miałoby poskutkować obecnością polskich zawodników i zawodniczek w ścisłej światowej czołówce.

Od góry czy od dołu

W odróżnieniu od technokratycznego, odgórnego zarządzania polskim sportem, jakie proponuje Mucha, w jednej z sierpniowych audycji Dominiki Wielowieyskiej w TOK FM padły propozycje reformowania polskiego sportu od dołu, najlepiej w szkole i od najmłodszych lat. Wielowieyska uważa, że wyniki polskich sportowców dołują nie z powodu niedofinansowania, ale z powodu… Karty Nauczyciela. To właśnie Karta, jej zdaniem, prowadzi do zbyt krótkiego czasu pracy i zbyt małego zaangażowania ze strony nauczycieli i nauczycielek wychowania fizycznego. Goście audycji wskazywali ponadto, że w szkole brakuje wystarczającej liczby sprawdzianów lekkoatletycznych i selekcji talentów.

Przeniesienie poziomu analizy w dyskusji nad kondycją polskiego sportu z wydatków rządowych na to, co dzieje się w szkole, powinno pójść jednak dalej. Nie będzie to zaś możliwie, dopóki zamiast pytać o kondycję polskiego sportu, nie zapytamy o kondycję polskiego społeczeństwa. Rywalizowanie na liczbę zdobytych medali z innymi państwami jest raczej reliktem poprzedniego stulecia, kiedy reprezentanci i reprezentantki danego państwa miały zaświadczyć o jego wyższości nad pozostałymi. Przypomina to wyścig zbrojeń, walkę o kolonie, teorie rasowe, mity narodowe i inne atrybuty, które pozwalały silnym państwom podkreślać swoją siłę, a słabszym leczyć kompleksy.

Hodowla sportowców

Nie przypadkiem polski sport miał się lepiej w czasach PRL. Zimna wojna przenosiła się także na rywalizację sportową – państwa socjalistyczne pragnęły pokazać, że są w stanie „wyhodować” sportowców lepszych od konkurentów z kapitalistycznego Zachodu. Z kolei wyzwalający się z kolonialnego podporządkowania Trzeci Świat miał motywację, by pokazać ciemiężycielom swoją siłę. Do dziś tabelę medalową otwierają państwa takie jak Stany Zjednoczone, Chińska Republika Ludowa, Rosja czy Wielka Brytania – które ciągle nie wyzbyły się mocarstwowych ambicji, bądź przynajmniej żyją wspomnieniami o swej dawnej potędze.

„Hodowla” sportowych maszyn, stworzonych po to, by odnosić sukcesy i dawać satysfakcję swoim rodakom i rodaczkom, nie musi jednak iść w parze ze zdrowiem i kondycją społeczeństw. Jak podają Richard Wilkinson i Kate Pickett, w USA procent osób otyłych wśród dorosłych wynosi bezprecedensowe 30%! Czy chcemy społeczeństwa, które obżerając się na kanapie popkornem popijanym colą, wpada w igrzyskoszał z racji wysypu medali, który przypada sportowcom? Czy jesteśmy skłonni dopuścić do przerażającej sytuacji, w której chiński sportowiec, od najmłodszych lat pozbawiony życia prywatnego, poddawany tresurze ciała, płacze do kamery telewizyjnej jak dziecko, ponieważ zdobył „zaledwie” srebro, podczas gdy naród oczekiwał od niego złota?

Co z tym wuefem?

Zapewne stać polski rząd na wdrożenie strategii, która doprowadziłaby do poprawy wyników sportowców na ważnych imprezach, ale czy zamiast tego nie lepiej wspierać sport w taki sposób, by budować zdrowsze społeczeństwo? Oczywiście, że osoby, które mają talent lub ambicje sportowe, powinny mieć możliwość profesjonalnego samodoskonalenia się, ale dla większości z nas drogą do zachęcania nas do uprawiania sportu nie jest większa liczba testów lekkoatletycznych czy godzin z gimnastyki, ale dopasowanie form i częstotliwości aktywności fizycznej do naszych własnych potrzeb. Jako osoba pozbawiona talentu do sportu uwielbiałem zajęcia wychowania fizycznego, gdy były swobodne i służyły ruchowi, podbudowanemu odrobiną zdrowej rywalizacji. Ale gdy musiałem brać udział w selekcji podlegającej ocenie, która polegała na odkrywaniu talentów i pokazywaniu fajtłapom ich braków, rozumiałem, że tak samo czuć muszą się moi mniej zdolni koledzy na języku polskim czy matematyce, gdzie również byli nieustannie porównywani z najlepszymi i piętnowania za swoje „opóźnienie”, zamiast zostać wyposażeni w takie kompetencje z danego przedmiotu, które odpowiadają ich indywidualnym aspiracjom. Mnie skok w dal nie przydał się do niczego, za to dobra znajomość historii – już tak. Rozumiem, że w przypadku kogoś priorytety mogły być odwrotne.

Problem nie polega na tym, że na niewymiarowej hali sportowej, na której w jednym czasie ćwiczą trzy dwudziestoosobowe grupy, nie wychowa się sportowych gigantów, ale na tym, że nie zachęci się ludzi do zajęć wuefu i uprawiania sportu w wolnym czasie. Dlatego infrastruktura sportowa w szkole i duża liczba prowadzących zajęcia z wuefu jest warunkiem tego, by zajęcia te były dla młodzieży atrakcyjne. Koniec końców, na przykład dwóch chłopaków i jedna dziewczyna, mających talent do skoku w dal, spędzi czas owocniej ćwicząc we trójkę, podobnie jak lubiący futbol nauczą się więcej niż grając z kimś, kto bierze udział w tych zajęciach z przymusu.

Sport w szkole zresztą nie musi ograniczać się do wuefu. Często szkoły dysponują np. nowoczesną halą sportową, ale po godzinach szkolnych muszą wynajmować ją odpłatnie, bo brakuje pieniędzy, zamiast oddać ją przynajmniej częściowo do dyspozycji młodzieży i zapewnić jej sportowego opiekuna. Nie sposób też nie dostrzec sprzeczności w sytuacji, gdy po porządnych zajęciach wychowania fizycznego zmęczona, spragniona i głodna młodzież nie ma do wyboru w szkolnym sklepiku nic poza niezdrowym, tuczącym jedzeniem i napojami. Do zajęć nie zachęca z pewnością perspektywa sprawdzianu z chemii po 45 minutach wycisku na siłowni, tym bardziej gdy nie ma warunków albo czasu na szybki prysznic.

Celem sportowego wychowania powinno być uznanie nas za olimpijczyków, którymi w istocie na co dzień wszyscy jesteśmy. Bo w sporcie, jak w każdej zresztą pasji, chodzi o pokonywanie własnych słabości i barier – bez względu na to, czy jest nią uzyskana odległość w rzucie piłką lekarską, uzyskany czas w biegu na 100 metrów, pokonanie drużyny kolegów z podwórka, zrzucenie paru kilogramów, czy po prostu zmuszenie się do wyjścia z domu na jogging. Jakiego społeczeństwa chcemy? Zdrowego, sprawnego, odnajdującego przyjemność w sporcie czy otyłego, zakompleksionego i zapatrzonego w wysiłki atletów w telewizji?

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *