Ruchy miejskie i upiór ze szlacheckiego dworku

Bartłomiej Kozek
24 października 2014

Zjawisko dynamicznego rozwoju ruchów miejskich, obserwowane w ostatnich latach, stało się wdzięcznym obiektem badań. Czy tezy, które parę lat temu w publikacji Instytutu Obywatelskiego „Nowi mieszczanie w nowej Polsce” zawarł Paweł Kubicki, wytrzymują próbę czasu?

Zbliżające się wybory samorządowe mogą okazać się dla nich niezłym testem. Jeśli wierzyć Kubickiemu, po wiekach traktowania miasta przez polską kulturę jako ciała obcego, niekompatybilnego ze szlacheckim dworkiem oraz chłopską chatą, w których myśli się – odpowiednio – w kategoriach ojczyzny oraz rodziny, dziś mamy mieć do czynienia z odkrywaniem przez tytułowych nowych mieszczan kultury oraz historii miejscowości, w których przyszło im żyć.

Płynne tożsamości

Kubicki pod lupę bierze wywiady, przeprowadzone z mieszkankami i mieszkańcami Wrocławia, Szczecina i Krakowa w latach 2008-2010, a więc na progu dziś obserwowanej „miejskiej rewolucji”. Po ich lekturze staje się jasne, jakie są warunki zaistnienia tej nowej grupy społecznej – to m.in. poczucie dumy z miasta, dostrzeganie jego rozwoju czy możliwości korzystania z uroków życia w nim. Ważną rolę odgrywa również możliwość „podpięcia się” pod złożoną tożsamość miasta, czego praktycznym przejawem jest zrozumienie i utożsamienie się z jego historią. Historią rozumianą inaczej niż dominujący, martyrologiczny dyskurs – historią miasta i społeczności, która zamieszkiwała go przez wieki.

Nowi mieszczanieCo to oznacza w praktyce? Gdzie ma wedle tej tezy przebiegać granica między miastem rozwijającym się a pogrążonym w marazmie?

Skrajnymi przypadkami są w publikacji Kubickiego Wrocław, silnie odwołujący się do wielokulturowej przeszłości miasta, oraz Szczecin, którego mieszkanki i mieszkanki mają nadal zmagać się z poczuciem tymczasowości i wykorzenienia. W efekcie stolica Dolnego Śląska ma cieszyć się metropolitalnym charakterem, umacnianym kolejnymi wspólnotowymi doświadczeniami (tak różnymi, jak powódź 1997 r. i udany start w wyścigu o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury), podczas gdy Szczecin – zmagać się z brakiem ważnych dla miejskiej kultury kawiarni oraz niewielkim zainteresowaniem życiem kulturalnym miasta.

Atrakcyjność miasta ma również zależeć od jego – jak najbardziej współczesnej – otwartości. Wrocław miałby się tu wyróżniać na tle Krakowa, w którym „podpinanie się” do miasta ma być utrudnione ze względu na ciężar historycznych skojarzeń, czyniących z niego niemal „narodowe sanktuarium”. To oraz istniejąca w mieście sieć skojarzeń i kodów kulturowych – często nieczytelna dla osób z zewnątrz – sprawia, że zdaniem Kubickiego inicjatywy społeczne i tożsamościowe mają w tym mieście wymiar jeszcze bardziej lokalny: dzielnicowy.

Od klasy średniej do prekariatu?

Wydaje się jednak, że do tej dość sielankowej wizji, w której w zasadzie dla odniesienia przez dane miasto sukcesu wystarczyłoby zaaplikowane koktajlu proponowanego przez Richarda Floridę – wspierania talentów, innowacji oraz technologii, przefiltrowanego przez wzmacnianie miejskiej tożsamości na bazie lokalnej historii – należałoby dodać drugą, nieco mniej sielankową nogę.

To prawda, że miejski styl życia – bardziej postmaterialny, skupiony na jakości życia, otwarty na aktywność obywatelską zamiast zamykania się w obrębie czterech ścian własnego, wziętego na kredyt mieszkania – staje się coraz bardziej atrakcyjny.

Dla wcale niemałych grup nie jest on jednak równoznaczny ze stabilnością życiową, odpowiednio wysokimi zarobkami czy stabilnością zatrudnienia. Choć poziom bezrobocia jak na razie spada, to nadal pozostaje on znacznie wyższy w grupie osób młodych. Co więcej, nadal rozprzestrzenia się zatrudnienie w formie pozakodeksowej – na zlecenie lub dzieło. W takich warunkach „miejski styl życia” opiera się w najlepszym wypadku oparty na chwiejnych podstawach, a czasem pozostaje jedynie w sferze marzeń.

Dodajmy do tego obrazu fakt, że polska sieć miejska nie składa się li tylko z wielkich metropolii, a nawet samych miast wojewódzkich, a to poza nimi skala opisywanych przed chwilą negatywnych zjawisk, będących drugą stroną opisywanego przez Kubickiego przejścia do postfordowskiego, bardziej usługowego modelu gospodarki, jest największa.

Skupiając się na pozytywnych przykładach średnich i mniejszych miejscowości, jak Rzeszów czy Stalowa Wola, zapomina o tym, że w oczach wielu miejskich włodarzy nowoczesne miasto polega na zrewitalizowaniu lokalnego rynku poprzez obdarzenie go większą ilością betonu. Dla jeszcze innych ośrodków nawet stawianie na turystykę i podkreślanie lokalnej tożsamości nie wystarcza w sytuacji, kiedy nie są w stanie zaoferować młodym ludziom godnego, odpowiadającego ich wykształceniu oraz ambicjom zatrudnienia, które zapobiegnie drenażowi mózgów.

Dwie twarze miasta?

Inicjatywy w rodzaju oddolnych działań kulturalnych czy udziału w lokalnym budżecie są jak najbardziej godne pochwały. Powinniśmy sobie jednak zadać pytanie o to, w jaki sposób możemy zapewnić możliwie jak najszerszy udział społeczności miasta (czy wręcz szerzej – aglomeracji/regionu) w jego sukcesach. Nie jest bowiem tak, że jedynym, czym ryzykujemy, stawiając na tę czy inną wizję „ściekania bogactwa w dół”, jest marazm tego czy innego miasta.

Bunt osób, którym nie dane było skorzystać ze snu o „wolności miejskiego powietrza” nie musi polegać na apatii. Ich oburzenie z powodu złamanej obietnicy może – co już zresztą widzimy – być skanalizowane a to przez religijny fundamentalizm, a to przez równie radykalny konserwatywny libertarianizm. Korwin-Mikke może stać się drugą stroną medalu, na którym dziś widzimy przede wszystkim ruchy miejskie.

W tej wizji „stateczni mieszczanie” realizują swoją wolność, lobbując za interesującymi ich projektami w ramach budżetu partycypacyjnego, a ci, którzy poczuli się oszukani niezrealizowaną obietnicą, zwrócą się ku innym snom o wolności – a to wolności od wszelakich innych (gejów, feministek, imigrantów etc.), a to wolności od niesprawnych, niegwarantujących im podmiotowości instytucji publicznych. Kontrofensywa putnamowskiego „kapitału wiążącego”, stawiającego głównie na tradycyjnie pojmowaną rodzinę, może zepchnąć tworzący nowoczesne społeczeństwo „kapitał pomostowy” do narożnika.

Skorzystać z szansy

Jeśli scenariusz ten nie wydaje nam się atrakcyjny (a dla osób o szeroko pojętych poglądach progresywnych atrakcyjny być nie powinien), musimy pomyśleć, w jaki sposób możemy (współ)tworzyć włączające, troskliwe miasto, radzące sobie z takimi negatywnymi zjawiskami, jak gettoizacja biedy czy spychanie lokalnej gospodarki na margines przez korporacyjną globalizację. Stawką są nie tylko wyniki tych czy innych komitetów w jesiennych wyborach samorządowych, ale też to, czy rodzący się w bólach duch nowego polskiego mieszczaństwa nie zostanie (szczególnie poza większymi ośrodkami miejskimi) zduszony przez upiora ze szlacheckiego dworku.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *