Jak urządzić wieś po nowemu i dobrze na tym wyjść? (cz. I)

Izabela Zygmunt
6 października 2015

Niewielkie gospodarstwa, a takich jest w Polsce większość, nie radzą sobie dobrze w starciu z sieciami handlowymi dyktującymi warunki na rynku spożywczym. Jednak rynku jak dotąd nikt nie próbował korygować.

Zamiast tego oczekiwano, że to rolnicy się dostosują, powiększając gospodarstwa do rentownej wielkości, a jeśli ich na to nie stać – znajdując sobie pracę gdzie indziej. Taka zmiana rzeczywiście zachodzi, ale zbyt wolno, by można było dłużej czekać na jej efekty.

Wieś potrzebuje innego pomysłu. Małe, rodzinne gospodarstwa wcale nie chcą odchodzić w przeszłość. Ich szansą może być skrócenie łańcucha pośredników w handlu żywnością, rolnictwo ekologiczne i rozwój energetyki odnawialnej na wsi. Z tej szansy warto skorzystać, tym bardziej, że do wygrania jest tu coś jeszcze – ocalenie polskiej przyrody.

Jedenaście lat temu polska wieś nie wchodziła do Unii Europejskiej szczególnie mocna, bogata ani nowoczesna. Oczekiwano, że stanie na nogach dzięki unijnym dopłatom. Spełniło się to tylko połowicznie.

Rzeczywiście, pojawili się rolnicy, którym udało się stworzyć duże, rentowne i nowoczesne gospodarstwa, z powodzeniem konkurujące na unijnym rynku. Obok nich jednak na wsi pozostały tysiące małych gospodarstw, liczących po kilka czy kilkanaście hektarów, które produkują przeważnie na własne potrzeby, łatając domowe budżety unijnymi dopłatami. Przy kilku hektarach nie są to żadne wielkie pieniądze.

W ich przypadku pieniądze z UE nie stały się inwestycją w rozwój, ale rodzajem zapomogi i substytutem polityki społecznej, na którą rząd nie miał lepszego pomysłu. Nie opracowano dla wsi strategicznej wizji rozwoju, dlatego kierunek zachodzących zmian w ostatnich latach wyznaczała głównie niewidzialna ręka rynku.

Gdzie podziewa się zysk z produkcji rolnej?

Doprowadziło to do szeregu negatywnych zjawisk. Najważniejszy problem dotyczy poziomu dochodów rolników, zwłaszcza tych prowadzących niewielkie gospodarstwa.

Polska jest krajem niskich płac, w którym warunki na rynku żywności, przy biernej roli państwa, dyktują hipermarkety i dyskonty, będące najsilniejszymi graczami w tym układzie. Wykorzystując swoją dominującą pozycję, wielkie sieci handlowe zmuszają producentów i przetwórców żywności do dostarczania towarów na granicy opłacalności albo jeszcze taniej.

W Polsce pięć największych sieci handlowych kontroluje jedną trzecią rynku detalicznego. Dyskonty, w których presja na niskie ceny jest największa, stale powiększają swój udział w tym rynku, a cała branża konsoliduje się. Oznacza to, że najwięksi gracze jeszcze bardziej umacniają swoją pozycję względem dostawców. Nie należą do rzadkości sytuacje, gdy np. mleczarnia otrzymuje za swój produkt mniej niż połowę jego ceny na sklepowej półce.

Zdaniem przedstawicieli branży, przy takich warunkach nie da się ani dobrze płacić dostawcom mleka, ani produkować nabiału wysokiej jakości. Czasem oznacza to wręcz, że do sklepów trafiają towary niepełnowartościowe, które w ogóle nie powinny znaleźć się w handlu.

Problem pozostaje nierozwiązany od wielu lat. Już w 2004 r. przetoczyła się przez Polskę fala protestów przeciwko polityce cenowej dużych sklepów. Alarmowano wtedy, że narzucanie niekorzystnych warunków przez sieci handlowe prowadzi do eliminowania producentów towarów wyższej jakości.

W tamtym czasie wytwórcy makaronu postanowili solidarnie zawalczyć o swoje dochody, odmawiając dostarczania towaru do sklepów poniżej pewnej uzgodnionej wspólnie ceny. Na dłuższą metę nie doprowadziło to jednak do trwałej zmiany praktyk wielkich sieci handlowych.

Dlatego kwestie opłacalności produkcji i funkcjonowania systemu dystrybucji żywności w Polsce powracają za każdym razem podczas rolniczych protestów. W styczniu ubiegłego roku rolnicy z woj. zachodniopomorskiego napisali w liście do rządu wprost, że „supermarkety i spożywcze korporacje z wielkim sukcesem lobbują rząd RP […], co zapewnia im kontrolę nad rynkiem żywnościowym i tym samym Polska niebezpiecznie traci niezależność żywnościową”.

Nawet jeśli byłoby to twierdzenie na wyrost to nie da się ukryć, że pieniądze, które rolnicy i przetwórcy dostają za dostarczaną do sklepów żywność czasem nie pokrywają nawet kosztów.

Tanio i niezdrowo

Jak produkuje się żywność pod taką presją na cięcie kosztów? Odpowiedzią są oczywiście bardziej intensywne metody rolnicze – rosnące zużycie nawozów sztucznych i środków ochrony roślin oraz przemysłowe metody chowu zwierząt.

W rezultacie dostajemy tanie, „sztuczne” jedzenie: warzywa pachnące chemicznymi opryskami, analogowy ser na bazie roślinnego tłuszczu i wędliny produkowane przede wszystkim z MOM-u (mięso odkostnione mechanicznie), wody, zagęszczaczy i fosforanów, z niewielkim dodatkiem mięsa.

Trzeba też pamiętać, że przy słabej pozycji państwowych organów kontrolnych w Polsce, np. inspekcji weterynaryjnej, optymalizacja kosztów często nie ogranicza się do tego, co dopuszcza prawo. Pokazała to ujawniona w 2013 r. afera antybiotykowa, w wyniku której wyszło na światło dzienne stosowanie na wielką skalę przez polskich hodowców zakazanych antybiotyków, w tym metronidazolu.

Nie była to zresztą jedyna afera żywnościowa w ostatnich latach – wystarczy wspomnieć o soli drogowej w wędlinach czy podrabianym suszu jajecznym.

Kupujemy zatem tanie jedzenie w supermarketach i dyskontach, ale potem dopłacamy do jego ceny koszt utraconego zdrowia i zatrucia środowiska. Płacimy zwiększonym ryzykiem chorób cywilizacyjnych i pojawianiem się odporności na antybiotyki.

Presja na obniżanie kosztów zmusza hodowców do stosowania jak najtańszych pasz. Do takich należy importowana soja GMO, która jest tańsza od uprawianych w Polsce, niezmodyfikowanych genetycznie roślin strączkowych. Tracą na tym rolnicy uprawiający rośliny paszowe w Polsce.

Na tak skonfigurowanym rynku skutecznie konkurować mogą jedynie gospodarstwa produkujące rośliny paszowe na dużą skalę, np. wielkie monokultury kukurydzy. Te, jak wiadomo, są doskonałym miejscem do życia i szybkiego rozmnażania się dla dzików – głównych „sprawców” szkód rolniczych.

Handel ziemią

Problemem jest także trwający (mimo oficjalnego zakazu) wykup ziemi rolnej przez zagraniczne podmioty. Najwyższa Izba Kontroli alarmowała w ubiegłym roku, że obywatele Niemiec, Holandii czy Danii wchodzą w posiadanie znacznych areałów, nabywając udziały w polskich spółkach lub stosując metodę „na słupa”.

Ziemia wystawiana na sprzedaż w przetargach przez Agencję Nieruchomości Rolnych jest też często skupowana przez polskie spółki lub zamożne osoby fizyczne w celach spekulacyjnych lub dla dopłat. Skutkiem jest znaczny wzrost cen gruntów rolnych zbywanych w przetargach ANR – zwłaszcza w woj. zachodniopomorskim, w którym ten proceder jest najbardziej rozpowszechniony.

Miejscowi rolnicy pragnący powiększyć gospodarstwa nie są w stanie wygrywać przetargów z bogatszymi konkurentami zza granicy i z „rolnikami z Marszałkowskiej”. Problem pogłębia dodatkowo fakt, że od kilku lat Agencja Nieruchomości Rolnych ograniczyła znacząco skalę dzierżawy gruntów rolnych, preferując ich sprzedaż w myśl obowiązującej od 2011 r. ustawy o gospodarowaniu nieruchomościami rolnymi Skarbu Państwa.

Do tej pory poza zakresem tych rozważań pozostają kwestie etyczne. Chów przemysłowy powoduje niewyobrażalne cierpienia milionów zwierząt. Wiele osób uważa, że społeczeństwo toleruje stosowane tam praktyki tylko dlatego, że na co dzień pozostają skrzętnie ukryte za bramami przemysłowych ferm i ubojni i nie są obecne w powszechnej świadomości.

Jednak kwestia kosztu i ceny również odgrywa tu pewną rolę. Rynek domaga się jak najtańszego mięsa, a najtańsze, tak się składa, jest to, które pochodzi ze zmechanizowanych ferm przemysłowych.

Kraj rolników

Polska wyróżnia się na tle UE pod względem odsetka osób zatrudnionych w rolnictwie. W sektorze rolniczym pracuje tu ponad 12% wszystkich zatrudnionych. Unijna średnia to niecałe 5%. Są kraje, gdzie w rolnictwie pracuje mniej niż 3% ogółu siły roboczej (Wielka Brytania, Niemcy, Holandia).

Jeśli chodzi o liczbę osób pracujących w rolnictwie na każde 100 ha użytków rolnych, jesteśmy w UE na pierwszym miejscu. Udział przemysłu spożywczego w zatrudnieniu także należy w Polsce do najwyższych w Unii – na tę gałąź gospodarki przypada ponad 3 proc. ogółu zatrudnionych.

W rolnictwie, leśnictwie i rybołówstwie wytwarza się w Polsce ponad 5 proc. łącznej wartości dodanej brutto dla całej gospodarki (ponad 9 proc. jeśli uwzględni się także przemysł spożywczy), co również jest jedną z najwyższych wartości w UE.

Jednocześnie polski sektor rolnictwa jest bardzo rozdrobniony – łączna liczba i średnia wielkość gospodarstw znacząco odbiegają od unijnej średniej. W pięciu województwach na południu kraju średnia wielkość gospodarstwa jest poniżej 5 ha, w pozostałych regionach nie przekracza 20 ha.

Podobny poziom rozdrobnienia gospodarstw występuje poza Polską tylko w Bułgarii, Rumunii, Grecji i na Cyprze. W pozostałych krajach UE średnia wielkość gospodarstwa wynosi od 20 do 50 ha lub przekracza 50 ha. Trzeba pamiętać, że w tej ostatniej kategorii statystycznej mieszczą się często wielkoobszarowe, zmechanizowane jednostki liczące po kilkaset hektarów.

W Polsce, podobnie jak w całej UE, wskutek konsolidacji spada liczba gospodarstw i zarazem zatrudnienie w rolnictwie, ale te zmiany zachodzą powoli.

Blisko 40 proc. gospodarstw w Polsce nadal stanowią gospodarstwa niskotowarowe, które ponad połowę swojej produkcji zużywają na własne potrzeby. Ich siła ekonomiczna, mierzona potencjalną wartością dodaną brutto, jest także dużo niższa niż średnio w UE.

Trudno oczekiwać, by kilkuhektarowe rodzinne gospodarstwa, stosujące w dużej mierze tradycyjne metody gospodarowania, osiągały podobne obroty i poziom dochodów z hektara, co wielkie gospodarstwa towarowe, zwłaszcza jeśli, działając w rozproszeniu, są narażone na narzucanie im niekorzystnych warunków przez odbiorców.

Małe jest piękne

Przez ostatnie lata powszechnie uważało się owe małe, rodzinne gospodarstwa za relikt dawnych czasów, a strukturę własności i użytkowania ziemi w Polsce za problem, który należałoby jakoś rozwiązać, gdyby tylko wiadomo było jak.

Trzeba jednak pamiętać, że choć rolnictwo w Polsce jest bardziej rozdrobnione i mniej technologicznie zaawansowane niż w innych krajach UE, małe rodzinne gospodarstwa istnieją i funkcjonują w całej Unii. W zreformowanej w 2013 r. wspólnej polityce rolnej zaczęto dostrzegać ich wartość: gospodarstw tego typu nie traktuje się wyłącznie jako reliktu dawnych czasów, a ich roli nie rozważa się jedynie w kategoriach rynkowej opłacalności.

W założeniach nowej WPR stwierdza się wyraźnie, że celem unijnej polityki wobec wsi nie jest tylko dostarczenie na rynek odpowiednich ilości żywności. Chodzi w niej również o zachowanie „różnorodności i żywotności obszarów wiejskich”, a także wspieranie działań na rzecz ochrony klimatu. Wynika to ze świadomości, że małe, tradycyjne gospodarstwa dużo lepiej służą zrównoważonemu rozwojowi niż wielkie, zmechanizowane monokultury i przemysłowe fermy.

Niewielkie, niskotowarowe gospodarstwa stanowią też rodzaj zabezpieczenia społecznego na obszarach wiejskich – w sytuacji wysokiego bezrobocia i braku pomysłu, jak realnie rozwiązać ten problem oraz ubóstwa na obszarach wiejskich stanowią dla wielu rodzin gwarancję przetrwania. Z tych powodów w nowej WPR przewidziano mechanizmy wspierania małych gospodarstw, takie jak np. opłata redystrybucyjna.

To oczywiście nie wystarczy, by osiągnąć zadowalający poziom rozwoju społeczno-gospodarczego i dochodów na obszarach wiejskich, ale jest politycznym sygnałem świadczącym o tym, że nie musimy wcale za wszelką cenę dążyć do konsolidacji i uprzemysłowienia rolnictwa.

Przeciwnie, być może należałoby przyjrzeć się polskiej wsi i w tym, co do tej pory uznawaliśmy za zacofanie, spróbować dostrzec szansę. A jeśli jakaś szansa w tym rzeczywiście jest, powinniśmy obrać strategiczny kierunek na jej wykorzystanie.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *