Liczenie ma znaczenie

Bartłomiej Kozek
7 sierpnia 2015

Bartłomiej Kozek o tym, dlaczego straconych głosów w jednomandatowych okręgach wyborczych może być więcej niż przy ordynacji proporcjonalnej.

O reformie prawa wyborczego dyskutuje się nie tylko w Polsce. W maju 2011 r. w Wielkiej Brytanii odbyło się referendum w sprawie zastąpienia obecnego systemu okręgów jednomandatowych funkcjonującego według zasady „zwycięzca bierze wszystko” (First Past The Post, FTPT) systemem „głosu alternatywnego” (Alternative Vote, AV). Propozycja reformy upadła. Sprzeciwili się jej nie tylko zwolennicy utrzymania dotychczasowego systemu wyborczego, lecz również wielu zwolenników i zwolenniczek ordynacji proporcjonalnej, dla których byłaby to zmiana zbyt skromna i powierzchowna.

Wyborcze alternatywy

System głosu alternatywnego stosowany jest m.in. w wyborach burmistrza Londynu czy w wyborach do izby niższej parlamentu w Australii. Na czy polega?

W systemie tym nadal mamy do czynienia z okręgami jednomandatowymi, tyle że do zdobycia mandatu nie wystarczy już po prostu zdobyć więcej głosów niż inni kandydaci i kandydatki, lecz minimum 50% głosów + jeden. Zazwyczaj przeprowadza się w tym celu drugą turę, jednak w systemie AV nie ma takiej potrzeby. Podczas głosowania wyborcy numerują na karcie wyborczej kandydatów i kandydatki w kolejności, w jakiej ich popierają. W kolejnych turach liczenia odpadają osoby, które otrzymały najmniej tzw. „pierwszych głosów preferencyjnych”, a ich głosy dzielone są na pozostałe kandydatki i kandydatów wedle kolejnych preferencji z kart wyborczych.

Rządząca Wielką Brytanią w latach 2010-2015 konserwatywno-liberalna koalicja nie przedstawiła szerszej palety wyboru. Wyborcy mogli wybierać tylko między systemem FTPT a systemem AV. Rozwiązania takie jak pojedynczy głos przechodni (STV, system obowiązujący m.in. w wyborach parlamentarnych w Irlandii) czy ordynacja proporcjonalna z listami partyjnymi nie były w ogóle wzięte pod uwagę.

Fundacja Nowej Ekonomii (NEF) postanowiła przed referendum sprawdzić, czy taka zmiana pomogłaby w zwiększeniu wpływu wyborców na skład Izby Gmin. Efektem jej badań była publikacja The Voter Power Index oraz specjalna, dedykowana temu zagadnieniu strona internetowa VoterPower.org.uk.

NEF zdecydowała się na sprawdzenie wyników kilku ostatnich wyborów parlamentarnych w poszczególnych okręgach wyborczych i zbadanie – m.in. na bazie częstotliwości zmiany wygrywającej w nich partii czy też dystansu między głównymi rywalami – jak zmieniłyby się ich rezultaty w wypadku zmiany ordynacji wyborczej.

Nierówne głosy

Dla osób zajmujących się tematyką ordynacji wyborczych rezultaty są dość przewidywalne: rola pojedynczego głosu w systemie AV uległaby zwiększeniu. W skali od 0 do 1, gdzie 1 ma symbolizować „uczciwy głos” (równe jego znaczenie niezależnie od rejonu kraju) dotychczasowa ordynacja typu FPTP otrzymała wskaźnik 0,285, zaś głos alternatywny – 0,352.

Jak widać, nadal jest to system daleki od doskonałości. (Dla porównania brytyjska ordynacja do Parlamentu Europejskiego, polegająca na proporcjonalnym podziale głosów partyjnych na miejsca w dużych, kilkumandatowych okręgach, otrzymała w tym samym rankingu 0,962 punktu.) Ale jednak wpływa pozytywnie na zwiększenie się szans na to, że liczyć się będzie każdy głos.

Dotychczasowa ordynacja, w której, jak w Norwich South w roku 2010, wystarczyło 29,4% ogółu głosów, by zdobyć mandat i w której istnieją okręgi, niezmieniające partyjnej przynależności od dziesięcioleci (w całym kraju znajdziemy niemal 160 okręgów, w których prawdopodobieństwo takiego zdarzenia wynosi raz na sto lat!), wpływa negatywnie na frekwencję wyborczą. Różnica jej poziomu między „bezpiecznymi” a „konkurencyjnymi” okręgami sięgnęła ponad 6 punktów procentowych (odpowiednio – 61,2 oraz 67,5%). Pokazuje to, że wielu ludzi nie widzi sensu oddawania głosu, który z góry skazany jest na „zmielenie”.

Głos alternatywny, choć nie jest wielkim krokiem naprzód, nieco by tę sytuację poprawił – ilość okręgów, w których walka o mandat byłaby realna, a nie jedynie pozorowana, wzrosłaby z 81 do 125, a w procentach – z 13 do 16% ogółu okręgów. Liczba miejsc uznawanych za „bezpieczne” zmniejszyłaby się zaś z 331 (czyli ponad połowy obecnej Izby Gmin!) do 271.

Taki system zwiększyłoby prawdopodobieństwo konieczności zawiązania koalicji rządzącej w Izbie Gmin, a także szanse mniejszych formacji z powodu mniejszego ryzyka „straconego głosu”. Osoba głosująca np. na Zielonych zawsze mogłaby (aczkolwiek nie musiałaby – pozostawia się bowiem prawo do wyboru jednej kandydatki/kandydata) zaznaczyć jako drugą np. kogoś z Partii Pracy i mieć pewność, że jej głos i tak będzie mógł zablokować wybór np. konserwatysty.

Polityczna zamrażarka

Niestety, po przegranym referendum roku 2011 dyskusje na temat zmiany ordynacji wyborczej ustały – przynajmniej na szczeblu parlamentarnym. Zdobycie samodzielnej większości przez Torysów, niechętnych jakimkolwiek zmianom w kierunku większej proporcjonalności wyborów do Izby Gmin, nie zapowiada zmiany tego stanu rzeczy.

Liberalnym Demokratom nie udało się w czasie trwania w koalicji z Partią Konserwatywną przeforsować również innego swojego pomysłu – zastąpienia Izby Lordów nową izbą, wybieraną w wyborach powszechnych. Upodobniłoby to brytyjski system polityczny do australijskiego, w którym wybierany w ordynacji STV Senat dał spore możliwości rozwoju mniejszym formacjom i ich wpływowi na politykę państwa poprzez bądź to formalne porozumienia, bądź też doraźne alianse w tej czy innej sprawie.

Nie oznacza to, że dyskusja na temat brytyjskiego systemu wyborczego stała się bezprzedmiotowa – wręcz przeciwnie, wzrost znaczenia Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP) oraz Szkockiej Partii Narodowej (SNP) pokazał, jak bardzo system westminsterski stał się niezdolny do odzwierciedlania wyników wyborczego głosowania.

W wyborach w 2015 r. Torysi zdobyli ponad 50% miejsc w parlamencie, uzyskując jedynie 36,9% głosów. SNP z wynikiem rzędu 4,7% zdobyła 56 mandatów, podczas gdy UKIP, dzięki zaufaniu 12,6% wyborców – jeden. Choć Liberalni Demokraci zdobyli poparcie mniejszego grona, bo 7,9% głosujących, mają dziś ósemkę posłów.

Zawsze można oczywiście argumentować, że w ordynacji większościowej głosuje się nie na partie, lecz na ludzi – tyle że to nie do końca prawda. Gdy w Szkocji wzrosła w siłę SNP, partyjny szyld katapultował do Izby Gmin zupełnie nieznanych do tej pory opinii publicznej działaczy partii.

Choć zmiany w Szkocji mogły nieco rozruszać skostniały krajobraz na północy, to jednak i tu poziom dysproporcji między otrzymaniem 50% głosów i 56 z 59 szkockich mandatów pokazuje ograniczenia ordynacji większościowej w sytuacji ewolucji opinii publicznej w Zjednoczonym Królestwie w stronę bardziej pluralistycznej, wielopartyjnej polityki.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *