Prawo do miasta

Wojciech Kłosowski
5 grudnia 2010

Od co najmniej dziesięciu lat na świecie trwa gorąca debata na temat generalnej zmiany sposobu urządzania naszych miast. Zwrócenie się ku modelowi miasta obywatelskiego, w którym to mieszkańcy kształtują miejskie polityki, jest określane hasłem: „Prawo do miasta”.
W marcu 2010 roku w Rio de Janeiro zakończyło się piąte Światowe Forum Miejskie, którego tematem przewodnim było właśnie Prawo do miasta. Manuel Castells i inni socjologowie miasta mówią dziś jednym głosem z działaczami ruchów miejskich: amerykański model  urbanizacji zaprowadził nas w ślepą uliczkę i aby uniknąć katastrofy, trzeba się z niego czym prędzej wycofać. Tymczasem w Polsce, jak zauważa socjolog Kacper Pobłocki, „przyjęto wzór amerykański, m.in. promując transport samochodowy, budowanie ogromnych centrów handlowych lub grodzonych osiedli, jako antidotum na betonowe dziedzictwo PRL-u. Tymczasem […] amerykański model urbanizacji nie tylko okazał się nieadekwatny do ludzkich potrzeb, ale i ekonomicznie niewydajny”. To bardzo ważne stwierdzenie: o ile problemy społeczne miast są znane, o tyle ich nieefektywność ekonomiczną trzeba dopiero nagłaśniać.
Jakie konkretne treści kryją się pod hasłem „Prawo do miasta”? Nie chodzi tylko o upowszechnienie dostępu do mieszkań, zadbanie o środowisko czy przeorganizowanie dojazdów, nie chodzi w ogóle o naprawę modelu amerykańskiego. „Chodzi o to – pisze Pobłocki –  aby przebudową miasta pokierować mądrze, tworząc miasto nie tylko dla zysku, ale i dla mieszkańców”.  A więc jednak – miejska rewolucja!

Marsz Równości, Poznań Dwa ważne zjawiska wspierają dziś tę miejską rewolucję. Pierwsze z nich to światowa fala miejskich ruchów obywatelskich: socjalnych, ekologicznych, artystycznych, feministycznych, kulturowych. Te ruchy wymuszają na władzach miast dialog. To nie są już bezwolne tłumy zwoływane na tak zwane „konsultacje społeczne” – tę pseudo-partycypacyjną farsę. To już są grupy mieszkańców świadome swoich interesów, jasno formułujące stanowiska i zdeterminowane, by konsekwentnie pilnować ich respektowania.

Drugim zjawiskiem wychodzącym na przeciw oddolnej miejskiej rewolucji jest fundamentalna zmiana koncepcyjna zarządzania miastami (i w ogóle – zarządzania publicznego). Do końca lat 70-tych XX wieku weberowska biurokracja wydawała się nowoczesnym i sprawnym sposobem zarządzania miastami. Kiedy okazało się, że miasta zarządzanie przez coraz liczniejsze armie urzędników funkcjonują coraz gorzej, zaczęto gorączkowo szukać lekarstwa. Zmianą na lepsze wydawała się wprowadzona w latach 80-tych, najpierw w USA, a potem także w Europie – koncepcja New Public Management – „biznesowego” zarządzania miastami na wzór firm, z nastawieniem na opłacalność i wydajność. Ale miasto to nie firma. Nie chodzi w nim o wydajność i zysk, ale o szanse indywidualnego rozwoju ludzi. Po dwudziestu latach koncepcja  New Public Magnagement upadła. Ostatnie lata przynoszą nową koncepcję zarządzania publicznego, nazywaną Good Governance. To zarządzanie nastawione na uczestnictwo mieszkańców w decyzjach, respektowanie praw każdego, równość szans, przejrzystość procedur decyzyjnych, debatę obywatelską nad ważnymi sprawami i oddolne kształtowanie istotnych polityk miejskich. Właśnie takiego zarządzania miastami domagają się nowe ruchy miejskie: mamy wszak PRAWO DO MIASTA!

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *