Śmietnik

Sekretne życie śmietnika

Iza Desperak
27 lutego 2012

Najpierw pojawiły się osobne pojemniki na butelki PET. Trzeba było do nich specjalnie chodzić. Chociaż nie kupuję napojów w plastiku (chyba że wodę do pociągu), odwiedzałam je regularnie. W szkołach trwały w tym czasie zajęcia, które miały przekonać nie tylko młodzież, ale i rodziców do idei recyklingu.

Następnie pojawiły się pojemniki do segregacji. Najpierw jeden pojemnik na papier, szkło i plastik. Potem trzy różne pojemniki, plus brązowy na kompost. Więc chodziłam do śmietnika z czterema różnymi torebkami śmieci. Najpierw w jednym sklepie, potem w drugim, pojawiły się domowe pojemniki na śmieci z przegródkami do ich segregacji. No nareszcie, odetchnęłam, robi się prawie jak na Zachodzie w czasach, gdy był dla nas niedościgłym wzorem.

Pewnego dnia coś zaczęło się psuć. Pojemniki na PETy były notorycznie przepełnione, nikt ich nie opróżniał. Mieszkańcy zaczęli wciskać butelki plastikowe do szpar, potem zostawiać w foliówkach obok pojemników. A potem pojemniki zaczęły znikać. Wrzucałam obierki od marchwi do kosza na odpadki organiczne, ale firma wynajęta przez miasto do sprzątania skwerku pod moim balkonem liście wrzucała notorycznie do naszego pojemnika na szkło. Pojemniki na papier i plastik nagle zniknęły z mojego śmietnika. Został pojemnik na szkło z resztką napisu „o”, do którego wszyscy wrzucają wszystko. Rozbestwiona niedawną obfitością pojemników do segregacji, zamawiając szafkę na wymiar do kuchni, przewidziałam miejsce na pojemniki na papier i plastik (odpadki organiczne utylizuję na bieżąco, bo potrafią zaśmierdnąć). Jednak z produktami segregacji biegam po zmroku chyłkiem do śmietnika po drugiej stronie ulicy, ryzykując gniew sąsiadek tropiących podrzucających śmieci.

„Kiedy będziemy mieć znów pojemniki do segregacji?” – zapytałam w administracji. „To nieważne, zaraz będziecie mieć zamykany śmietnik” – usłyszałam. „Kiedy wreszcie ta administracja zbuduje nam porządny zamykany śmietnik?” – pomstuje pani Zosia, która podczas spacerów ze swym jamnikiem patroluje okolicę na tyle skutecznie, że na naszych trawnikach wiatr nie roznosi foliówek.

Nastąpił zmierzch idei recyklingu, zwyciężyła idea zamykanych śmietników. Jak do tego doszło? Po pierwsze wszyscy uparcie lansowali mit, że mieszkańcy nie chcą segregować. Mit szkodliwy i niewiele mający wspólnego z rzeczywistością. Najczęściej recyklingujący mieszkańcy trafiali na przepełnione pojemniki. Śmietniki recyklingowe zasypywały góry śmieci nieposegregowanych, ale niepochodzących bynajmniej od nas. Mit drugi: „obcy nam podrzucają”, jest dość skuteczny. Podobnie jak niemieccy antyfaszyści, tureckie kebaby i wietnamskie budki są dla nas „zagrożeniem” na poziomie narodowym, tak mieszkańcy sąsiedniej posesji stają się takim zagrożeniem na poziomie tzw. wspólnoty mieszkańców.

Obcy, podrzucający nam śmieci hurtowo, to niestety firmy sprzątające na zlecenie miasta.Być może nie zapewniono im odbioru zgrabionych liści. A może pracowników i podwykonawców nie poinformowano, że recykling jest priorytetem? Bo na pewno nie jest. W administracji nikt nie potrafi mnie poinformować, jakie są – i czy są – ekonomiczne korzyści z segregacji. Są plakaty zachęcające do zbiórki plastikowych zakrętek, ale co mam zrobić z butelkami od tych zakrętek, administracja nie wie. Nikt też nie wie dokładnie, dlaczego mamy zbierać zakrętki…

Przez cały ten czas wprowadzania i porzucania idei recyklingu nikt nas, mieszkańców, do niego nie zachęcał i nie informował o ewentualnych korzyściach. Dla zbiorowego sztucznego tworu, jakim jest wspólnota mieszkaniowa, liczy się CENA. O tym, czy mniej czy więcej płacimy za segregację, nikt nic nie wie. Ale wprowadzeniu obowiązku segregacji – a raczej wystawieniu pojemników do segregacji – towarzyszyła podwyżka cen wywózki śmieci. Mieszkańcy nauczyli się od prowadzących zebrania wspólnoty pracowników administracji, że liczy się tylko KOSZT. Poddali się więc lokalnej modzie i uchwalili na ostatnim zebraniu wspólnoty budowę murowanego i zamykanego śmietnika, takiego samego jaki ma wspólnota po drugiej stronie ulicy. Bo nikt nam nie będzie podrzucał śmieci, a za te na zewnątrz śmietnika nie będziemy musieli płacić – tłumaczy nieformalna liderka wspólnoty słabiej zorientowanym mieszkańcom.

Moda na zamknięte śmietniki to miniatura mody na zamknięte osiedla. Niektóre wspólnoty wykupują pas trawnika i chodnika pod blokiem, by się ogrodzić i odgrodzić, nawet za cenę braku dojazdu dla karetki pogotowia. Jak się nie da ogrodzić chodnika – zagrodźmy choć śmietnik, jako wspólnota mamy do tego prawo. Zdaje się, że wspólnota mieszkaniowa w budynku, w którym znajdują się mieszkania komunalne, ma niewielkie pole manewru. Budowa śmietnika ma zastąpić inne decyzje, których nie wolno nam podjąć.

Jednocześnie wszyscy niemal mieszkańcy, wraz z patrolująca osiedle panią Zosią, ślepi stają się na oczywiste fakty, jak segregowanie śmieci przez mieszkańców, podrzucanie śmieci przez miejskie firmy, które bez problemu załatwią sobie klucz do naszego zamykanego śmietnika. I wspólnota, i administracja, ślepe są na fakt obiektywny, łatwy do uchwycenia bez systematycznych obserwacji, że nasza otwarta pergola jest z dużą regularnością odwiedzana przez „nurków”, którzy poddają recyklingowi co najmniej 40% śmieci, w tym te ciężkie, jak meble, lustra i części telewizorów. Nie myślimy też wcale o tym, że ten śmietnik – dość obficie zaopatrywany przez 2 sklepy spożywcze, 2 budynki administracji i dwa bloki, do których wciąż się ktoś wprowadza i wywala badziewie zgromadzone przez poprzednich lokatorów w komórce, że ten śmietnik, do którego trafia dziennie kilkanaście jeśli nie kilkadziesiąt puszek po piwie, na którego obmurowaniu wiesza się foliówki ze starym, ale jeszcze nie spleśniałym chlebem, obok którego na trzepaku wywiesza się przechodzoną ale jeszcze całkiem dobrą odzież – że śmietnik ten jest źródłem cząstki dochodu masy ludzi, a jego zamknięcie pozbawi ich tego żałosnego dochodu.

Jedynym plusem projektu budowy zamkniętych śmietników jest to, że stanowić mogą pewną ochronę przed chłodem dla bezdomnych. Gdy przyjdzie mróz, bezpieczniej im będzie jednak w ogrzewanych piwnicach. O ile ktoś ich tam wpuści. Elementarne poczucie wspólnoty z innymi jest jeszcze rzadsze niż potrzeba segregacji śmieci, współczucie dla kur stłoczonych w klatkach czy duszonych w supermarketach karpi. Młodzi wykształceni ludzie coraz częściej chodzą do sklepu z własną wielorazową siatką, omijają napoje w plastikowych butelkach i bojkotują koszulki wyprodukowane być może w chińskich sweatshopach. Ci sami ludzie, czasem stołujący się w modnej wegetariańskiej sieciówce i robiący „zielone” zakupy wyrzucając resztki niedojedzonej pizzy, zapominają ją jednak posegregować tak, by ewentualne spożycie jej resztek przez śmietnikowego nurka było mniej upokarzające. Można ją przecież postawić na obramowaniu śmietnika, z dala od śmierdzących śmieci. Przynajmniej tak długo, jak mamy otwartą pergolę…

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *