Państwo a dobra wspólne

Michel Bauwens , John Clarke , Danijela Dolenec , Vedran Horvat , Tomislav Tomašević , Hilary Wainwright
18 stycznia 2017

Wywiad z Danijelą Dolenec, Hilarym Wainwrightem, Tomislavem Tomaševiciem, Michelem Bauwensem i Johnem Clarkem przeprowadzony przez Vedrana Horvata.

“Punkty zwrotne” (Tipping Points) – tak brzmiał tytuł organizowanej przez Instytut Ekologii Politycznej Zielonej Akademii w roku 2016.

Zgromadziła ona naukowców, polityków, aktywistów i ekspertów o różnorodnych specjalizacjach, dyskutujących na temat dóbr wspólnych, post-wzrostu, sprawiedliwości klimatycznej oraz ich wzajemnych powiązań.

Podczas tego wydarzenia grupa panelistów postanowiła się spotkać na dyskusję o dobrach wspólnych jako odpowiedzi na aktualną sytuację polityczną, porażki państwa i rynku oraz ich potencjale zmiany układu sił i samej polityki.

Vedran Horvat: O czym właściwie mówimy, dyskutując dziś o dobrach wspólnych oraz państwie?

Michel Bauwens: Myślę, że w historii Europy daje się zauważyć dwie konkurencyjne wizje państwa. Jedną z nich jest społeczeństwo państwocentryczne ze wschodu Europy, w którym państwo jest siłą przewodnią we wszystkich dziedzinach życia.

Inny model, który zdominował kontynent, to państwo rynkowe, tworzące warunki rozwoju neoliberalnego rynku oraz sektora prywatnego.

W kontrze do tych dwóch opcji możemy postawić koncepcję państwa w służbie dóbr wspólnych, w którym są one środkiem tworzenia wartości dla obywateli. Byłoby to państwo obywatelocentryczne, pomocne, włączające i wzmacniające nas. Państwo służące swoim obywatelom i tak też widzące swą rolę.

John Clarke: Pytanie o państwo i dobro wspólne wymaga zadania innego. Czy jest możliwe uratowanie wizji państwa jako wspólnej sprawy, wspólnego dobra oraz interesu publicznego? Był to zawsze bardzo silny zestaw wizji tego, czym państwo jest.

Realne doświadczenie przeżywania państwa jest bardziej zniuansowane i nie takie różowe – potrafią bywać dyscyplinujące, ograniczające oraz dbające o to, by ludzie zachowywali się „odpowiednio”.

Relacja między nimi a obywatelami tkwi zatem w napięciu między pragnieniami a szarą rzeczywistością.

Dobra wspólne odradzają się dziś wraz z pytaniem o to, czy możemy ocalić wizję, fantazję sprawnego robienia rzeczy wspólnie – i czy dobra wspólne mogą być narzędziem jej urzeczywistnienia?

Danijela Dolenec: Relację między dobrami wspólnymi a państwem widzę poprzez pryzmat tego, jak patrzą się na nią rozmaite ruchy społeczne – w jaki sposób je używają oraz jaki jest ich potencjał.

Dostrzegam tu co najmniej dwa istotne elementy: pierwszy dotyczy kwestii własności, bowiem na bardzo podstawowym poziomie dyskurs i wyobraźnia skoncentrowane na dobrach wspólnych pomagają w oporze przeciwko utowarowieniu oraz prywatyzacji, dokonywanej dziś przez neoliberalne państwo.

Ważniejsze jest jednak to, co wiemy z teorii dóbr wspólnych – chodzi nie aż tak bardzo o to kto co posiada, ale o systemy zarządzania. Kluczowe staje się zatem domaganie się prawa do udziału w podejmowaniu decyzji oraz obranie kursu na bardziej uczestniczące, inkluzywne systemy zarządzania.

Hilary Wainwright: Myślę, że kluczowym elementem obecnego system politycznego jest rozwój ruchów utożsamianych często z nowymi partiami politycznymi lub – w wypadku Wielkiej Brytanii – pojawiającymi się tak wewnątrz, jak i poza dotychczasową Partią Pracy.

Ruchom tym chodzi nie tylko o protesty i demonstracje – odzwierciedlają poczucie oderwania obywateli od procesów politycznych, w tym partii oraz państwa. Są przejawem trwającego od roku 1968 procesu, w którym obywatele przywracają sobie rolę produktywnych, dysponujących wiedzą graczy.

Logika tworzenia alternatyw oraz odmowy udziału w dotychczasowych relacjach oparta na wierze, że sprawy mogą mieć się inaczej, widoczna jest dziś w ruchu ekologicznym, spółdzielniach energetycznych, ogrodnictwie społecznościowym czy alternatywnych systemach opieki.

Dobra wspólne odzwierciedlają ideę samoorganizacji oraz tworzenia materialnej siły, która będzie autonomiczna wobec dotychczasowej sfery politycznej. To tu właśnie wchodzi do gry element partycypacyjny, oparty na wizji ludzi jako świadomych obywateli. Dziś nie odnajdują się oni w sposobie, jaki traktuje ich państwo – jako trybiki czy pozycje statystyczne.

Tomislav Tomašević: Dobra wspólne są ważne jako nowa opowieść, która przekracza podział na państwo i rynek jako jedyne instytucje wspólnotowego działania oraz współdzielonego bogactwa. Obie znajdują się dziś w kryzysie. Widzimy rosnącą erozję zaufania do nich.

Dobra wspólne pokazują, że możliwe jest wspólnotowe działanie, które nie jest oparte ani na wymianie rynkowej, ani na dyscyplinujących, hierarchicznych, paternalistycznych działaniach realizowanych przez państwo. Pozostając poza sferą państwa stają się autonomiczną przeciwwładzą, pozwalającą na ponowne odkrycie kolektywnych sposobów zarządzania zasobami.

Są one swego rodzaju odkryciem na nowo potencjału współ-rządzenia – albo samo-rządzenia – obywateli. Ma ono szansę zostać rozciągnięte na państwo poprzez praktyki wspólnego zarządzania realizowanego przez ludzi, którzy przestają działać niczym klienci czy słudzy państwa dobrobytu, zaczynają zaś jako jego współtwórcy lub partnerzy.

Czy państwo oraz dobra wspólne mogą współdziałać? Czy dobra wspólne mają transformacyjny wpływ na państwo rozumiane jako system zarządzania?

Tomislav Tomašević: Na poziomie koncepcji łatwo jest dokonać kategoryzacji i stwierdzić, że istnieją trzy, zupełnie od siebie oddzielone sektory – dobra wspólne, państwo oraz rynek.

Rzeczywistość jest oczywiście bardziej skomplikowana. Relacja między państwem a dobrami wspólnymi zależeć będzie od tego, kto dysponuje władzą państwową. Jeśli układ władzy politycznej jest korzystny, wówczas państwo może zostać użyte do ochrony i wspierania dóbr wspólnych poprzez narzędzi redystrybucji.

Dobra wspólne nie mogą funkcjonować, kiedy relacje z państwem nie mają charakteru uczciwej współpracy między równymi sobie uczestnikami.

Redystrybucja umożliwia praktykę dóbr wspólnych. Uważam, że tam, gdzie daje się je wdrożyć mogą prowadzić do pewnych zmian w państwie i jego praktykach.

Michel Bauwens: Dobra wspólne są odpowiedzią na niepowodzenia rynku oraz państwa – na systemowy kryzys, w którym oparty na intensywnym wydobywaniu surowców system ekonomiczny zagraża planecie. Jest nowym uporządkowaniem wartości – nie jest to zresztą pierwszy raz kiedy mamy z nim do czynienia.

Europa między V a X wiekiem była kontynentem gospodarki łupieżczej, w której plemiona koczownicze próbowały podbić cudze terytoria. W XI wieku obserwujemy narodziny wolnych miast, gildii oraz dóbr wspólnych jako nowego ustroju tworzenia wartości. Uważam, że z podobnym procesem mamy do czynienia obecnie.

Nowy ustrój potrzebuje szeregu usług oraz umożliwiających go mechanizmów, które może zapewnić tylko instytucja taka jak państwo. Nie chodzi tu tylko o poprawę stanu państwa – bardziej o tryumf nowego system wartości oraz reprezentujących go sił. Mamy dziś do czynienia ze sporem o wizję państwa.

Danijela Dolenec: Daje się zauważyć pewne szczególne napięcie między dobrami wspólnymi a państwem. W dyskusjach o tych pierwszych często pojawia się ich wyobrażenie jako trzeciej możliwości poza państwem i rynkiem.

To jednak bardzo pozbawiona konfliktów, przypominająca Tocqueville’a koncepcja – tak jakby dobra wspólne miały się rozwijać same z siebie a kapitalizm w tym samym czasie zanikać. Tak się jednak sprawy nie mają, bowiem w społeczeństwach dochodzi do konfliktów o sposoby funkcjonowania różnych instytucji spowodowane odmiennymi interesami.

Uważam zatem dobra wspólne za bardziej politycznie pożyteczne wtedy, gdy w trakcie sporów o państwo stanowią pomysł na jego zreformowanie, nie zaś gdy myślimy o nich w kategorii odrębnej sfery życia, która zacznie sama z siebie wzrastać stając się potężniejsza od państwa.

Danijela, uważasz że spory o dobra wspólne toczą się już dziś? Czy stanowią one wyzwanie dla państwa?

Danijela Dolenec: Jak najbardziej. Przynajmniej część współczesnych ruchów społecznych umieściłabym w kontekście walk o dobra wspólne. Nawet jeśli stosują czasem stare słownictwo związane z „publicznym” to to, co politycznie wyrażają jest innymi modelem niż państwo kontra społeczeństwo rynkowe.

Hilary Wainwright: To niezwykle ważne, by patrzeć się na dobra wspólne jako inny typ władzy niż ta należąca do państwa. Tradycyjnie jego władza oparta jest na dominacji. Istnieje też siła zdolności do transformacji, podkreślająca autonomię i kreatywność ruchów oddolnych. To jednak siła potencjalna, jeszcze nieurzeczywistniona.

Rolą lewicy czy organizacji takich jak działający w Chorwacji Instytut Ekologii Politycznej jest dbanie o ten potencjał i rozbudowywanie go. Alternatywne ruchy i partie nigdy nie wygrają tylko poprzez politykę wyborczą czy jakieś powstanie. Musi istnieć więź między nimi a rodzącym się paradygmatem, trochę w duchu wspomnianego przez Michela nowego ładu wartości.

Danijela Dolenec: Idea dóbr wspólnych wnosi na lewicę skupienie się na kwestii trwałości (sustainability).

W trakcie Zielonej Akademii rozmawialiśmy o lewicy w Boliwii, mającej tradycyjny, redystrybucyjny charakter, jej sukcesach i porażkach wynikających z trzymania się produktywistycznego paradygmatu, opartego na niepohamowanym wydobywaniu zasobów.

Spojrzenie oparte na dobrach wspólnych w polityce wymusza odejście od produktywizmu i przyjęcie egalitarnego – a nie tylko redystrybucyjnego – spojrzenia.

Globalizacja jest przez wielu widziana jako coś służącego neoliberalnej ekspansji ekonomicznej, którego to procesu Europa ma być elementem. Czy dobra wspólne mogą pomóc w zmianie lub budowie alternatywy dla tego podejścia wewnątrz instytucji oraz państw członkowskich Unii Europejskiej?

John Clarke: Żyjemy w czasie istotnej klęski. Jej kluczowym elementem jest porażka państwa w służeniu planecie i jej mieszkańcom. To dla dóbr wspólnych zarówno okazja, jak i zagrożenie. Państwa nieustannie poszukują innowacji dla lepszego, tańszego i szybszego wykonywania obowiązków, które powinny i w których nie udaje im się wypełniać.

Spora część sektora, który nazywamy usługami publicznymi jest dziś otwarta nie tylko na komercyjny wyzysk, ale również samoorganizację społeczną. Wszystkie porażki państwa prowadzą do rosnącego poczucia desperacji, ale stanowią również szansę na to, że staną się one punktem wyjścia do tworzenia czegoś nowego.

Michel Bauwens: Gramsci mawiał, że kryzys ma miejsce dokładnie w momencie, w którym umiera stare, a nowe jeszcze nie może się urodzić – to w tym właśnie czasie interregnum mamy do czynienia z olbrzymią różnorodnością oznak uwiądu starego porządku.

Jeśli spojrzymy na dzisiejszy wzrost znaczenia skrajnej prawicy to widać, że jesteśmy w tym samym momencie co w latach 30. XX wieku.

Jeśli cofniemy się do wieku XVI widzimy świat, w którym nie mamy jeszcze do czynienia z państwami narodowymi. Istniała Liga Hanzeatycka, wolne miasta na północy Włoch – widać, że nie było wówczas jeszcze dominującej formy państwowości. Uważam, że jesteśmy dziś w podobnym okresie. Musimy obserwować wszelkie, istniejące na poziomie zalążkowym formy bez wiedzy na temat tego, które z tych zalążków mogą stać się odpowiedzią na nasze bolączki.

Hilary Wainwright: Jeśli spojrzymy na klarującą się od dołu sytuację zobaczymy, że całkiem skuteczną walką wykraczającą poza granice państwowe jest ta przeciwko prywatyzacji wody w Europie. Jej fundamentem było przekonanie, że istnieje alternatywna forma zarządzania jej zasobami, która odpowie na wyzwania związane np. z korupcją, brakiem efektywności czy złą jakością wody.

Przekonanie, że zarządzanie nią może zostać usprawnione dzięki jego demokratyzacji – nawet, gdy sam zasób pozostanie w publicznych rękach – było kluczowym elementem tworzenia pewnego siebie ruchu ponadnarodowego. Opracował on nawet mającą wpływ na myślenie na szczeblu europejskim koncepcję zmiany konstytucyjnej na rzecz uznania wody za dobro wspólne. Nie jest to fakt pozbawiony znaczenia.

Danijela Dolenec: Rozkład dotychczasowego układu politycznego przejawiający się we wzroście sił skrajnej prawicy to jeden ze sposobów mówienia o porażce lewicy. Dyskurs dóbr wspólnych może pomóc w promowaniu lewicowej polityki XXI wieku.

W swej pracy korzystam z koncepcji „socjalistycznej rządomyslności” Michela Foucaulta w celu przesunięcia punktu ciężkości na wymyślanie nowego sensu państwa oraz projektu wspólnotowego, ale również nowego sposobu rządzenia, na którym mogłyby się opierać.

Zdolność do podtrzymania ich materialnych fundamentów oraz szeroka koncepcja równości brzmią na coś łatwego, lekkiego i przyjemnego, ale ich przełożenie na zasady rządomyślności staje się dla lewicy kluczowe.

Czy obserwujemy dziś w Europie polityczne wzmożenie na rzecz dóbr wspólnych w Europie? Gdzie najlepiej wykorzystuje się ich potencjał? Jaka jest ich relacja do władzy?

Michel Bauwens: Myślę że są one dziś najbardziej zauważalne na szczeblu miejskim. Popatrzmy się na doświadczenia Barcelony, koreańskiego Seulu, brytyjskiego Frome czy francuskiego Grenoble, na eksperymenty w rodzaju Co-Bolonia, Co-Mantova, Co-Palermo, Co-Bataglia.

To przykłady policentrycznego systemu zarządzania, w którym procesy decyzyjne realizowane są na bardzo lokalnym szczeblu. Ośmiela to grupy obywatelek i obywateli do przedstawiania swoich propozycji. Uważam to za bardzo radykalny, a zarazem wyjątkowo pragmatyczny model.

Procesy decyzyjne otwiera się dla inicjatyw obywatelskich, a miasto staje się narzędziem realizacji ich postulatów.

Same miasta współpracują ze sobą na nowym, ponadlokalnym szczeblu miejskim z którym jeszcze do niedawna nie mieliśmy do czynienia. 40 miast z całego świata porozumiało się chociażby w celu uregulowania Ubera. Uważam, że warto byłoby poświęcić nieco czasu na zbadanie tego typu inicjatyw. Również na poziomie walki ze zmianami klimatu porozumienia miast idą dużo dalej niż działania, realizowane na poziomie państwowym.

Jeszcze innym poziomem jest ten, który określam mianem „neo-plemion” – zatrudnionych głównie w sektorze produkcji wiedzy pracownic i pracowników, podróżujących po całym świecie, pracujących z najróżniejszych miejsc, tworzących infrastrukturę współpracy międzynarodowej taką jak co-working czy fab-laby.

Za jakieś 10-15 lat będziemy mieć do czynienia z bardzo różnymi typami struktur ponadnarodowych – niczym średniowieczne gildie. Już dziś widzimy olbrzymią ilość inicjatyw ogrodnictwa miejskiego, walut alternatywnych, rolnictwa wspieranego przez społeczność… Ci ludzie już działają, nie sądzę jednak, by byli dostatecznie zmobilizowani na rzecz działania politycznego.

Tomislav Tomašević: Mnóstwo inicjatyw na rzecz współpracy oraz partycypacji ma miejsce na szczeblu lokalnym – państwo narodowe nie jest wyposażone w narzędzia, umożliwiające wspieranie tego typu systemu zarządzania obywatelskiego.

Europejski szczebel ponadnarodowy jest jeszcze bardziej pozbawiony zdolności do działania, a także mniej odpowiedzialny przed opinią publiczną, na co wpływ ma jego skala oraz rządząca nim tyrania ekspertów.

Osobiście nie widzę jednak innej drogi niż podjęcie próby zmiany zastanych systemów zarządzania – w szczególności państwa. Bez politycznej walki o zmianę praktyki jego działania nie sądzę, by miało nam się udać wzmocnić dobra wspólne i inne alternatywy.

Danijela Dolenec: Współczesne ruchy społeczne opierają się po części na dyskursie dóbr wspólnych, wyzwaniem pozostaje jednak jego wyartykułowanie w formie postulatów politycznych.

W przypadku Grecji Syriza skupiała się bardziej na państwie, podczas gdy przykład hiszpański ma bardziej oddolny charakter. Podjęta przez Syrizę próba była nieudana – w Hiszpanii mamy do czynienia z czymś bardziej zdecentralizowanym i policentrycznym, otwierającym się tym samym na różne możliwości.

Porażka lewicy w reprezentowaniu swej bazy społecznej – klasy robotniczej, ale również klasy średniej – każe zadać pytanie o osoby młode i o to, kogo wspierają.

Polityka miejska – z miastem w roli symbolicznej przestrzeni nadmiernego utowarowienia oraz prywatyzacji przestrzeni publicznej – ma w sobie wielki potencjał. Alternatywy są tu widoczne i otwarte na uczestnictwo w ich budowie. Miasto jest dobrym pierwszym krokiem na drodze działania i budowy programu – lepszym niż skupianie się od razu na szczeblu państwa.

John Clarke: Potrzebna jest nam dyskusja na temat władzy. Idea „przejmowania władzy” to stare, leninowskie dziedzictwo. Pomysł, że władza skoncentrowana jest w jednym miejscu i że po jej przejęciu będzie się w stanie wszystko kontrolować jest prawie zabawna. Lepiej myśleć o sposobach, w jakich jest ona konstytuowana, koncentrowana i dystrybuowana.

Jedną z najważniejszych kwestii wokół dóbr wspólnych i ruchów na ich rzecz jest to, w jaki sposób wpływają na dystrybucję władzy. Być może nie spoglądają w stronę państwa w celu jego przeorganizowania i demontażu, z pewnością jednak zmieniają układ sił wewnątrz i pomiędzy poszczególnymi aktorami.

W dobrach wspólnych nie chodzi o zdobycie władzy jako takiej – dają jednak język oraz wskazują na nową, materialną bazę polityki transformacji. Tak, jak niegdyś struktury spółdzielcze były bazą partii starej lewicy, gwarantując ich żywotność oraz dając podstawy ich siły.

Nie próbujemy tu fetyszyzować dóbr wspólnych, widać jednak, że ludzie tworzą dziś nowe formy współdziałania korzystnego dla uczestniczących w nim osób. Nowe siły polityczne wywodzące się z nich muszą zerwać z dawnymi, zastanymi instytucjami i tworzyć przestrzeń dla dóbr wspólnych. Chodzi o zmianę podejścia, by rozumiane były zarówno jako siła kreatywna, jak i materialna – niezbędne elementy jakiejkolwiek zmiany politycznej.

Artykuł „Constructive Confrontation or Constructive Tension – the State and the Commons” ukazał się na łamach Zielonego Magazynu Europejskiego. Tłum. Bartłomiej Kozek.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *