Starość między opieką i autonomią

Philip Booth , Bob Rhodes
5 sierpnia 2013

Zarówno w finansowaniu, jak i podejściu do opieki wiele zmieniło się od przejęcia władzy w Wielkiej Brytanii przez konserwatywno-liberalną koalicję po wyborach w 2010 r. Philip Booth i Bob Rhodes przyglądają się leżącym u podłoża tych zmian problemom oraz temu, jak można się z nimi zmierzyć z zielonej perspektywy.

Efekty kontroli w szpitalach wskazują, że w wielu z nich starsi pacjenci wystawieni są na zbyt wiele zagrożeń. Skandale z pierwszych stron gazet regularnie przypominają nam o zaniedbaniach i nadużyciach w domach spokojnej starości. Ostatnim z długiej listy przypadków z ostatnich pięciu dekad, dowodzących nieskuteczności administracyjnych „zabezpieczeń”, jest Castlebeck. (W prywatnym, ale finansowanym ze środków publicznych szpitalu Winterbourne View należącym do firmy Castlebeck dochodziło do fizycznego i psychicznego znęcania się nad podopiecznymi. Sprawę ujawnił program BBC Panorama wiosną 2011 r. – przyp. red.). Większość z nas boi się starości bądź niepełnosprawności i odsuwa te myśli od siebie. Gdy w trakcie warsztatów organizowanych przez LivesthroughFriends (przedsiębiorstwo społeczne nastawione na wspieranie autonomii odbiorców pomocy społecznej) uczestnicy mają wyobrazić sobie swoje 85. urodziny, niewielu myśli o sobie jako odbiorcach „opieki”. Przedstawiają sobie radosną uroczystość w gronie bliskich, w otoczeniu rodziny, znajomych i sąsiadów. Dlaczego więc pozwalamy, by system opieki w dalszym ciągu ponosił klęskę w realizowaniu tych wizji?

Trudniej to jeszcze wytłumaczyć, gdy weźmiemy pod uwagę niedającą się podtrzymać ekonomię naszych dzisiejszych rozwiązań i bezpośrednie wyzwania przyszłości. Jeśli koszty opieki społecznej wzrosną tak, jak się przewiduje, to do 2026 r. nakłady publiczne będą musiały się podwoić. Musimy wypracować realistyczną alternatywę, która będzie wzmacniać więzi społeczne.

Margaret Thatcher radykalnie zmieniła naturę rządu. Zarządziła, że „zasady” rynkowe mają stosować się do wszystkich dziedzin życia, także do opieki. Idący za tym rozwój konsumeryzmu spowodował podstępne zajęcie przez państwo terytoriów, które wcześniej należały do społeczeństwa obywatelskiego. Zarządzanie rynkiem jest odtąd ważniejsze niż zmaganie się z prawdziwymi wyzwaniami opieki jednych ludzi nad innymi. Opieka została w dziwaczny sposób uznana za towar.

Niewielu wierzyło tym, którzy sprzeciwiali się takiemu podejściu, podkreślając, że opieka społeczna to złożona sztuka, wymagająca pielęgnowania samodzielności i sąsiedzkiej wzajemności obok selektywnego i kreatywnego wykorzystywania dostępnych usług. Zawiłość i irracjonalność prawdziwego życia zostały zanegowane przez przyjęcie biznesowej dyscypliny, mającej naprawić postrzegane mankamenty sektora publicznego. W miarę jak uznawano świadczenie usług za jedyne możliwe rozwiązanie, koszty dramatycznie rosły. Relacja opieki została rozczłonkowana na wyodrębnione „zadania”, a kondycja ludzka sprowadzona do zbioru zaspokajalnych potrzeb. Wszystko, czego nie dało się tak określić, odrzucono. Jednocześnie cnoty samodzielności, wzajemności i autentycznej opieki w ramach społeczności zostały zdewaluowane, promowano zaś interesy świadczących usługi profesjonalistów, firm i organizacji non profit. W końcu ci, którym to wszystko miało służyć, zeszli zupełnie na drugi plan.

Efektem tego było zaniedbanie więzi społecznych oraz współzależności („na tym się nie zarabia”) oraz niezdolność zaspokojenia istotnych potrzeb ludzkich, co zbyt często przyczynia się do samotności, poczucia izolacji, podatności na zranienie oraz odebrania potrzebującym ludziom poczucia sprawczości. System wyceny usług nie uwzględnia takiego aspektu jak jakość opieki.

Po prawie trzech dekadach panowania „rynku” wyzwaniem jest powrót do pomagania ludziom tak, by stawili czoła sytuacji, rozwijając lub odnajdując odpowiednie dla siebie rozwiązania. Życie to podróż przez morze międzyludzkich relacji, a nie seria epizodów z pojawiającymi się od czasu do czasu trudnościami możliwymi do rozwiązania za pomocą jakieś pigułki bądź recepty na kompletną usługę. Pomaganie zakłada poznawanie ludzi, ich talentów i związków z innymi (tak przeszłych, jak i obecnych).

Politycy mogliby zacząć od zwrócenia uwagi na to, co się naprawdę dla nas liczy: poczucie przynależności, intymność, wzajemne relacje, bezpieczeństwo finansowe, obywatelstwo, możliwość bycia pożytecznym dla innych, samorealizacja i osobista autonomia, własny kąt oraz bezpieczeństwo, jakie z tego wszystkiego wynika. Należy nadać priorytet sprawdzonym podejściom, które odnoszą się do tych podstawowych rzeczy. Są to:

  • budowanie osobistej sieci relacji: zapewnienie, by nikt nie pozostał samotny i podatny na krzywdę
  • koordynacja na poziomie lokalnym: na pierwszej linii opieki społecznej powinni pracować ludzie potrafiący pomagać innym w tym, by pomogli samym sobie;
  • osobiste budżety i samodzielność: przekazanie obywatelom realnej kontroli nad tym, jak wsparcie finansowe z opieki społecznej będzie wykorzystane zgodnie z ich priorytetami; na ich prośbę mogą im w tym pomóc profesjonaliści, którzy naprawdę rozumieją, że „opieki” nie można kupić;
  • rozwój społeczności oparty na zasobach (Asset-Based Community Development), czyli przywracanie władzy, pewności siebie i kompetencji obywatelom, którzy się organizują do wspólnego działania;
  • promocja filozofii i kompetencji związanych z niezależnością, wzajemnością i wspólzależnością, które powinny być esencją naszego systemu edukacyjnego i instytucji.
  • Potrzebujemy do tego polityków oraz profesjonalistów, którzy naprawdę zrozumieją, że instytucje i usługi nie są w stanie zaspokoić naszych najbardziej podstawowych potrzeb. I którzy będą postrzegać te usługi jako uzupełnienie i wsparcie dla relacji z rodziną i znajomymi oraz działających sieci wzajemności.

    Jako Zieloni nie powinniśmy wchodzić w buty socjaldemokracji starego typu. Nie chodzi o to, by chronić usługi publiczne bez ustalenia najpierw – na podstawie doświadczenia ostatnich trzech dekad – czy usługi, które tak bardzo chcemy chronić, faktycznie służą ogółowi. I wreszcie, nie możemy narzucać obywatelom i ich związkom (społecznościom) kultury instytucjonalnej i instytucjonalnego języka, gdyż każdy, kto zna trochę tę branżę, dobrze wie, że związki międzyludzkie i relacje oparte na kontrakcie niezbyt do siebie pasują.

    Artykuł „Who cares?” ukazał się w piśmie „Green World”. Przeł. Katarzyna Sosnowska.

    zp8497586rq

    Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.