Wspólnoty z drugiej ręki

Agata Czarnacka
26 października 2010

Pchli targ to łatwy i tani sposób na stworzenie serca dzielnicy; miejsca integracji mieszkańców w różnym wieku i sytuacji majątkowej.

Co prócz pcheł można dostać na pchlim targu? W zasadzie wszystko: sprzęty domowe, zabawki, książki, stare gazety, zdjęcia, aparaty fotograficzne i adaptery, buty, ubrania, spinki i grzebienie, maski, lupy i kapelusze. Przedmioty, które mogą mieć drugie życie, ale i całkiem jednorazowe: świeży sok z pomarańczy, zapiekanki, baloniki, pańską skórkę. Przychodzi się, mając jasny cel: tania lampa do postawienia przy łóżku albo widelczyki do ciasta, jakich się po prostu nie da dostać w „zwykłym” sklepie. Albo zwyczajnie rozejrzeć się, połazić.

Atmosfera na pchlim targu trochę przypomina cmentarz we Wszystkich Świętych, a trochę zawody strzeleckie. Wiadomo, że są sektory dla koneserów, a w szerszych alejkach należy uważać na dzieci pałętające się pod nogami. Sprzedawca zaś może liczyć na zainteresowanie niepotrzebnymi mu już kawałkami jego życia. Nawet jeśli nie znajdą kupca, z pewnością sprowokują do rozmowy.

Dla tych, którzy mieszkają na osiedlu z zamkniętymi śmietnikami, pchli targ to wygodny sposób na pozbycie się „gabarytów” bez wyrzutów sumienia. Osoby przyciśnięte potrzebą mogą tu legalnie i bez wstydu handlować, czym tylko się da. Dla innych to czasem jedyna droga, by tanio umeblować pierwsze samodzielne mieszkanie. Ambitniejsi mogą dzięki pchlim targom znaleźć rzeczy, jakich nie ma nikt inny.

W Berlinie od wczesnej wiosny do późnej jesieni działają targi, do których ściągają klienci z całego miasta. Ludzie, klienci i sprzedający, są delikatni dla siebie nawzajem i dla przedmiotów. Jak nigdzie indziej, zdają sobie sprawę, że obcujemy z czyimś życiem. Dziwią się odmiennym gustom czy dawnej modzie, zachwycają się czymś, czego sami by nigdy nie wymyślili. W Berlinie początkujący rękodzielnicy mogą wystawiać swoje wyroby na sprzedaż, nie przejmując się kasami fiskalnymi. Wokół targowiska kwitnie życie. Kawiarnie, place zabaw i jadłodajnie są pełne, trudno znaleźć miejsce, żeby odpocząć czy napić się herbaty. Młodzi i starsi spotykają się ze znajomymi, wymieniają uśmiechy, obserwacje i poglądy.

W Warszawie mamy dwa stałe targowiska – Bazar na Kole i bazar na stadionie „Olimpia”. Do obu trudno dojechać, znajdują się z dala od centrum i funkcjonują wcześnie rano. Bazar na Kole to punkt zaopatrzeniowy właścicieli sklepów z antykami. Jeśli ktoś nie jest zapaleńcem, raczej nie powinien się nastawiać na to, że spotka znajomych.

W centrum miasta można się natknąć na wystawkę starych książek na kocu albo przypadkowym parapecie. Kiedyś lokalny pchli targ działał na Ursynowie, wzdłuż ul. Płaskowickiej. Wystarczyło jednak parę tygodni deszczu i inicjatywę diabli wzięli. Targowisko znajdowało się na zaniedbanym trawniku, a trudno przecież rozkładać stoisko, brodząc w błocie. Podobny los spotyka poświęcone drugiemu obiegowi rzeczy kąty lokalnych bazarków. Likwidowane i przywracane do życia, nie przyciągają już ani klientów, ani wystawiających.

A przecież pchli targ to łatwy i tani sposób na stworzenie serca dzielnicy; miejsca integracji mieszkańców w różnym wieku i sytuacji majątkowej. Drugi obrót rzeczy powstrzymuje nieopanowaną konsumpcję, pozwala też zaoszczędzić na wywozie i recyklingu śmieci najtrudniejszych w utylizacji. Obrót używanymi książkami przedłuża ich życie i obniża koszt bycia czytelnikiem – dziś w Polsce bardzo wysoki. Zdjęcia, stare pisma, pamiątki zamiast iść na śmietnik, znajdą nowe miejsce w pamięci. Czy nie prościej zorganizować pchli targ, niż z podobnym w gruncie rzeczy skutkiem budować kolejne muzeum za kilkaset milionów? Jeden z punktów programu Zielonych dotyczy drobnego handlu miejskiego – w którym poczesne miejsce znaleźć powinny właśnie pchle targi.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Komentarze do “Wspólnoty z drugiej ręki

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *