7 mitów na temat JOW-ów

Łukasz Markuszewski
30 czerwca 2015

Czym są JOWy i czym różnią się one od obecnych rozwiązań w wyborach do Sejmu?

Obecnie w poszczególnych okręgach wybieramy od kilku do kilkunastu posłów, a kandydaci muszą startować z list wyborczych – partyjnych lub nie. Żeby mogli uzyskać mandat, ich komitet musi osiągnąć co najmniej 5% poparcia w kraju, a i oni sami powinni uzyskać dużą liczbę głosów. Powinni, choć w praktyce nie zawsze tak jest – czasami dostają się do parlamentu, bo osoba będąca na liście przed nimi zdobywa bardzo wiele głosów i przez to „wciąga” kolejne osoby.

JOW to system wyborczy, w którym cały kraj podzielony jest na okręgi, w których wybiera się TYLKO JEDNEGO posła. Mandat zdobywa ten kandydat, który dostanie najwięcej głosów – bez względu na to, czy należy do partii, czy nie. Z jednomandatowymi systemami wyborczymi związanych jest wiele mitów.

Mit pierwszy

Poseł wybrany w JOW jest osobiście odpowiedzialny przed swoimi wyborcami. To od nich zależy jego polityczna przyszłość. JOW ukróci selekcję negatywną, która polega na forowaniu przez wodza partii działaczy typu BMW – biernych, miernych, ale wiernych. Nie będzie układanych przez partyjne wierchuszki list wyborczych, zniknie zatem podstawowa metoda egzekwowania lojalności.

Wybór polityka nie zależy od jego wyborców. W krajach, gdzie funkcjonują JOWy wszystko zależy od partyjnego nadania – to szefostwa wielkich ugrupowań decydują kto gdzie startuje. Oczywiście nie trzeba mieć politycznego glejtu, by startować jako bezpartyjny – w praktyce jednak uniemożliwia to wybór.

Niezależni kandydaci do parlamentu to mit. W ostatnich wyborach do Izby Gmin w roku 2010 w parlamencie znalazła się tylko jedna kandydatka niezależna – wieloletnia i bardzo popularna posłanka wybrana pierwotnie z komitetu partyjnego (Sylvia Hermon). Inni kandydaci przepadli, nie mając szans na konkurowanie z partyjnymi wybrańcami z powodu braku środków finansowych, zaplecza merytorycznego, doświadczenia politycznego i zasobów ludzkich.

Problemem polskiej polityki nie jest ordynacja, lecz wodzostwo w partiach politycznych. Dlaczego niby Ewa Kopacz i Jarosław Kaczyński nie mieliby decydować o tym, kto w jakim okręgu będzie startować? Zamiast partyjnych list wierchuszki będziemy mieli jednomandatowe okręgi wierchuszki. W JOW i tak finalnie wygrywa najczęściej ten, kto ma więcej pieniędzy. Te zaś mają wielkie partie politycznie, co doskonale widać po kampanii wyborczej w Wielkiej Brytanii.

Mit drugi

JOW przywróci odpowiedzialność osobistą posła przed wyborcami w jego okręgu. W tzw. ordynacji proporcjonalnej poseł zależy przede wszystkim od szefa partii, który decyduje o listach wyborczych, a dopiero w dalszej kolejności od wyborcy. W małym, jednomandatowym okręgu wyborczym poseł będzie podlegał nieustannej, skrupulatnej kontroli.

Zwolennicy JOWów chętnie przytaczają ten mit. Uzasadniają go zależnością ponownego wyboru posła od lokalnej społeczności oraz rozmiarami okręgu wyborczego – uważają, że poseł w takim okręgu jest bardziej wystawiony na publiczny pręgierz i trudniej mu oszukiwać swoich wyborców.

To jeden z najmniej przemyślanych mitów związanych z JOW. Zastanówmy się przez chwilę – czy lokalna społeczność faktycznie kontroluje wójta, prezydenta miasta czy burmistrza? Oczywiście, że nie – ewentualnie w niewielkim stopniu.

W lokalnych społecznościach brakuje mediów o sile tych ogólnopolskich, które czekają na najmniejsze potknięcie rządzących. Jeśli już występują, to są często zależne od ogłoszeń czy innych form finansowania przez władze lokalne. Brakuje stowarzyszeń i organizacji pozarządowych, które sprawdzają każdą decyzję władz. Brakuje wreszcie społeczeństwa obywatelskiego i komunikacji z władzami.

Podobnie będzie z posłami w JOW. Bez wykształcenia realnej demokracji obywatelskiej nic się w życiu publicznym nie zmieni, a wprowadzenie JOW będzie oddziaływać jedynie negatywnie. Kto z nas komunikował się kiedyś z burmistrzem czy wójtem, albo choćby radnym miejskim? Poseł do Sejmu wybrany z okręgu jednomandatowego będzie wbrew pozorom znacznie bardziej odległy od swojego wyborcy.

Mit trzeci

Kandydaci walczący o mandaty w JOW są bliżej swoich wyborców, lepiej ich znają, a sama kampania jest bardziej zacięta.

Z mitem odpowiedzialności przed wyborcami wiąże się mit o realnej i zaciętej walce o zwycięstwo. Mit ten kruszeje w obliczu najbardziej chyba kuriozalnej patologii, jaka nieodłącznie wiąże się z tym systemem. Nazywa się ona z angielska „safe seats”, czyli „bezpieczne stołki”.

Debata publiczna przed wyborami zawsze zdominowana jest przez wielkie ugrupowania polityczne. Lokalne kampanie tracą na znaczeniu – na przykład z powodu braku lub bylejakości lokalnych mediów. Efektem jest brak kampanii wyborczej w bezpiecznych dla tej czy innej partii okręgach. Nikt nie rywalizuje o te miejsca, bo z góry wiadomo, kto mandat zdobędzie.

W Wielkiej Brytanii, wzorze dla miłośników JOW, „bezpieczne stołki” Partii Pracy to wielkie, przemysłowe miasta jak Leeds, Liverpool, Manchester czy Birmingham. Torysi z kolei mogą liczyć na miasta sypialnie i dzielnice klasy średniej. W tych okręgach często nie widać żadnych plakatów, nie są wysyłane żadne ulotki ani nie odbywają się debaty.

W Polsce takimi rejonami staną się zapewne Podkarpacie (PiS) czy Pomorze (PO). Jak bardzo oszukany musi czuć się wyborca, o którego politykom nie chce się nawet zabiegać?

Mit czwarty

W JOW różne zbliżone do siebie ideowo grupy dogadują się, by wystawiać wspólnych kandydatów.

Mit ten przeczy wcześniejszej tezie o odpowiedzialności kandydata przed wyborcami – to nie wyborcy, lecz wielkie partie decydują, kto będzie startował.

Czy jednak wielkie partie i obozy polityczne dogadują się z małymi? Tylko w systemie dwuturowym, gdzie każdy kandydat musi zdobyć ponad 50% głosów, by zdobyć mandat – czyli np. we Francji. W Wielkiej Brytanii Partia Pracy nawet nie spogląda na małe ugrupowania lewicowe, bo i tak nie dadzą rady odebrać jej dużej liczby mandatów w skali kraju. Chyba że mówimy o potężnej partii regionalnej.

We wspomnianej Francji działa to inaczej. By skupić maksymalnie duży elektorat, wielkie partie (socjaliści i gaulliści) wchodzą w bloki z małymi (socjalliberałami i zielonymi z jednej oraz konserwatystami i chadekami z drugiej strony). Do tych bloków wchodzą także bezpartyjni kandydaci lewicowi czy prawicowi.

Zarówno bezpartyjni, jak i mniejsi koalicjanci są tu jednak zakładnikami wielkich ugrupowań, bez wsparcia których nie są w stanie zdobyć w zasadzie żadnych mandatów. Nauczką niech będzie wysoki (13,6%) wynik Frontu Narodowego, który uzyskał… dwa miejsca na 577 możliwych. Dla porównania Nowe Centrum (będące członkiem szerokiej koalicji prawicowej), które zdobyło 2,5% głosów, w Zgromadzeniu Narodowym uzyskało dwanaście mandatów. Jak widać, JOW to system gigantów, nie zaś pionków politycznych.

System Jednomandatowych Okręgów Wyborczych de facto UPARTYJNIA więc system polityczny do granic możliwości. Sprawia, że nie tylko niezależni politycy, ale też małe ugrupowania polityczne stają się zależne od woli wielkich graczy. Dotyczy to także partii, które w systemach proporcjonalnych (czyli np. w Polsce) są w stanie samodzielnie funkcjonować, zdobywać mandaty z własnych list i stanowić niewielką, ale jednak słyszalną siłę polityczną w kraju.

Mit piąty

JOW otworzy system polityczny, umożliwiając wymianę elit. Wskutek obowiązywania tzw. ordynacji proporcjonalnej zmieniają się w Polsce rządy, ale u władzy pozostaje wciąż ten sam krąg ludzi.

Liczba nowych posłów w Izbie Gmin w 2005 r., kiedy to Partia Pracy utrzymała władzę, wyniosła stu dwudziestu trzech, co oznacza 19% całkowitego stanu. Tymczasem w Polsce w 2011 r., kiedy to Platforma Obywatelska utrzymała władzę, w Sejmie znalazło się „około 130 nowych posłów” (taką informację podała mediom pracownica Biura Kancelarii Sejmu) oznacza to, że stanowili oni 28% składu izby.

Widać więc jak na dłoni, że to w systemie proporcjonalnym wymienialność posłów jest WIĘKSZA niż w jednomandatowych okręgach wyborczych.

Mit szósty

W JOW nie ma spadochroniarzy, którzy są wystawiani w danym okręgu, nie mając z nim nic wspólnego.

Winston Churchill wielokrotnie zmieniał okręg z którego startował. Był m.in. kandydatem z Oldham w Lancashire, Dundee w Szkocji czy Eping pod Londynem. Nie był jedynym, który tak postępował.

Mit siódmy

JOW ukracają korupcję polityczną, typową dla systemów proporcjonalnych.

Żadne dane ani badania nie stwierdzają zależności między ordynacją wyborczą a ogólnym poziomem korupcji.

Musimy pamiętać, że w wielkiej polityce liczą się wielkie pieniądze. Dziś mają je wielkie partie polityczne. W JOW będzie podobnie – a bez tych pieniędzy żaden kandydat społeczny nie będzie w stanie wygrać.

Co więc może taki kandydat zrobić? Liczyć na gigantyczną w skali swojego mikrookręgu mobilizację zwolenników – albo szukać sponsorów. Pytanie o to, komu będzie ów poseł wierny po wyborach: wyborcom czy sponsorom? Sądzę, że odpowiedź przychodzi na myśl od razu.

Problemem naszego życia publicznego z pewnością jest dysproporcja środków partyjnych gigantów i małych grup politycznych. Nie jest to jednak problem ordynacji wyborczej, lecz finansowania kampanii wyborczych.

Odpowiedzią na ten problem nie może być dopuszczenie prywatnego finansowania polityków, jak np. w Stanach Zjednoczonych, gdzie również funkcjonują jednomandatowe okręgi wyborcze.

Demokracja kontra JOWy

Podstawowym zarzutem wysuwanym przeciwko systemowi okręgów jednomandatowych jest brak reprezentatywności – sytuacja, w której pokaźna część wyborców nie ma ŻADNYCH reprezentantów w parlamencie (lub ma ich znikomą liczbę), a reszta ma więcej reprezentantów niż w istocie powinna.

Obok wspomnianego przykładu Frontu Narodowego warto wspomnieć wynik Liberalnych Demokratów z roku 2010 (23% głosów i 57 mandatów na 630 możliwych, czyli mniej niż 1/10).

Dzieje się tak, ponieważ mandaty przypadają tym kandydatom, którzy zdobywają najlepszy wynik w swoich okręgach. Gdyby w 2011 r. w wyborach do Sejmu obowiązywały JOWy, Platforma zdobyłaby ok. 300 mandatów, PiS ok. 150, natomiast reszta (czyli… całe 10) przypadłaby PSL i SLD. Ruch Palikota, mimo 10% poparcia, nie zdobyłby ani jednego mandatu.

Sytuację świetnie obrazują wybory do Senatu z tego samego roku. Znalazło się w nim 94 senatorów reprezentujących obie największe partie, 2 senatorów PSL i 4 tzw. „niezależnych”. Trzech z nich startowało z błogosławieństwem i wsparciem Platformy Obywatelskiej (Cimoszewicz, Borowski i Kutz), czwarty zaś nie miał kontrkandydata z PiS (Obremski).

W ten to sposób JOWy, zamiast budować system odpartyjniony i obywatelski, tworzą system ultrapartyjny, gdzie kandydaci niezależni i działacze niewielkich partii politycznych nie mają żadnych szans w starciu z bonzami wielkich obozów politycznych.

JOWy nie oznaczają uczciwości, prostoty i oczyszczenia życia publicznego. To w jednomandatowych okręgach wyborczych dochodzi do tzw. „gerrymanderingu”, czyli takiego manipulowania granicami okręgów, by zwiększyć szanse kandydatów obozu rządzącego. To w JOW może mieć miejsce sytuacja, w której partia z poparciem 10-procentowym może mieć mniej posłów niż ta z poparciem 5-procentowym (co widać po ogłoszeniu wyników wyborów do Izby Gmin w Wielkiej Brytanii w 2015 r.).

JOWy były pierwszym systemem wyborczym demokracji. Dobrze sprawdzały się w czasach, gdy opinia publiczna była podzielona na obóz konserwatywno-monarchistyczny i liberalno-republikański. Wraz z rozwojem demokracji, wzrostem różnorodności postaw politycznych i poglądów system ten stał się wadliwy i szkodliwy, więc odrzucano go stopniowo w wielu krajach. Dziś nawet w ich mateczniku w Wielkiej Brytanii pojawiają się liczne głosy na rzecz zmiany systemu wyborczego i wprowadzenia systemu proporcjonalnego.

Do niedawna jedynym argumentem na rzecz JOW, którego nie można było obalić, była teza o tworzeniu silnych, stabilnych, jednopartyjnych rządów na okres całej kadencji. Także i ten argument nie jest aktualny – w minionej kadencji Izby Gmin konieczne było zawiązanie koalicji między Torysami i Liberalnymi Demokratami, tak jak w krajach o ordynacji proporcjonalnej.

Jeśli nawet uznać to za wypadek przy pracy i przyznać rację zwolennikom JOW twierdzącym, że system ten buduje stabilne rządy, warto zapytać, czy w demokracji chodzi o jakiekolwiek rządy tworzone przez posłów reprezentujących mniejszość społeczeństwa, czy o rządy demokratyczne, budowane przez posłów wybranych przez większość obywateli? Na ile demokratyczny jest rząd, który uzyskał głosy jednej trzeciej wyborców?

Nasze życie publiczne jest chore. Chorób jednak jest wiele, a uniwersalnym lekiem na nie wszystkie nie może być lekarstwo który doprowadzi do zgonu pacjenta. Potrzeba nam więcej oddolnej demokracji, rozumianej jako referenda, budżety partycypacyjne i obywatelskie. Potrzeba nam zmniejszenia różnic w finansowaniu wielkich i małych partii politycznych, obniżenia progów wyborczych, czy podziału mandatów już po przekroczeniu progu w danym okręgu, co pozwoliłoby wchodzić do Sejmu lokalnym komitetom, regionalistom i mniejszościom narodowym.

Potrzeba nam jeszcze wielu zmian. Z całą pewnością mogę jednak powiedzieć, że nie potrzeba nam systemu, który zabetonuje scenę polityczną i sprawi, że sam przywódca ruchu na rzecz JOW, Paweł Kukiz, będzie mógł zapomnieć o mandacie parlamentarnym z własnego komitetu.

Nieco zmieniona wersja tekstu, który ukazał się na blogu autora na portalu TOK FM.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.