Kolor pokonany

Przemysław Stępień
5 lipca 2010

Ten, który przytrzymuje kogoś w błocie, żeby
go poniżyć, sam musi w tym błocie stanąć.
Przysłowie ludu Igbo

Od młodości każdy z nas jest programowany. Oczywista jest konstatacja, że budulec społeczny i kulturowy naszego jestestwa utrwalany jest przez rodziców i przez bliższe lub dalsze otoczenie naszego życia. Wyobraźmy sobie, że od młodości całe otoczenie zewnętrzne wmawia nam, że nie nadajemy się do niczego, jesteśmy głupi, a nasz potencjał pozwala nam co najwyżej na proste prace fizyczne. Nietrudno wyobrazić sobie, jakim bylibyśmy społeczeństwem, gdybyśmy byli modelowani według takich komunikatów – pełni kompleksów, bez wiary we własne możliwości.

Wyobraźmy sobie cały kontynent powalony na kolana, wyprany z historii, którego mieszkańców sprowadzono do roli pariasów w światowym układzie narodów i ras. Nie sposób nie słyszeć dominujących w polskich mediach frazesów o potrzebie „rekolonizacji” Afryki. W szkole darmo szukać wiedzy o afrykańskiej historii przedkolonialnej. Niewiele też wiemy o osiągnięciach cywilizacji afrykańskiej. Jeśli słyszeliśmy co nieco o starożytnym Egipcie, to jest to maksymalnie „wybielony” obraz przekazywany przez hollywoodzkie kino. Nie ma w nim miejsca na Nubię, Kusz czy zachodnie królestwa afrykańskie, takie jak Ghana, Songhaj czy Benin. To rzutuje na potoczne postrzeganie kontynentu afrykańskiego i jego mieszkańców przez pryzmat wojen, niedorozwoju, biedy oraz powszechnego fatalizmu.

W Afryce duma jest towarem deficytowym. Jej mieszkańcom odebrano prawo do odczuwania jej w odniesieniu do przeszłości, a także do teraźniejszości. Z tego poniżenia dokonanego przez europocentryczne samoumiłowanie kolonizatorów zrodziła się silna potrzeba poszukiwania tożsamości, która zwróciłaby Afryce – a także poszczególnym nowo powstałym według europejskiej linijki narodom – twarz i honor. Przed laty powstawały liczne ruchy afrykańskie, z których chyba najmocniej utkwił w pamięci Afrykanów Kwame Nkrumah i jego panafrykanizm. Skutki tych idei widać było choćby niedawno na Mundialu, gdzie praktycznie cały kontynent złączył się i skupił swoje nadzieje na jedynej pozostającej ekipie z Afryki – na Czarnych Gwiazdach z Ghany.

Cały kontynent desperacko poszukuje własnej tożsamości, a w niej szansy na samorealizację oraz drogę do postępu. W międzyczasie zakompleksiony oraz pozbawiony wiary we własne możliwości lud wpada w defetyzm. Są oczywiście światełka w tunelu, jak Nelson Mandela, Ghana, Botswana czy nowa era twórczości filmowej w nigeryjskim zagłębiu filmowym Nollywood. Jednak wiele osób – i całych narodów – poddaje się uczuciu rezygnacji.

Oczywistym jest, że Europa jawi się jako ucieczka. I tu przybywają czarnoskórzy imigranci w poszukiwaniu nadziei, a często też własnej tożsamości i dumy. W Europie natrafiają na spiętrzenie stereotypów i niewiedzy, a co więcej na arogancję kulturowo-cywilizacyjną: „To nasz naród”, „To nasze osiągnięcia”, „To nasza cywilizacja”. A w niej nie ma miejsca dla czarnego, obcego. Zanieczyszcza to bowiem czystość „naszych osiągnięć”. Afrykę nauczono żyć w przekonaniu o własnej niższości i beznadziejności. Europa i każdy jej poszczególny narodowy element składowy żyje w przekonaniu o własnej wyższości oraz o dominującej roli jej kultury. Osiągnięcia poszczególnych jednostek tratowane są jako zasługi narodów i kontynentu: „Zobaczcie jacy jesteśmy wielcy – napisaliśmy Szekspira!”.

I oto bezkres absurdu naszego ego, które pozwala nam sobie przypisywać zasługi za osiągnięcia dawno zmarłych poetów i nieznanych nam odkrywców według kryteriów narodowych czy rasowych. Afrykanie muszą mierzyć się nie tylko z tym europocentrycznym zadęciem, ale też z poniżaniem własnej wartości przez przeciętnego Polaka, Europejczyka w oparciu o analogię. Pochodząc z „niższej” rasy (choć oczywiście „nie jestem rasistą”) oraz z cywilizacji i kultury, bez historii – poza tą napisaną przez kolonizatorów – Afrykanin korzysta jakoby z naszej „wspaniałomyślnej gościnności” i tym samym powinien być nam wdzięczny.

Pytanie musi paść: Za co ma nam dziękować? Każdemu z nas osobna? Gdzie nasza zasługa w tym, że urodziliśmy się w relatywnym bogactwie, a gdzie wina imigranta, że uciekł do Polski przed biedą? Oceniamy człowieka po pochodzeniu i po kolorze, a jednocześnie żyjemy w dziwnym przeświadczeniu, że z jakiegoś powodu nasza narodowość uprawnia nas do bycia lepiej traktowanym. Do odczuwania, że jesteśmy lepsi, bo jesteśmy Polakami. Na samym końcu tej spirali zastanawiamy się: jak to jest, że nielegalny imigrant ze Stadionu nie zasługuje na taki sam szacunek i prawo do godności i życia, co legalny „100-procentowy” Polak…

Ludzie jadą do Afryki, żeby potwierdzać przekonania, które już im się utrwaliły w głowie i tym samym nie są w stanie zauważyć tego, co stoi przed nimi.
Chinua Achebe

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *