Skąd bierze się „partiokracja”

Łukasz Markuszewski
20 sierpnia 2015

Rozmaici prawicowi populiści, z nieznanych bliżej powodów nazywani „antysystemowcami”, lubią opowiadać, że scena polityczna w Polsce jest zabetonowana przez partyjnych bonzów, zakuwających demokrację w kajdany.

Nasi ulubieńcy internetów mają rację w jednym – scena polityczna w Polsce jest dość mocno ograniczona. Nie wynika to jednak z fałszerstw wyborczych, spisków tajnych sprzysiężeń, kontroli umysłów, działalności Iluminatów czy Szatana, inwazji UFO ani także z ordynacji proporcjonalnej, której tak nie znosi Paweł Kukiz.

Wyborcze grzechy pierworodne

Na to ograniczenie składa się kilka elementów. Po pierwsze – medialne skupienie się z jednej strony na partiach największych, a z drugiej najbardziej kontrowersyjnych. To dlatego w mediach widzimy dziś głównie Platformę Obywatelską, Prawo i Sprawiedliwość, ruch Kukiza oraz Janusza Korwin-Mikkego – nieustannie skarżącego się, że w mediach się go pomija.

Przyczyną tego stanu rzeczy jest zamiana współczesnego modelu mediów informacyjnych w tzw. infotainment, czyli połączenie rozrywki z informacjami. Cóż zatem interesującego czy zabawnego w niewielkim ugrupowaniu politycznym, które nie szokuje formą wypowiedzi?

Drugim ważnym wątkiem jest wsparcie finansowe, jakim w porównaniu do małych ugrupowań pozaparlamentarnych cieszą się wielcy gracze.

Trzecim jest całokształt wymogów, które partia lub komitet wyborczy musi spełnić, by zostać zarejestrowanym w wyborach parlamentarnych w kraju i dostać się do Sejmu (o Senacie wybieranym w systemie JOW małe partie mogą zapomnieć).

Kapitał początkowy

Na początek przyjrzyjmy się wymogom stawianym partiom politycznym w innych krajach Europy.
W Wielkiej Brytanii kandydat może zarejestrować swoją kandydaturę w wyborach, jeśli opłaci depozyt w wysokości £500. Jest on zwracany pod warunkiem uzyskania co najmniej 5% poparcia w okręgu.

Pięćset funtów to kwota nieco większa niż połowa wynagrodzenia minimalnego netto za miesiąc pracy. Gdyby wprowadzić podobne wymogi w Polsce, kandydat do Sejmu musiałby założyć ok. 650 zł. Kwota niezbyt zaporowa, ale dla niektórych mogłaby być wyzwaniem.

Mniej musi wydać kandydat w wyborach w Holandii – jedynie 450 euro, czyli jedną trzecią pensji minimalnej. Dwukrotność pensji minimalnej zapłaci Estończyk, średnią krajową Litwin (jako kandydat z JOW, nieco mniej w wypadku startu z listy partyjnej), a pięciokrotność pensji minimalnej kandydat w Rumunii.

Niekiedy opłaty czy też depozytu nie oblicza się od kandydata, ale od listy, czy to w całym kraju, czy okręgu. W Republice Czeskiej depozyt to tylko wartość półtorej pensji minimalnej na region, Słowacy z kolei wymagają jednej opłaty za cały kraj, równej około czterdziestu pensjom minimalnym.

Pamiętajmy, że z reguły są to depozyty zwracane pod warunkiem uzyskania pewnego wyniku wyborczego. Oznacza to, że dla małych ugrupowań start wyborczy zawsze oznacza nie tylko duże wydatki kampanijne, ale też niemal pewny wydatek rejestracyjny.

O ile w zamożnych krajach Zachodu wydatek kilkuset euro dla osoby, która na serio chce się zajmować polityką, nie jest ciężkim kawałkiem chleba, o tyle w Europie Wschodniej mogą być one potężnym problemem, skutecznie zatrzymując scenę polityczną w rękach bonzów największych formacji.

Proszę podpisać!

Nie wszędzie jednak podstawą do startu są pieniądze. W niektórych krajach wymogi dotyczą zbiórki podpisów. W Austrii lista, by zostać zarejestrowana w całym kraju, musi zebrać 2600 podpisów wyborców – niecałe pół promila ogółu. W Danii wymagana jest liczba podpisów równa 1/175 liczby wyborców uprawnionych do głosowania w poprzednich wyborach (ok. pięciu promili).

W Szwecji z kolei od listy wymaga się zebrania 1500 podpisów, co w odniesieniu do liczby osób uprawnionych do głosowania wynosi mniej niż jedną czwartą promila. W Portugalii wymóg zbiórki podpisów w ogóle nie istnieje. Każda partia może wystawić tam swoich kandydatów w wyborach. W Niemczech należy zebrać podpisy od jednego promila wszystkich uprawnionych do głosowania, ale nie więcej niż dwa tysiące na jeden land.

Wszystko to sprawia, że demokracja może być udziałem wszystkich grup politycznych. Nie tylko tych z potężnym zapleczem finansowym, nie tylko partii masowych czy establishmentu, który czerpie przewagę z samego jedynie faktu swojej wielkości i obecności w mediach.

Dawanie przewagi politycznym gigantom w postaci ustalania zaporowych wymogów rejestracyjnych jest niesprawiedliwe i krzywdzące dla społeczeństwa oraz demokratycznego systemu sprawowania władzy.

Kwestia zaufania

Porównajmy wymogi rejestracyjne w wyborach parlamentarnych w Polsce z tymi, które ustalono np. w Skandynawii. W Polsce, by zarejestrować listę w całym kraju, należy zebrać podpisy w co najmniej połowie okręgów, czyli dwudziestu jeden. W każdym z tych okręgów należy zebrać 5 tys. podpisów.

Oznacza to, że komitet wyborczy musi zebrać w sumie co najmniej 105 tys. podpisów. Abstrahuję tutaj od tzw. górki, czyli 10-20% dodatkowych podpisów, które trzeba mieć w pogotowiu w razie odrzucenia niektórych z podstawowej puli.

Pułap ten jest równy 3,5 promila osób uprawnionych do głosowania w wyborach do polskiego Sejmu. I rzeczywiście – jeśli porównamy tę wartość np. z wymogami duńskimi, nie wypadamy tak źle.

Gorzej jednak to wygląda, jeśli przyjrzymy się sytuacji zbierających podpisy w Polsce i kondycji samych partii. Osoba, która zbiera podpisy pod listami w Polsce musi się liczyć z ogromnym dystansem, niechęcią, a nawet agresją. Jest to podyktowane przede wszystkim ogromną nieufnością i strachem przed przedstawieniem swojego numeru PESEL, czy innych danych wymaganych do złożenia podpisu.

W Danii poziom zaufania społecznego jest znacznie wyższy, co oznacza że te podpisy zbiera się znacznie łatwiej. Dodatkowo społeczeństwo duńskie jest znacznie bardziej zaangażowane politycznie. Największa partia prawicowa, Venstre, liczy więcej członków niż Platforma Obywatelska. Mówimy o kraju, którego liczba ludności tylko trochę przewyższa liczbę ludności województwa mazowieckiego. W tej sytuacji zebranie podpisów od pięciu promili jest tam mniejszym problemem.

W Polsce giganci polityczni, czyli partie liczące po kilkanaście i więcej tysięcy członków, są w stanie zebrać podpisy wśród działaczy i ich rodzin. Średniacy, mający od dwóch do dziesięciu tysięcy, jeśli nie dają rady sami, najczęściej wynajmują osoby, które za pieniądze zbierają na ulicach.

Większy problem mają najmniejsze formacje, które nie są w stanie zebrać podpisów własnymi siłami i nie mają środków finansowych, by podpisy kupić. Nie są w stanie przebić się przez ustalone odgórnie wymogi zbierackie, które bez większego problemu pokonują partyjne korporacje.

Rachunek za demokrację

Nie jest to jedyny problem dla małego ugrupowania. Kampania wyborcza jest droga – koszty często liczy się w dziesiątkach tysięcy złotych. Sum takich małe partie nie posiadają, są więc zdane na inne, darmowe środki marketingowe.

Tutaj test mógłby zdawać Internet, jednak nie jest on uporządkowanym forum, a raczej hałaśliwym targowiskiem, gdzie przebija się najbardziej kontrowersyjna i radykalna opinia. Nie spełnia więc on często roli politycznej agory. W tej sytuacji małe, oddolne ruchy obywatelskie mają bardzo niewielką szansę na zburzenie betonowej ściany oddzielającej główny nurt od politycznego planktonu.

Co więc zrobić? Nie da się odgórnie zmienić modelu mediów. Można za to np. zmienić wymogi rejestracyjne dla małych komitetów wyborczych. Dzisiaj w okręgu toruńskim trzeba zebrać pięć tysięcy podpisów. Gdybyśmy wprowadzili model niemiecki, wystarczyłoby zebrać 842 podpisy, w całym kraju zaś jedynie 37 tysięcy, czyli jedną trzecią obecnej liczby.

Wiele zmieniłoby również zrównoważenie systemu publicznego finansowania partii politycznych i zwiększenie dostępności instytucji wyborów parlamentarnych dla nowych, małych i oddolnych komitetów wyborczych, które nie mają finansów odpowiednich do rywalizacji z głównymi obozami politycznymi.

Czas na zmiany!

Niższe wymogi rejestracyjne dla komitetów wyborczych oznaczałyby więcej partii o różnorodnych poglądach, partycypujących w procesie wyborczym. Jeśli mamy szerszy wachlarz ugrupowań do wyboru, mniejszą uwagę poświęcamy pompowanym przez media gigantom, większą zaś na zastanowienie się nad konkretnymi programami i postulatami.

Rzecz jasna ogromna większość tych partii nigdy się w Sejmie nie znajdzie, ale jeśli pozwolimy im na branie udziału w wyborach, to wielkie ugrupowania będą musiały się liczyć z konkurencją, która będzie czekać na każde ich potknięcie, by urwać im luźny punkt procentowy poparcia, który z kolei może być brakującym ogniwem do wejścia do parlamentu.

Jest jeden jeszcze istotny aspekt praktyczny – głosowanie na „mniejsze zło” traci rację bytu. Głosowanie takie jest podyktowane brakiem na kartach do głosowania partii, z którą faktycznie można by się utożsamiać. Zamiast tego popiera się tych, którzy są najbliżej naszych preferencji.

Potrzebna jest reforma kodeksu wyborczego, dzięki której wielcy gracze nie mogliby już tylko straszyć wyborców sobą nawzajem, a musieliby zacząć zachęcać wyborców do głosowania na siebie, a nie na mikrorywali.

Obecnie funkcjonujące w Polsce wymogi rejestracyjne skutecznie ograniczają demokrację i zapewniają dominację wielkich graczy. To jest właśnie ta partiokracja, o której lubi mówić Paweł Kukiz, a który kompletnie nietrafnie wskazuje jej źródła.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.