Szaliki i śpiewy

FELIETONY SPORTOWE
17 czerwca 2012

Dziennikarze w telewizji zachłystują się czymś, co właśnie zauważyli: mniejsza o przegrane mecze, stokroć ważniejsze jest to niezapomniane i jedyne w swoim rodzaju przeżycie wspólnoty. Szaliki i śpiewy. To niesamowite uczucie, gdy stoi się w biało-czerwonym tłumie w strefie kibica, gdy siedzi się ramię w ramię na rozkołysanej trybunie stadionu i wraz z tysiącami innych kibiców skanduje się: Polskaaa! Polskaaa!!! Czujemy niecodzienny dreszcz, gdy pozdrawiamy na ulicach tych, co podobnie jak my, noszą barwy i godło. „Tu, w strefie, czuć patriotyczną WSPÓLNOTĘ!” – powiada dziennikarka, i widać, że sama, być może jeszcze przed chwilą obojętna na futbolowe wzruszenia, jest teraz oszołomiona nieznanym zjawiskiem. Widać, że i ona i kamerzysta, zaraz zaczną pulsować wraz z całym tłumem w patriotycznym transie.

Nic prostszego, niż dać się porwać rwącemu nurtowi tłumnych uniesień. Nic trudniejszego, niż stanąć w poprzek takiego nurtu i zmusić rozdygotaną głowę do refleksji, co naprawdę się dzieje. Bo zastanawianie się przychodzi nam, Polakom, ciężko. Wolimy po stokroć podchwycić jakąś myśl prostą a gotową, rzuconą z ekranu, ambony czy mównicy. Jużeśmy gotowi skandować ją chórem. Polskaaaa! Biało-czer-wo- ni! Nad czym tu dumać? Po prostu: Biaaało-czerwone! To barwy nie –zwycię-żone… A nad nami – święte i niepokalane słowo WSPÓLNOTA, które wszystko objaśnia, uzasadnia i zarazem uwzniośla. „Staje wiara w ordynku szczęśliwa, serca biją w zgodny ton”. I ja do dziś pamiętam ów dreszcz na plecach, gdy 16 grudnia 81 roku w Gdańsku szliśmy na szyki ZOMO, zagradzające drogę do strajkującej stoczni. Jako rasowy zadymiarz byłem z samego przodu i dam sobie uciąć rękę, że w naszej nielicznej grupie harcowników, byli wówczas kibice Lechii Gdańsk. Pamiętam tamto nieprawdopodobne poczucie wspólnoty, proszę mi wierzyć.

Ale teraz refleksja. Co się dzieje w takich chwilach z nami (tłumem? wspólnotą?), o tym – wyjaśniam cierpliwie młodej dziennikarce – napisano bardzo wiele mądrych książek. Zanim sięgniemy po „Wspólnotę” Baumana, polecam na przystawkę „Psychologię tłumu” Le Bona, książkę wydaną jeszcze pod koniec XIX wieku, która nie straciła nic ze swej aktualności. Dreszcz jakiego doznajemy w tłumie, wywodzi się z mrocznej strony naszej natury: w tłumie wolno wyłączyć sumienie. „Kto nie skacze, ten za Grecją!” I już skaczemy. WSZYSCY. Ten, kto nie podda się tłumowi, kto nie złoży mu słodkiej ofiary z własnego rozsądku, wolnej woli i sumienia, jest natychmiast wrogiem tłumu. „Je-bać jebać! Ru-ską kurwę” – skanduje tłum na skraju Alej Jerozolimskich. Nie w tym problem, skanduje zaledwie kilkudziesięcioosobowa grupa osiłków. Problem w tym, że NIKT im się nie sprzeciwi. W tłumie mamy wszak wyłączone sumienie. W tłumie jesteśmy zwolnieni z indywidualnej odwagi cywilnej. Ale tłum stojący w tle, choć chwilowo bierny, też uczestniczy w tej scenie. Każdy z tego tłumu zapamięta: stałem tam i nie sprzeciwiłem się. To straszny wstyd, a nie lubimy czuć się tchórzami, więc za chwilę dobudujemy sobie uzasadnienie do naszej bierności: „W sumie, to Ruscy też nie bez winy, mogli się tak głupawo nie uśmiechać …”. Bierny, a przez to przyzwalający, tłum bardzo łatwo zwraca się z nienawiścią ku ofiarom, których wcześniej nie odważył się obronić przed poniżaniem.

Wspólnota doznawana w tłumie ma więc swoją mroczną stronę. Jest jak narkotyk, wprowadza nas szybko w euforię, ale za tę cenę odbiera rozum, wyłącza sumienie i – gdy już otrzeźwiejemy – może się zdarzyć i tak, że przejęci szczerą zgrozą nie poznamy samych siebie i tego, cośmy przed chwilą robili. Dlatego tak śmiertelnie niebezpieczne jest bagatelizowanie rasizmu stadionowego, lekceważenie stadionowego antysemityzmu, pobłażliwość dla faszystowskich haseł. Cóż z tego, że sami nie skandujemy tych haseł? Skandują je inni, wzmocnieni naszym domniemanym poparciem (wszak nosimy te same barwy!), a myśmy im nie przeszkodzili. Więc jesteśmy współwinni. Jeśli chcemy mieć prawo do cieszenia się z cudzego wysiłku na boisku, bo to NASZ piłkarz, to w pakiecie musimy też przyjąć obowiązek wstydzenia się za NASZYCH na trybunach, ulicach, w strefach i pubach. Nie tylko za czynnych prowodyrów. Także za nas samych, biernych członków „przyzwalającego tłumu”. Zresztą od bierności do działania – tylko krok. W każdej niemal zadymie ulicznej oprócz jej intencjonalnych uczestników, zostają zatrzymani ludzie przypadkowi, którzy sami nie umieją pojąć, dlaczego do rozróby dołączyli. „Bo wszyscy rzucali, więc ja też…” – mówią drżącym głosem. Oni – to właśnie my.

Nie ma granicy uczynków, których tłum by już nie zaakceptował. Sumienia są wszak wyłączone i tłum może zrobić wszystko. Le Bon opisując paryski tłum podczas rewolucji francuskiej, nie przesadza ani trochę. Nie wiemy, czego my sami bylibyśmy w stanie dopuścić się, gdyby w naszej strefie kibica odpowiednio duża grupa zaczęła skandować: „śmierć żydowskiej kurwie” (a to przecież popularny cytat z polskich stadionów). Warto się zastanawiać także nad tym, że rolę „przyzwalającego tłumu” może spełniać atmosfera społeczna, sparaliżowana stadnym nawoływaniem do odróżniania, kto „nasz” a kto „obcy”. Warto przemyśleć choćby wydarzenia z sierpnia 1941 roku, opisane na początku marca w „GW” przez Agnieszkę Domanowską; w sprawie tych wydarzeń toczy się śledztwo IPN. W sierpniu 1941 roku Polacy w pobliżu majątku Bzury zabili pałkami 20 Żydówek. Bez powodu, ot, tak. Bo to były Żydówki. Miały od 15 do 30 lat i były ‘wypożyczone’ z getta w Szczuczynie do prac ogrodniczych. Oto zeznania jednego ze sprawców, Stanisława Zalewskiego:

„Podjechaliśmy tam na rowerach. Wcześniej poszliśmy do majątkowej kuźni i okuliśmy pałki na końcu żelazem, aby lepiej było zabijać. Po godzinie czasu przyjechały z majątku Bzury dwie furmanki drabiniaste, na jednej furmance jechał Krygiel, a na drugiej Modzelewski Henryk. Gdy furmanki przyjechały pod dom, wypędziliśmy Żydówki z piwnicy i kazaliśmy im powsiadać na wóz. Zawieźliśmy je do boczkowskiego lasu, gdzie był wykopany okop. Tam kazaliśmy wszystkim Żydówkom porozbierać się do koszul i majtek. Zaczęliśmy prowadzać po jednej nad okop i tam zabijaliśmy pałkami. Tkacz zabił cztery Żydówki. Jeszcze przed zabiciem pięciu zgwałcili jedną Żydówkę. Po zgwałceniu Żydówki ja wziąłem pałkę drewnianą od Tkacza i sam osobiście zabiłem Żydówkę, uderzając ją pałką trzy razy w głowę, i wpadła do okopu. Z pomordowanych Żydówek otrzymałem pantofle i jedną sukienkę”.

Na polskiej ziemi wskazywanie „obcych”, odróżnianie ich od „naszych”, nawet w błahych kibicowskich przyśpiewkach, nie jest i już nigdy nie będzie czynnością niewinną. Trzeba się zastanawiać, rozmawiać i – jeśli trzeba – kłócić się, a wspólnotę budować na tych refleksjach, rozmowach, nawet kłótniach, a nie na szalikach i śpiewach.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *