Przemysł wraca do miast

Krzysztof Nawratek
2 kwietnia 2014

Miejska reindustrializacja może być projektem postępowym i emancypacyjnym – ale wcale nie musi. Wybór zależy od nas.

W styczniu 2012 r. na portalu Instytutu Obywatelskiego opublikowałem tekst Przeciw fantazji cappuccino city. Argumentowałem w nim, że miasto oparte na usługach, miasto post-przemysłowej klasy średniej to fikcja, co boleśnie uświadomił nam kryzys, który rozpoczął się w 2008 r. Argumentowałem, że miastem przyszłości powinno być „Miasto Przemysłowe 2.0”, oparte na idei podmiotowości mieszkańców, umożliwienia im re-produkcji (biologicznej i społecznej), jak i lokalnej akumulacji kapitału. Łączy się to również z zawieszeniem hegemonii logiki krótkoterminowego zysku, konsumpcji na kredyt i prywatyzacji wszystkiego, co tylko możliwe.

Reindustrializacja miasta nie jest więc prostym powrotem fabryk do miast, lecz zakłada odtworzenie zerwanych więzi pomiędzy pracą a życiem, pomiędzy produkcją a lokalną akumulacją, pomiędzy pracodawcą a pracobiorcą, pomiędzy miastem a jego (również rolniczym) otoczeniem, wreszcie: pomiędzy administracją a mieszkańcami. Miasto Przemysłowe 2.0 jest więc projektem w równym stopniu przestrzennym i ekonomicznym, jak i politycznym i społecznym.

Nad wizją takiego miasta od kilku lat pracujemy ze studentami programu studiów magisterskich z architektury na Uniwersytecie w Plymouth. Idea miejskiej reindustrializacji pojawiła się w pewnym sensie organicznie, gdy w 2009 r. zostaliśmy zaproszeni do Rygi, by przyjrzeć się półwyspowi Andrejsala, dla którego master plan przygotował głośny holenderski architekt Rem Koolhaas, a który to plan w kontekście właśnie rozpoczętego kryzysu finansowego okazał się zupełnie bezużyteczny. Plan Koolhaasa zakładał wybudowanie luksusowych mieszkań dla 30 tysięcy mieszkańców (Ryga w tym czasie traciła 10 tysięcy mieszkańców rocznie), uzupełnionych muzeum sztuki nowoczesnej. Za takim projektem stała wizja klasy średniej, która magicznie się w mieście pojawia, nie do końca wiadomo, z czego żyje, ale wiadomo, że ma pieniądze na luksusowe mieszkania, pieniądze i czas na drogie restaurację i kulturę.

Miasto jest skomplikowanym systemem. Projekty takie jak master plan OMA dla Andrejsali są wyspami, które ten fakt ignorują. Nie mamy więc tu do czynienia z przeciwieństwem między miastem produkcji a miastem konsumpcji, lecz z pytaniem, jak współczesne miasto powinno funkcjonować, by wzajemne zależności działających w nim systemów wzmacniać.

Miasto Przemysłowe 2.0 jest próbą odpowiedzi na to pytanie, odpowiedzią, która w pewien sposób jest negatywem modernistycznego miasta przemysłowego (czyli „Miasta Premysłowego 1.0”). Jeśli modernizm starał się – z przyczyn zarówno logistycznych, jak i z uwagi na troskę o zdrowie mieszkańców – oddzielać różne funkcje od siebie (przede wszystkim przemysł od terenów mieszkaniowych), współczesne miasto przemysłowe opierać się musi na idei koegzystencji i synergii.

Projekt Jonathana Pickforda dla Rygi był taką próbą. Zakładał on utworzenie przez państwo think tanku przemysłowego, związanego z zakładem obróbki i przetwórstwa drewna, działającym jako katalizator dalszego rozwoju. Projekt z jednej strony zakładał wykorzystanie jedynego bogactwa naturalnego Łotwy – drewna, z drugiej wpisywał się w tradycję budownictwa drewnianego oraz współczesnych – głównie rozwijanych w Skandynawii – rozwiązań dotyczących projektowania przemysłowego wykorzystujących ten materiał.

Projekty które powstawały potem dla Gdańska, Zielonej Góry, Warszawy czy Cieszyna, opierają się na podobnym poszukiwaniu synergii pomiędzy różnymi miejskimi procesami oraz na idei miasta inkluzywnego, miasta dla wszystkich jego mieszkańców. Czy jednak miejska reindustrializacja może się powieść? Urbanista Jeffrey T. Kruth pokazuje na przykładzie „Health-Tech Corridor” rozwijającego się w Cleveland, że reindustrializacja jest możliwa tylko wtedy, gdy wysokość przychodów uzyskiwanych przez miasto z podatku dochodowego oraz od przedsiębiorstw jest (znacznie) wyższa niż z podatku od nieruchomości. Tam, gdzie miasta się kurczą, gdzie neoliberalizm, którego głównym motorem napędowym jest spekulacja (czy to finansowa czy nieruchomościami), pozostawia po sobie zbankrutowane przedsiębiorstwa, pustostany czy po prostu nieużytki, pojawia się możliwość wykorzystania przestrzeni w bardziej produktywny, wolny od spekulacji, sposób.

Nie dzieje się to oczywiście samo przez się. Niezbędna jest wola polityczna, by wyłączyć (przynajmniej na chwilę) jakiś fragment gospodarki z neoliberalnej logiki natychmiastowego zysku za wszelką cenę. Sercem „Health-Tech Corridor” jest Cleveland Clinic, która podobnie jak Uniwersytet i kilka innych instytucji działa jako organizacja „non-profit”, co umożliwia znaczne ulgi (zwolnienia) z podatków od zajmowanych gruntów.

Cleveland nie jest jednak jedynie przykładem na odnoszący sukcesy klaster przemysłowy związany z nauką. Bardzo ważnym graczem jest tam bowiem Evergreen Cooperative, przedsiębiorstwo spółdzielcze, właściciel między innymi Green City Grower, największej w USA farmy hydroponicznej (hydroponika – uprawa roślin w kulturze wodnej, bez ziemi – przyp. red.). Evergreen Cooperative stosuje zasadę limitowanej rozpiętości w zarobkach swoich pracowników (które nie powinny przekraczać 1 do 3) i mimo tego, że jest oczywiście przedsiębiorstwem nastawionym na zysk, to jego cele wykraczają poza zysk mierzony wielkością budżetu, jest to raczej próba wypracowanie nowej formuły gospodarczej dla lokalnej wspólnoty. Co ciekawe, Evergreen nie jest bynajmniej modelem oddolnej mobilizacji, lecz raczej projektem zmiany, w którym podstawową rolę odgrywają najważniejsze lokalne instytucje i przedsiębiorstwa.

Przykład reindustrializacji w Cleveland jest ważny, pokazuje bowiem dwa kluczowe aspekty współczesnej reindustrializacji. Po pierwsze jest ona możliwa tam, gdzie miasta się kurczą, a kapitalizm nie jest zdolny spekulować gruntem i nieruchomościami; (a więc tak – neoliberalizm NIE jest modelem o najwyższej efektywności!). Po drugie, współczesna reindustrializacja jest ściśle związana z postępową, społeczną ekonomią, taką która stara się brać pod uwagę społeczne i ekologiczne koszty działalności.

Taka ekonomia wymaga przebudowy również społecznego kontekstu, w jakim działa. Z jednej strony sama musi szukać związków i akceptacji lokalnej społeczności, z drugiej musi na tę akceptację zasłużyć – zaspokajając tejże społeczności materialne potrzeby i udowadniając wysoki poziom etyczny.

Elementem takiej wysokiej etyczności przemysłu może być również – analizowana i propagowana przez Karla Bakera – swego rodzaju transparentność przemysłu. Baker analizuje zakłady przemysłowe, które pozwalają „zajrzeć do środka”, co z jednej strony wzmacnia pozycję pracowników, których owo „publiczne oko” może chronić przed wyzyskiem, z drugiej zaś przyzwyczaja społeczeństwo do produkcji przemysłowej, tworzy z niej spektakl, przywracając godność pracy oraz atrakcyjność, „widowiskowość” technologii.

Karl Baker zwraca więc uwagę na emancypacyjną rolę tego, co widoczne. Lokowanie przemysłu nie na peryferiach, lecz w śródmieściach miast pełni z jednej strony rolę edukacyjną, uzmysławiając mieszkańcom rolę ludzkiej pracy, technologii, gospodarki odpadami, z drugiej może pełnić funcję kontrolną – może zapobiegać niesprawiedliwemu traktowaniu pracowników czy nielegalnej utylizacji odpadów oraz odbudowywać „ludzki” wymiar relacji producent – konsument.

Miejska reindustrializacja oczywiście nie musi być postępowym, emancypacyjnym i inkluzywnym projektem politycznym, może łączyć się z wyzyskiem – czego najlepszym dowodem są Specjalne Strefy Ekonomiczne. Wybór modelu zależy do polityków. Wybór należy do nas.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Komentarze do “Przemysł wraca do miast

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *