Oburzeni i prawo do miasta

Agata Czarnacka
6 lutego 2012

Protesty, odbywające się ostatnio na ulicach miast, placach czy w parkach przywodzą mi na myśl zjawiska opisywane przez Machiavellego w Księciu. Niewielka skala renesansowych państewek sprawiała, że w pewnym sensie już samo wyjście z domu stawało się aktem politycznym. W samorządnym włoskim mieście, w odróżnieniu od przestrzeni zorganizowanych wokół dworu i poprzerastanych społeczną hierarchią szlachectwa, człowiek był panem samego siebie. Tylko od niego zależało np., czy pójdzie dziś do pracy czy właśnie nie. Nawet jeśli istniał jakiś książę lub kilku innych ważnych typów, to każdy co najmniej znał kogoś, czyja siostra wyszła za mąż za bratanka kogoś, kto z taką personą jadał obiady. W ten sposób wytwarzało się poczucie równości, gdzie każdy miał twarz, imię i nazwisko. Może tak właśnie należy rozumieć słynne powiedzenie: „Stadtluft macht frei”: „miejskie powietrze czyni wolnym”.

Machiavelli był zwolennikiem rządów ludu, republikanizmu, ale zachęcał lud do dwóch rzeczy. Po pierwsze, jeśli ustrój miał być trwały, musiał przechodzić co jakiś czas odnowę, wracać do korzeni – taki jest zresztą pierwotny sens słowa „rewolucja”. Po drugie zawsze warto, by lud wyłonił spośród siebie przywódców i rzeczników oraz ustanowił prawa, inaczej rewolucja popada w chaos, a lud zamienia się w rozszalałą tłuszczę. Co ciekawe, to niezorganizowane „szaleństwo” ujawnia się zazwyczaj w kontekście tyranii, w reakcji na złego władcę. Jeżeli władcę opada mania wielkości, jeśli przestaje się czuć równy współobywatelom, to biada całej republice. Machiavelli rekomenduje, by takiego władcę zgładzić. Dopóki bowiem żyje, odbiera znaczenie działaniom obywateli, nie słucha ich, zachowuje się, jakby byli jego własnością. W ten sposób godzi w ich prawo do miasta.

Po połączeniu się miejskich republik w większe całości państwowe dyskusja o prawie do miasta zamarła. Powróciła po II wojnie światowej, która zmusiła do odnowienia systemu politycznego i ducha obywatelskiej równości. Po wojnie budowano nowe miasta, mające odpowiedzieć na wyzwania nowych czasów i pomieścić w zdrowych i przyjaznych warunkach wszystkich tych, którzy nie chcieli gnieździć się w klitkach. We Francji, lubującej się w racjonalnym planowaniu, stworzono wówczas programy badawcze, aby ustalić, co czyni miasto miastem, innymi słowy – co to znaczy mieć prawo do miasta. Henri Lefebvre zwracał uwagę, że chodzi tu o miejskie życie, o mijanie się twarzą w twarz (a nie tylko ocieranie się ramieniem we wspólnej drodze do i z miejsca pracy), o możliwość spotkania. A więc o to samo poczucie organicznej równości, co w renesansowej republice. Lefebvre podkreślał, że współczesna mu burżuazja wyłamuje się z demokracji – z prawa do miasta – przede wszystkim przez to, że żyje jak olimpijscy bogowie, zawsze „gdzie indziej”: na jachtach, w zamkach i luksusowych hotelach.

Pół wieku później musimy przyznać, że sytuacja tylko się pogorszyła. W rzadkich przypadkach, gdy udaje nam się zobaczyć możnych tego świata, są otoczeni kordonem ochroniarzy, obstawieni barierkami i najczęściej stoją na podium, jakie kiedyś zarezerwowane było głównie dla katów. Przeważnie jednak już nie rządzą, a zarządzają zdobytymi fragmentami świata ze szklanych wież, za pomocą telefonów, komputerów i wielopoziomowej hierarchii współczesnych dworzan. Nie ma co marzyć o dwustronnej komunikacji, zwłaszcza że coraz trudniej nawet o broadcast, jednostronne informowanie obywateli o tym, co się dzieje.

Europejscy i izraelscy Oburzeni doskonale uchwycili konieczność odzyskania prawa do miasta jako prawa do spotkania i wymiany. W tym celu zakładali coś na kształt „miasta w mieście” albo „ruchomego miasta”, jak w przypadku zorganizowanego tego lata marszu na Brukselę. Ruch Occupy Wall Street postanowił natomiast „uderzyć w Olimp”, utrudnić życie „nieśmiertelnym” zarządcom świata, zmusić ich do tego, by zmieszali się z tłumem. To samo próbowali zrobić uczestnicy Occupy London, planując rozlokować się pod londyńską Giełdą. Niestety w obu przypadkach okazało się, że już dawno zadbano o to, by nie było to możliwe.

Jak długo ruch Occupy Wall Street wydawał się krótkotrwałym happeningiem kilkuset bezrobotnych, zostawiano go w spokoju. Kiedy jednak zaczął przybierać na sile i blokować przepustowość ulicy, okazało się, że regulacje prawne dotyczące przestrzeni publicznej nie pozwalają na utrzymywanie okupacji. Jedynym miejscem, gdzie można było utrzymać przyczółki 24 godziny na dobę, był pobliski Zuccotti Park, stanowiący własność prywatną. Został on oddany w użytkowanie miastu pod warunkiem udostępnienia go całodobowo publiczności, w związku z czym wyrzucanie zeń kogokolwiek byłoby nielegalne. Podczas gdy jak najbardziej legalne jest, jak się okazało, wyrzucanie obywateli z przestrzeni publicznej.

W Londynie protestujący natknęli się na odwrotny problem. Okazało się, że place wokół Giełdy i innych strategicznych obiektów już dawno nie są własnością publiczną (np. Paternoster Square pod Giełdą należy do Mitsubishi Estate Company). Niestety, ich właściciele nie wyrazili zgody na okupację i bezterminowo zamknęli place dla publiczności, blokując tym samym spory kawałek miasta. Zdesperowani protestujący ulokowali się… pod Katedrą św. Pawła, gdyż tylko tam grunty wciąż stanowią własność publiczną. Odpowiedzialni za katedrę anglikańscy duchowni z początku usiłowali doprowadzić do usunięcia Okupujących, twierdząc, że utrudniają ruch turystyczny. Dla policji był to wystarczający argument. Dopiero po namyśle duchowni postanowili okazać solidarność z protestującymi i pozwolili im zostać.

W przypadku usunięcia Occupy Wall Street do Zuccotti Park, jak również zepchnięcia Occupy London na plac przez Katedrą św. Pawła widzieliśmy nie tylko, jak prawo do miasta przegrywa z prawem własności. Zobaczyliśmy, że depozytariusze prawa własności uprzedzili ruch protestujących, już to uchwalając odpowiednie przepisy, już to wykupując grunty. W ten sposób racjonalny i debatujący lud miał albo powrócić w przestrzeń wirtualną, albo zamienić się w rozszalałą, łamiącą prawo tłuszczę, albo, wynajdując sobie nieliczne pozostałe nisze, sam siebie utrzymywać w ryzach – granicach parku czy placu. Nic dziwnego, że te problemy pojawiły się tylko w tych państwach, gdzie prawo własności stanowi fundament systemu społecznego, prawodawstwa i polityki.

Od wielu dekad słyszymy, że demokracja – w domyśle: liberalna demokracja w stylu amerykańskim – to może nie jest dobry system, ale najlepszy, jaki dotąd wymyślono. Może czas się rozprawić z tym przekonaniem. Porządek, w którym żyjemy, nie jest liberalny, skoro wszystkie ponoć fundamentalne swobody kończą się na granicy prawa własności (zwłaszcza gdy chodzi o własność zadłużenia). Nie jest też specjalnie demokratyczny, skoro dzisiejszą równość prawa głosu podważa nierówny dostęp do mediów, koszty kampanii wyborczej oraz swego rodzaju „instrukcje poselskie”, jakie najwyraźniej otrzymują dzisiejsi politycy od zleceniodawców, których na to stać.

Jedynym powodem, by bronić dzisiaj demokracji liberalnej, jest to, że jej zasadą i celem jest obrona praw człowieka, m.in. prawa do miasta. Ale system ten zbyt daleko zabrnął w hołdowanie prawu własności, aby mógł nam nadal służyć. Ruchy takie jak Oburzeni czy Occupy Wall Street nie chcą go jednak zmieniać. Wydają się wierzyć, podobnie jak Machiavelli, że po prostu co jakiś czas niezbędna jest „rewolucja”, czyli odnowa, dzięki której będzie on mógł lepiej działać z korzyścią dla wszystkich. Sam Machiavelli pewnie radziłby przynajmniej wygnać ludzi odpowiedzialnych za szkody. Nie wahałby się też przed konfiskatą dóbr. Czyli w tłumaczeniu na język współczesny: audytem zadłużenia na wszystkich poziomach. Czego sobie i wam wszystkim życzę.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *