Sejm dla finansistki czy dla pielęgniarza?

Dariusz Szwed , Małgorzata Tkacz-Janik
6 marca 2011

Uchwaloną przez Sejm ustawę kwotową należy potraktować dopiero jako początek zmian. I głębokiej reformy państwa. Inaczej nici z całej pensji, połowy władzy, nie mówiąc już o godności.

Jednocześnie ani aktywność samych kobiet, ani ustawowe regulacje prawne, takie jak parytet na listach wyborczych czy kwoty w zarządach firm, nie przyniosą oczekiwanych rezultatów. Aby bronić praw człowieka, w tym praw kobiet, potrzebna jest nam reforma państwa. Gruntowna i natychmiastowa rekonstrukcja finansów publicznych, faktyczna reforma emerytalna, systemu opieki zdrowotnej, pomocy społecznej. Edukacja, wychowanie, kultura czy ochrona środowiska powinny być priorytetem na równi z rozwojem infrastruktury i nowoczesnego przemysłu. Potrzebujemy też innowacyjnych instrumentów zwiększenia roli kobiet w transformacji polskiej gospodarki. Inaczej nici z całej pensji, połowy władzy, nie mówiąc już o godności.

Markowanie dyskusji

„Sejm dla gospodyni i aktorki” alarmuje „Rzeczpospolita” w tekście o poszukiwaniu kobiet na listy wyborcze do parlamentu. Działacze PSL szukają ich w kołach gospodyń wiejskich, a PO wśród celebrytek. Jakoś dziennikarzy nie dziwi, że spora część posłów PSL należy do kół… łowieckich, a w ławach poselskich PO nie brakuje przecież celebrytów. Dziennik ubolewa, że kobiety nie garną się do polityki oraz że „panie” trzeba specjalnie zachęcać do kandydowania i wstępowania w partyjne szeregi. O to właśnie chodziło w kwotowej noweli! – chciałoby się powiedzieć – właśnie o te „specjalne zabiegi”. Bardzo dobrze: niech się partie gimnastykują. A że się kobiety nie garną? Taka polityka, Panowie, stworzona przez Was przez ostatnie 20 lat. Przecież Sejm nie może być tylko dla mężczyzn zajmujących się dziećmi i domem, ale także dla ekonomistek, prawniczek, nauczycielek i lekarek. A także dla aktorek, jeśli tylko zechcą zajmować się dobrem wspólnym. Stawianie mężczyzn przeciwko kobietom (zresztą nie tylko w polityce) to retoryka, którą można uprawiać jedynie na płaskim, medialnym poziomie, który nie schodzi głębiej i nie przypomina, że demokracja to przecież nie tylko możliwości wyboru władzy, ale również wolność od dyskryminacji i równy, rzeczywisty dostęp do kapitału politycznego. Kwoty lub parytety mogą pomóc w upodmiotowieniu wszystkich grup przynależących do jakiejś politycznej i/lub społecznej wspólnoty, z której początkowo były wykluczone. Właściwie, żeby wyrównać poziom obecności kobiet i mężczyzn w polskiej polityce, to kobiety powinny przez najbliższe 20 lat stanowić w Sejmie i Senacie zdecydowaną większość. Dzięki kwotom lub parytetom i naprzemiennemu umieszczaniu kobiet i mężczyzn na listach wyborczych może się zmienić polityka, a na pewno jej priorytety i sposób jej uprawiania. Tu nie chodzi o „zapraszanie Pań” do świata skonstruowanego głównie przez mężczyzn-polityków, ale o wspólne stworzenie innego świata. „Świat bez kobiet” w sferze publicznej jest przeszkodą w zrównoważonym rozwoju społecznym i gospodarczym, blokuje bowiem budowanie najważniejszego elementu dobrobytu, jakim jest kapitał społeczny.

Strzeżcie się – nadchodzi III fala krytyki parytetu!

Najwidoczniej jednak mamy do czynienia z kolejną falą krytyki. Pierwsza przewaliła się ponad 2 lata temu, gdy Kongres Kobiet uczynił parytet swym naczelnym priorytetem. Potem przyszła druga, gdy zbierano podpisy, dyskutowano, głosowano. Trzecia fala płynie teraz. Silnie atakuje coś bardzo słabego, bo czymże jest 35-procentowa kwota bez „suwaka”, czyli naprzemiennego układania list? Oby więc była kolejnym zaczynem dyskusji w partiach, drobnym orężem w rękach kobiet w lokalnych społecznościach albo bardzo delikatną przeciwwagą dla polskiej kpiny i niezrozumienia dla różnych narzędzi wyrównywania szans kobiet i mężczyzn. Trzeba ostrzec kobiety przed tą kolejną falą krytyki, przed oporem starego porządku, konserwatywnym dyskursem, który ostatecznie powie im znów to samo: jesteście przede wszystkim matkami, wasze dzieci i domy was potrzebują, starsi rodzice i niepełnosprawni nie poradzą sobie bez waszej dobroci i „naturalnych przymiotów”, takich jak ofiarność i miłość. Zresztą mieszanie miłości do tego dyskursu uważamy za wyjątkowo wredny chwyt polityczny i retoryczny. Nie ma miłości bez równości i tego się trzymajmy. Tymczasem jednak kwoty, zamiast wspierać kobiety, służą budowaniu medialnego napięcia i ośmieszania zarówno kobiet, jak i samego rozwiązania. Liderzy partyjni w swej statystycznej większości nadal nie rozumieją, czemu kwota ma służyć. Kampania wyborcza się rozkręca, dziennikarzom w to graj, a kobiet ponoć jak „na lekarstwo”. A to bzdura, trzeba tylko proponować systemowe rozwiązania, a nie tworzyć seksistowskie, prasowe nagłówki.

Zieloni: dbajmy o gotowość głosowania na kobiety!

Zanim uchwalono ustawę kwotową, Kongres Kobiet przeprowadził badania opinii na temat politycznej reprezentacji kobiet. W styczniu 2010 r. poparcie dla projektu wyraziło 60% osób, w tym 66% i 53% mężczyzn, przeciwna była zdecydowana mniejszość (30%). Warto podkreślić, że ideę parytetu poparły i gospodynie domowe (67%), i uczniowie i studenci (68%). Wbrew stereotypom rozwiązanie to popierają ludzie religijni (69% praktykujący, 52% niepraktykujący). Co więcej, parytet nie jest postrzegany jako „narzędzie lewicowe”, nie wykazano bowiem związku z deklarowanymi poglądami politycznymi. Ponadto badani uznali, że system kwotowy zachęciłby kobiety do startu w wyborach.

Często można spotkać się ze stwierdzeniem, że elektorat nie sprzyja kobietom. Narosło wokół tego wiele mitów. Tymczasem we wspomnianym sondażu więcej osób deklarowało chęć zagłosowania na kobietę (40%) niż na mężczyznę (26%).

W tym przypadku związek z płcią jest niezwykle silny – większość badanych kobiet zadeklarowała, że chce głosować na kobietę ( 56%!). Takiego wyboru dokonuje tylko 23% mężczyzn. Mężczyźni zdecydowanie częściej (36%) niż kobiety (16%) byli jednak skłonni wybierać mężczyzn. Ponadto na kobiety często chciały głosować osoby z największych miast, ze skrajnych grup – o podstawowym i wyższym wykształceniu, osoby praktykujące religijnie.

Większość kobiet (53%) uważa, że więcej kobiet niż obecnie powinno sprawować odpowiedzialne funkcje w życiu publicznym. Opinię tę podziela 34% mężczyzn, podczas gdy 44% sądzi, że zmiany nie są potrzebne.

Warto podkreślić, że niezależnie od płci wszystkie ankietowane osoby przewidywały przede wszystkim pozytywne skutki  zwiększonej obecności kobiet w polityce. Jak widać, społeczeństwo mamy mentalnie bardziej równościowe niż partyjny aparat, oprócz Zielonych oczywiście.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *