Do Białego Domu przez Kreml? (cz. II)

Jakub Dymek , Marek Nowak
28 listopada 2017

Kolejna część rozmowy o globalnej ekspansji prawicowego populizmu i szukaniu na niego progresywnej odpowiedzi politycznej.

Marek Nowak: Przed serią wyborów, jakie mały miejsce w różnych krajach europejskich, w mediach silne były apokaliptyczne głosy, że oto lada moment prezydentem Francji zostanie Marie Le Pen, wynik wyborczy AfD w Niemczech uniemożliwi powołanie rządu, kolejne kraje będą wychodziły z UE, a Donald Trump po roku prezydentury się umocni – słowem, że to koniec liberalnej demokracji.

Mamy tymczasem zwycięstwo Macrona, słabszy niż zakładano, wynik AfD i słabnącą pozycję Trumpa. Coraz częściej zamiast pytania „czy będzie miał drugą kadencję” pojawia się pytanie „czy dokończy pierwszą”. W związku z tym, w części polskiej i zagranicznej prasy coraz silniejszy staje się głos o „odwrocie fali populizmu”. Czy ta radość nie jest trochę przedwczesna?

Jakub Dymek: Moim zdaniem wielkim błędem jest utożsamianie wyników wyborów z barometrem nastrojów społecznych. Gdybyśmy stosowali wynik wyborów jako probierz postaw społeczeństwa to musielibyśmy uznać, że gdy w Polsce w roku 2001 wygrywało wybory SLD, społeczeństwo było w przeważającej mierze postkomunistyczne i lewicujące, a cztery lata później, gdy największe poparcie miały już PiS i PO – prawicowe, wolnorynkowe i konserwatywne.

Zwróć uwagę, że między jednym, a drugim cyklem wyborczym nie minęło nawet, w ujęciu socjologicznym, jedno pokolenie. Tak samo można powiedzieć o sytuacji w Stanach Zjednoczonych. Społeczeństwo nie zmieniło się tak radykalnie w ciągu czterech lat między okresem, kiedy Obama wygrywał w 2012 a momentem, kiedy Hillary Clinton przegrywała w 2016.

Osoby, które dzisiaj mówią, że populizm się skończył i demokracja została obroniona, oszukują samych siebie.

Tendencje, które umożliwiły wygraną Donaldowi Trumpowi w USA, obozowi Prawa i Sprawiedliwości w Polsce czy też Viktorowi Orbanowi na Węgrzech powstawały w samym jądrze liberalizmu w tych krajach. Można powiedzieć, że populizmy te wykarmiły się deficytami swoich przeciwników, przejęły ich narzędzia i weszły klinem tam, gdzie dotychczasowe formacje polityczne nie były w stanie.

Niemniej sam ten fakt nie mówi nam o tym, jakie postawy, potencjalne możliwości i konstelacje polityczne są możliwe na przyszłość. Hillary wygrała głosowanie w liczbach bezwględnych, a procentowe różnice poparcia między nią a Trumpem były marginalne. To nie jest tak, że pod względem procentowego poparcia mieliśmy tutaj jakąś olbrzymią przepaść.

Od tego, by Alternatywa dla Niemiec zniszczyła możliwość zbudowania koalicji w Niemczech – także zaledwie parę procent, podobnie jak parę procent przesądziło o Brexicie. Zauważ, że wszystkie te scenariusze polityczne mogłyby wyglądać zupełnie inaczej przy niezmienionych postawach społeczeństwa. Mówiąc wprost, społeczeństwo w swojej zdecydowanej większości mogłoby myśleć wciąż to samo, nawet gdyby do Brexitu nie doszło, a Trump nie zostałby prezydentem.

Już sam fakt przepływu wyborców od Obamy do Trumpa w miejscach, gdzie Obama zdobywał większość, nawet białych wyborców, pokazuje, że nie zadecydowała tu obca ingerencja ani jakiś antydemokratyczny wirus tylko suma wyborów ludzi w ramach ograniczonej politycznej puli.

MN: Można zatem powiedzieć, że opowieść o pochodzie prawicowego populizmu to, w gruncie rzeczy, opowieść o deficytach dzisiejszego kapitalizmu wykorzystywanych przez, często nieciekawe, siły polityczne. Na których polach obecny system zawodzi Twoim zdaniem najbardziej?

JD: To, co dziś obserwujemy, można oddać za pomocą metafory trzęsienia ziemi. Gdy ono następuje, to czasami nie ten pierwszy wstrząs jest najbardziej destrukcyjny, tylko tzw. ”aftershock”. Wstrząs wtórny, czyli kolejne fale, które nawet na sejsmografie mogą są słabsze, ale uderzają w już osłabione struktury, przez co potrafią czasem przynieść większe zniszczenia.

Kryzys gospodarczy z roku 2008 był szokiem założycielskim, którego skutki nie przyszły od razu. Przez pewien czas system, w który uderzył ten kryzys, czerpał z rezerw cierpliwości, zachowawczości oraz zdolności społeczeństw do zaciskania pasa. Potem jednak ten kapitał się wyczerpał i ujawnił się cały fałsz obietnicy, którą składał zarówno sam system, jak i reprezentujący go politycy.

To był ten moment, kiedy w pełni ujawniła się bezalternatywność dotychczasowych wyborów politycznych.

Rzadko się o tym mówi, ale wybór Donalda Trumpa nie był tylko wyborem prawicy – to tak naprawdę był wybór świadczący o odrzuceniu obydwu establishmentów.

Amerykanie odrzucili establishment republikański, który na poziomie wyborów federalnych nie był ani wiarygodny, ani zdolny, ani na tyle utalentowany, by zaproponować jakąś obiecującą drogę wyjścia z przedłużającego się poczucia beznadziei, w którym tkwiła znaczna część społeczeństwa.

Odrzucono również Hillary Clinton, jako reprezentantkę zawiedzionych nadziei, która oferowała jedynie bardzo skromną i dość konserwatywną propozycję. W tym sensie uważam, że zwycięstwo Trumpa należy czytać jako polityczne zamanifestowanie olbrzymiej potrzeby wyjścia poza dominujące opozycje.

Wracając do twojego pytania wymienić można trzy najważniejsze deficyty, jakimi żywi się prawicowy populizm. Po pierwsze to malejące zaufanie do czołowych instytucji regulujących życie społeczne i mechanizmy polityki, takich jak media, parlamentaryzm i akademia, czyli pole faktów naukowych. To wytwarza potrzebę strongmana – kogoś, kogo cechują takie atrybuty jak siła, zdecydowanie i skuteczność.

Drugim istotnym czynnikiem jest świadomość nierówności społecznych i związana z nią potrzeba dowartościowania tych wszystkich, którzy czuli się milczącą większością. To akurat wspólny element na całym świecie – od Turcji, przez Stany Zjednoczone, po Wielką Brytanię. Wszędzie pojawia się opowieść o większości, która zbyt długo była nieobecna w procesie politycznym.

Wreszcie po trzecie – niezadowolenie z dotychczasowych mechanizmów zapośredniczenia władzy. Korzystając z języka biznesowego można to chyba nazwać niechęcią do „kosztów transakcyjnych”, które duża część społeczeństw odbiera jako niepotrzebną narośl na demokracji.

W Wielkiej Brytanii w tej roli występuje Bruksela, którą przedstawiano jako obcy zbiór biurokratów nakładający niepotrzebne sito komplikujące życie zwykłych ludzi. W Polsce jest to kasta prawnicza, sędziowska, liberalne media, zgnuśniałe elity itd. W USA to z kolei Waszyngton, Administracja Federalna, armia kampusowych darmozjadów, profesorów czy imigranci, których te elity niepotrzebnie ściągają. Wszystko to, w tej optyce, jest niepotrzebnym pośrednikiem w procesie sprawowania władzy – zaburzającym proces polityczny „sitem”.

W każdej z populistycznych opowieści zawarta była obietnica wyprostowania i usprawnienia procesu politycznego poprzez zaproponowanie własnej hierarchii, gdzie jest władza i jest naród – bez pośredników.

Używając biblijnego języka „odsiewamy ziarno od plew”. To paradoksalnie jest na jakimś poziomie obietnica demokratyczna. Nie zrozum mnie źle – doskonale wiem, że to jest polityczny wytrych, ale jednocześnie w samej obietnicy jest pewien element myślenia o większej partycypacji.

MN: Często jest tak, że populistyczna prawica daje ludziom iluzję podmiotowości politycznej, podczas gdy poprzedni system nie dawał nawet tego. Opowieść o demokracji, jako reprezentacji, zastąpiły bajkowe opowieści o „rządzie ekspertów, do którego należy dążyć”.

JD: Rządy ekspertów dostają teraz lanie. Ono jest po części zasłużone, a po części nie. Poza tym każda władza, nawet jeśli tego nie mówi, chce mieć swój korpus ekspertów.

MN: Mówię o czymś szerszym, niż ocena jednego czy drugiego rządu. Chodzi mi o to, że opowieść o „rządzie ekspertów” jest polityczną obietnicą opartą na fundamentalnym kłamstwie.

Jeżeli zakładamy, że istnieje coś takiego jak obiektywny „rząd ekspertów”, to jednocześnie zakładamy, że polityka nie jest w swojej istocie polityczna. Nie ma różnych modelów rozwoju i modernizacji, różnych typów wspólnot politycznych ani niczego, o co spieranie się powinno być fundamentem polityki.

Zamiast tego jest jedna zobiektywizowana ścieżka, która jest „słuszna” i którą znają eksperci oraz wiele błędnych ścieżek, w które prowadzą nas politycy. W myśl tej narracji eksperci wiedzą, co należy robić, a politycy zajmują się „polityką”, czyli czymś z gruntu złym.

W Polsce funkcjonowało to przez lata jako opowieść o jedynie słusznym modelu gospodarczym i populistycznych politykach, którzy nas z tej ścieżki zawracają.

JD: To zabawne, że współcześni prawicowi radykałowie w dużej mierze serwują publiczności zwulgaryzowaną powtórkę z intelektualnych debat lewicy sprzed dekady.

Z jednej strony to zabawne, z drugiej zaś tragiczne, bo faktycznie postulat lewicy społecznej czy też lewicy radykalnej mówiący o tym, by przywrócić polityce jej prawdziwe proporcje, stworzyć przestrzeń dla artykulacji interesów, przewrócić pojęcie konfliktu na jego należne miejsce, powraca dzisiaj jako farsa np. pod postacią cynicznego miliardera, który podaje się za trybuna ludowego reprezentującego klasę wykluczonych pracowników poprzemysłowej Ameryki.

Realny konflikt społeczny powraca w tak postmodernistycznym miszmaszu, że każdy kto czuje się przywiązany do myślenia kategoriami konwencjonalnej polityki musi czuć się pogubiony, zniesmaczony i zdezorientowany, co z kolei tworzy dobrą pożywkę dla mitów, o których rozmawiamy, takich jak ten o rosyjskim spisku.

MN: Spróbujmy teraz porozmawiać o możliwych alternatywach – może zrobi się trochę bardziej optymistycznie.

W Stanach Zjednoczonych Bernie Sanders oraz jego zwolennicy postrzegają municypalizm jako skuteczne narzędzie zmiany społecznej, konieczne do przeciwstawienia się polityce Donalda Trumpa. Czy wierzysz, że ten ruch społeczny odwołujący się do pojęcia „demokracji samorządnej”, dla którego ważne są takie tematy jak klimat czy migracje, może być skutecznym ruchem oporu wobec aktualnej polityki?

JD: To co powiem, może ci się wydać trochę sprzeczne. Tezy śp. profesora Benjamina Barbera nigdy mnie nie przekonywały. Wizja nowego globalnego ustroju politycznego opartego o miasta, radykalnej suwerenności miast i cały ten paradygmat polityczny oparty o miasta wydawały mi się mało wiarygodne.

Opór prowadzony na poziomie miast i bitwa o przestrzeń autonomiczną jest jednak batalią absolutnie na serio. Są takie formy organizacji politycznej, organizacji wspólnotowej czy instytucji, które wykuwają się w walce. Miejska podmiotowość jest tego dobrym przykładem.

W czasach sytych, gdy w najlepsze trwał Konsensus Waszyngtoński, miasta miały bardzo mało do zaproponowania, dlatego nie przybrało wówczas to kształtów, które mogłyby być punktem odniesienia w dyskusji.

Tymczasem w sytuacji kryzysowej, kiedy bardziej liberalna społeczność miejska zaczyna szukać kanałów do organizacji i do stawienia oporu, tego typu polityczne projekty mogą nabrać więcej mocy.

W USA oraz wszędzie tam, gdzie istnieje zdecentralizowany system widać to doskonale. Okazuje się nagle, że o ile miasta nie są w stanie odpowiedzieć na problem spójności systemu świadczeń społecznych czy zarządzanie przepływami kapitału, o tyle organizacja życia kulturalnego, inkluzja migrantów/migrantek, tworzenie przestrzeni do życia i usług publicznych, zwiększanie partycypacji i część kwestii ekologicznych są już kwestiami, które da się rozwiązywać na poziomie lokalnym.

Co więcej, im bardziej władza centralna budzi opór, tym wysiłki te przybierają na sile i nagle okazuje się, że rzeczy dotychczas tak przezroczyste jak instytucje kultury, przejmują funkcje publicznej agory. Rodzi się pewna świadomość powinności obywatelskiej i nagle miasta, czy samorządy, zaczynają dostrzegać swoje prerogatywy prawne w dziedzinie prawa migracyjnego, jak to miało miejsce w USA.

W Hiszpanii dzięki Podemos odkryto, że działalność lokalna może mieć charakter strażniczy i przejmować szczątkowe kompetencje wymiaru sprawiedliwości. W Madrycie gwiazdą Rady Miejskiej jest młody chłopak, który prowadzi komisję śledczą przeciw urzędnikom podejrzanym o nadużycia finansowe. W Polsce dobrym przykładem tego procesu jest działalność Jana Śpiewaka i stowarzyszenia Miasto jest Nasze. Okazuje się, że funkcja dotychczas zupełnie nietożsama z samorządem zyskuje wielkie polityczne znaczenie.

Podsumowując, na dziś nie sądzę by miasta wykreowały nową formę globalnego zarządzania. Niemniej trzeba zauważyć, że pełnią one dziś rolę laboratorium nowych praktyk, przez co może nie są odpowiedzią na prawicowy populizm, ale mogą być istotną częścią tej odpowiedzi.

MN: By to jednak zadziałało na większą niż dotychczas skalę strona progresywna musiałaby odkryć pozytywną stronę lokalnych tożsamości.

JD: Mam wrażenie, że w USA to się pomału dzieje. W nowym filmie BBC Gary Younge, czarnoskóry dziennikarz, rozmawia z białymi Amerykanami w tych turbo-białych stanach. Jest w tym filmie m. in. rozmowa z panią kongresmen z Wirginii, w trakcie której mówi ona, że tutaj Demokraci zawsze byli robotnikami, tutejsza tożsamość zawsze była przemysłowa, a sympatie zawsze leżały po stronie związków zawodowych.

Po prostu musimy przestać tych ludzi nazywać faszystami i przywrócić robotniczą samodefinicję Wirginii jako miejsca przemysłowego. Można z tego zrobić polityczną obietnicę, w której „wirgińskość” będzie rozumiana pozytywnie. Demokraci tego nie robili. Wydaje mi się, że ulegli oni złudzeniu, że zrobią Dolinę Krzemową w każdym stanie, gdzie uda im się przejąć rządy.

Okazało się, że Virginia, czy Dakota Poludniowa naprawdę nie potrzebują Doliny Krzemowej. Potrzebują wsparcia dla rolnictwa, tańszej opieki zdrowotnej, odnowy infrastruktury w miastach i odbudowy przemysłu.

Nie chodzi tu nawet o odbudowę przemysłu w całości, bo to może okazać się bardzo trudne, ale o inwestowanie w ten sektor.

MN: Jest jeszcze jedna ważna lekcja, którą Demokraci powinni odrobić. O ile w czasie prawyborów w Partii Demokratycznej można było przypuszczać, że rywalizacja między Bernie Sandersem a Hillary Clinton nie przebiega do końca w sposób, w jaki podobne rywalizacje powinny się odbywać, to teraz, gdy wiemy już więcej, mamy pewność, że tak było. Powiedz, jak z perspektywy czasu oceniasz te prawybory?

JD: Jeden z niedawnych sondaży pokazywał, że Bernie Sanders cieszył się większym zaufaniem niż Hillary Clinton w każdej kluczowej grupie wyborców: młodych, latynosów, czarnych, białych, zadeklarowanych niezależnych, zadeklarowanych demokratów i nawet u zadeklarowanych republikanów. Zamordowanie entuzjazmu, jaki szedł za Sandersem było wręcz symbolicznym pożegnaniem się z ostatnim dobrym duchem, który tę partię nawiedził dzięki Obamie.

Skoro jesteśmy przy Obamie warto zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz. Był to polityk, który w 2008 roku nie będąc kandydatem partyjnego establishmentu, pokonał w prawyborach kandydatkę tego establishmentu – notabene właśnie Hillary Clinton – i zapewnił swojej formacji osiem lat prezydentury.

Dzisiaj, kiedy czyta się o tamtych prawyborach i porównuje się je z prawyborami sprzed roku, to ma się wrażenie, iż było to powtórzenie, tylko, że w krzywym zwierciadle, zupełnie a rebours. Był to rodzaj głupiej i ostatecznie samobójczej zemsty establishmentu partyjnego za upokorzenie, którego doznał osiem lat wcześniej.

Czy Bernie by wygrał? Nikt tego nie wie.

Sam Donald Trump, według modelu komputerowego, który przygotował jego sztab, nie wiedział czy wygra nawet na kilka godzin przed ostatecznym ogłoszeniem wyników, co pokazuje jak nieprzewidywalne to były wybory. Natomiast uważam, że energia, zaangażowanie i nowatorstwo jakie wniósł do Demokratów Bernie Sanders i jego kampania muszą zostać wykorzystane. Jeżeli tak się nie stanie, zemści się to w przyszłości.

Można powiedzieć, że dla nich jest to w pewnym sensie wybór – socjalizm albo barbarzyństwo.

Zdj. Facebook Białego Domu w domenie publicznej

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *