Anatomia „niezależnego” kandydata

Piotr Puldzian-Płucienniczak
25 sierpnia 2014

Na przedbiegu kampanii do wyborów na prezydenta Krakowa wiadomo, że startują co najmniej czterej kandydaci. Wieloletni zarządca miasta Jacek Majchrowski, zwany nieprzypadkowo Carem, przedstawiciel ruchów miejskich i Zielonych Tomasz Leśniak, były poseł Twojego Ruchu Łukasz Gibała oraz radny miejski Sławomir Ptaszkiewicz, były członek PO. Ci dwaj ostatni ze szczególnym upodobaniem nazywają siebie kandydatami niezależnymi. Niezależnymi od czego? Nie są przecież ludźmi znikąd. Obaj na potrzeby kampanii wyborczej opuścili swoje partie. Ich pochodzenie społeczne i dotychczasowe decyzje pokazują, że trudno będzie im porzucić członkostwo w partii kapitału.

Wedle najnowszego oświadczenia majątkowego Sławomir Ptaszkiewicz odłożył wraz z małżonką 930 tysięcy złotych, posiada dom o wartości 3,5 miliona złotych, budynek biurowy (wart 4,5 miliona), drugi dom, działkę budowlaną i garaż. Swoje roczne dochody wycenia na 134 tysięcy złotych. Jest byłym deweloperem, pracował również w korporacjach naftowych. Stać go na wywieszenie swojej podobizny na hotelu Forum, „najdłuższym bilbordzie w Polsce”, jeszcze przed oficjalnym rozpoczęciem kampanii. Uważa, że to zdobyty majątek czyni go niezależnym.

Poseł Gibała oficjalnie chwali się skromniejszym majątkiem. Posiada 350 tysięcy oszczędności, mieszkanie warte milion złotych, dwa garaże, trzy pomieszczenia piwniczne, jest również współwłaścicielem domu. To mało, biorąc pod uwagę, że w kadencji 2007-2011 był w dziesiątce najbogatszych posłów. Utrzymuje się z diety, oszczędności i sprzedaży papierów wartościowych. O jego geście i możliwościach świadczy jednak wydanie prawie miliona złotych na ostatnią kampanię parlamentarną, przez co kilkaset razy przekroczył dozwolony budżet. Bronił się wówczas twierdząc, że to normalne, że polityką zajmują się bogaci. To, niestety, prawda, ale nie można powiedzieć, żeby było to pozytywne zjawisko.

Powiedzenie, że „byt określa świadomość” nie jest tylko starym marksistowskim porzekadłem, lecz potwierdzonym naukowo faktem. Z badań wybitnego francuskiego socjologa Pierre’a Bourdieu wynika, że ludzie o różnych poziomach życia postrzegają świat na skrajnie odmienne sposoby. Zamożni mają tendencję do usprawiedliwiania istniejących hierarchii oraz wspierania regulacji, które podtrzymują je bądź wzmacniają. Badania Michaela Kraussa i współpracowników pokazują, że wzrost bogactwa wiąże się ze spadkiem empatii, poczucia solidarności oraz chęci pomocy innym. Bogaci częściej skupiają się na sobie, osiąganiu celów niezależnie od kosztów, które zresztą to nie oni zwykle ponoszą. Ci, którzy uważają się za niezależnych i wymagających niezależności od innych, nie pamiętają zwykle o wsparciu, jakiego udzielali im rodzice w postaci dobrego wykształcenia, wysokiego poczucia własnej wartości, kosztownych prezentów i bezzwrotnych pożyczek. Nie są to cechy najlepiej wróżące społeczności, której taka osoba miałaby przewodzić. Co oczywiste, ludzie niekorzystający z transportu publicznego nie doceniają jego znaczenia, niekorzystający z usług publicznych bardziej skłonni są ograniczać wydatki na nie, uprzywilejowując w zamian podobnych sobie inwestorów i przedstawicieli korporacji.

Doświadczenia krajów, gdzie zinstytucjonalizowano władzę bogatych (takich jak Rosja, Stany Zjednoczone czy Wielka Brytania), pokazują, do czego ona prowadzi: wzrostu nędzy i nierówności społecznych, spadku jakości i dostępu do usług publicznych, ogromnych nieuzasadnionych wydatków, które prowokują dalsze cięcia wydatków na najuboższych. Państwo staje się narzędziem bogacenia się bogatych kosztem wszystkich innych. Jeśli wierzysz, że istnieje coś takiego, jak uczciwość wynikająca z posiadania „za dużo pieniędzy”, spójrz na Wall Street.

Płachta reklamowa, fot. Mart Wojnicz CC-BY
Płachta reklamowa, fot. Mart Wojnicz CC-BY

Obaj „niezależni” kandydaci chcą, by miasto było przyjazne dla mieszkańców. Oczywiście, problem w tym, kogo przez to słowo rozumieją. Żadne miasto nie jest bowiem jednorodnym bytem. Dzieli się nie tylko na dzielnice, ale również na klasy i grupy społeczne, subkultury, kohorty wiekowe. Miasto dzieli się na biednych, średnio zamożnych i bogatych. Dzieli się również na okręgi wyborcze, którymi manipulują radni Platformy, by utrzymać się przy władzy.

Kogo mają więc na myśli Gibała i Ptaszkiewicz? Odpowiedzi na to pytanie szukać należy nie w przedwyborczych manifestach, ale w działaniach. Obaj „niezależni” poparli starania o igrzyska zimowe, które stanowią modelowy przykład transferu pieniędzy publicznych do prywatnych kieszeni. Co ważne, jeszcze dwa lata temu Ptaszkiewicz nawoływał do likwidacji szkół z powodu dziury budżetowej (powołując się przy tym na słowa Jana Pawła II). Jego priorytetem są inwestorzy. To dlatego, że Kraków nie jest im dostatecznie przyjazny, odszedł z Platformy Obywatelskiej.

Gibała, parafrazując być może kampanię przeciwko zamykaniu szkół, argumentuje na rzecz niezamykania punktów sprzedaży alkoholu w Krakowie. Czy należy dodawać, że jego ojciec jest właścicielem największej sieci dystrybucji alkoholu w Polsce? Jako niezłomny obrońca obywateli i obywatelek w parlamencie Gibała głosował za ograniczeniem praw obywatelskich w ustawie o zgromadzeniach oraz o podwyższeniem wieku emerytalnego. Jest też zwolennikiem radykalnego obniżenia podatków (powołując się na krzywą Laffera, hołubiony przez libertarian nieprecyzyjny model ekonomiczny) oraz ograniczenia działalności związków zawodowych. Obaj nie czują obciachu promowania się za ogromne pieniądze na granicy prawa.

Gibała i Ptaszkiewicz są niewątpliwie niezależni od większości problemów, z jakimi borykają się mniej zarabiający (czyli niemal wszyscy) mieszkańcy miasta, od lat należą bowiem do elity władzy i biznesu w Polsce. Nie szczędzą przy tym setek tysięcy złotych na przekonywanie, że jest inaczej. To oczywiste, że nie są niezależni od pieniędzy i więcej niż pewne, że ta zależność będzie dyktować kierunki ich działań. Niewątpliwie, mają na względzie dobro jakiegoś Krakowa. Po ewentualnej elekcji któregoś z nich trudno oczekiwać prospołecznych zmian w mieście. Pieniądze wciąż będą rządzić. Nie powinniśmy pozwolić, by miasto było zabawką w rękach milionerów.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *