Nowe opowieści o miastach

Bartłomiej Kozek
1 grudnia 2017

Opozycja próbuje dziś w Polsce zawrzeć szyki – póki co z dość słabymi rezultatami. Najbliższy czas powinna spędzić na budowaniu atrakcyjnej oferty dla lokalnych społeczności. Zainspirować ją mogą dwa nowe przykłady ze świata.

Choć poznaliśmy już pierwsze przykłady propozycji programowych ze strony liberalnej opozycji to jednak ciężko sądzić, że może ona teraz spocząć na laurach.

Pozycyjna wojna totalna

Platforma Obywatelska deklaruje prace nad ofertami dla poszczególnych regionów – i bardzo dobrze, bo jej ogólnopolska oferta samorządowa okazała się dość mglista i niedopracowana. Swoją wizję Warszawy zaprezentowała z kolei .Nowoczesna, dzięki czemu mogła z poczuciem dobrze odrobionej lekcji pospierać się z PO o to, kto powinien być wspólnym kandydatem na urząd prezydenta stolicy.

Tego typu konflikty będą nam towarzyszyć jeszcze przez długie tygodnie, a może nawet i miesiące. Po ujawnieniu przez Prawo i Sprawiedliwość projektu zmian w ordynacji samorządowej zniknął wprawdzie argument z ryzyka ograniczenia wyborów prezydentów i burmistrzów miast do jednej tury, pojawiła się za to możliwość bardziej intensywnych niż do tej pory zabaw nad kształtem i wielkością okręgów wyborczych.

Choć wcale nie muszą być one skonstruowane tak, jak opisuje sytuację liberalna opozycja (np. wyłącznie okręgi trzymandatowe, promujące dwa największe ugrupowania/bloki) to nie da się ukryć, że przejęcie ich wytyczania od sejmików czy rad miast przez komisarzy wyborczych stanowi realne ryzyko dla pluralizmu opinii na szczeblu lokalnym. Ryzyko, które może nie zostać zrekompensowane przez przejście na ordynację proporcjonalną w wyborach do rad gmin, które nie są gminami na prawach powiatu.

Dyskusje nad zmianami ordynacji z pewnością będą emocjonujące.

Polityczna polaryzacja nie oznacza jednak, że w pewnym momencie siły progresywne nie będą musiały usiąść i pomyśleć nie tylko o miejscach na listach wyborczych, ale również wizjach rozwoju lokalnych „małych ojczyzn”. Dość specyficzne pomysły PiS w tym zakresie, takie jak walka o prawa osób jeżdżących samochodami czy wyburzanie Pałacu Kultury i Nauki w wypadku Warszawy nie powinny usypiać czujności w tej materii.

W ostatnich miesiącach inspiracje dla progresywnej polityki miejskiej pojawiły się w dwóch miastach w różnych zakątkach globu – Kopenhadze i Montrealu.

Miasto zrównoważonego rozwoju

W listopadzie odbyły się wybory samorządowe w Danii, co jest dobrą okazją do zerknięcia po raz kolejny na omawianą już na łamach Zielonych Wiadomości partię Alternatywa – nie tylko dlatego, że swój program dla Kopenhagi opublikowała również po angielsku. Co wyróżnia go na tle innych to wykorzystanie 17 Celów Zrównoważonego Rozwoju, intensywnie promowanych przez agendy Organizacji Narodów Zjednoczonych.

Jak wygląda to w praktyce? Lokalne polityczki i politycy nie ograniczyli się do użycia globalnych haseł, ale twórczo je rozwinęli i dostosowali do panujących w stolicy Danii realiów. Jak się zdaje całkiem skutecznie, o czym świadczyć może zdobycie co dziesiątego głosu i zajęcie w niedanym głosowaniu trzeciego miejsca.

Cel 8, jakim jest godna praca oraz wzrost gospodarczy, uznali zatem za dobry punkt wyjścia do prezentacji postulatów mających zapewnić lepszą równowagę między czasem wolnym a pracą, a Cel 11 – tworzenie zrównoważonych miast i społeczności – do zaprezentowania swojego programu w zakresie kultury.

Choć kraje skandynawskie kojarzymy raczej z wysokim poziomem zamożności nie oznacza to, że mogą one spocząć na laurach i pogrążyć się w swym przytulnym hygge.

Ludzie, głupcze!

Odwołujące się do szeroko pojętego mieszczaństwa partia zdaje się nie zapominać o tym fakcie i już od pierwszego z 17 Celów porusza kwestie takie jak konieczność mierzenia poziomów ubóstwa w mieście czy tworzenia programów prewencyjnych, zapobiegających trwałemu wykluczeniu społecznemu osób młodych.

W wizji Alternatywy z usług publicznych można będzie korzystać w zintegrowanych „domach miejskich”, dbających o dostęp do opieki zdrowotnej, zróżnicowanej oferty edukacyjnej i kulturalnej.

Istotnym elementem walki z nierównościami ma być również zwiększenie inwestycji w dostępne cenowo budownictwo mieszkaniowe.

Deweloperzy powinni zdaniem partii być zobowiązani do przeznaczenia nawet połowy nowych mieszkań na lokale komunalne, umożliwiając tym samym zachowanie różnorodności społecznej poszczególnych rejonów Kopenhagi. Nowe budownictwo powinno zdaniem Alternatywy uwzględniać potrzeby przestrzenne zarówno osób młodych, jak i starych. W wypadku tej pierwszej grupy proponuje nawet wykorzystać przestrzenie portowe oraz… zużyte, wyremontowane kontenery ładunkowe.

Stolica XXI wieku

Wspomniane przed chwilą cele nie stoją w sprzeczności z działaniami na rzecz promowania kreatywności i przedsiębiorczości – tyle że rozumianych w nieco inny sposób niż przyzwyczailiśmy się nad Wisłą.

Zamiast konkurencji w szkołach przeczytamy tu o możliwości rezygnacji przez szkoły ze stawiania ocen, wspieraniu podmiotów ekonomii społecznej oraz zapewnianiu startującym przedsiębiorcom szerokiego dostępu do finansowania poprzez m.in. mikropożyczki czy crowdfunding.

Dobre praktyki promować ma również miejski sektor publiczny, dbając o różnorodność swoich pracownic i pracowników oraz testowanie przechodzenia przez nich na 30-godzinny tydzień pracy.

Odwołująca się do ekopolityki formacja nie byłaby sobą, gdyby nie odnosiła się w swym miejskim projekcie do kwestii ekologii i trwałego, zrównoważonego rozwoju. W tej dziedzinie znajdziemy postulaty takie jak wsparcie finansowe dla miejskiego rolnictwa, obowiązkowe stawianie paneli fotowoltaicznych na należących do miasta budynkach czy doprowadzenie do sytuacji, w której w roku 2030 80% odpadów w Kopenhadze poddawanych będzie recyklingowi.

Od aktywizmu do Ratusza

Samorządowe inspiracje można znaleźć również po drugiej stronie Atlantyku. W jednym z najważniejszych miast Kanady i największym mieście Quebecu – Montrealu – dotychczasowego burmistrza ze swoją wizją „miasta dla ludzi” pokonała kandydatka miejskiej partii Projet Montreal, Valerie Plante.

Określenie „partia”, nie zaś „ruch miejski” nie jest tu przypadkowe. O ile wybory w większości kanadyjskich samorządów odbywają się między (formalnie) bezpartyjnymi kandydatami, o tyle w niektórych metropoliach (poza Montrealem m.in. w położonym w Kolumbii Brytyjskiej Vancouver) lokalne prawo dopuszcza tworzenie miejskich ugrupowań, powstających często wokół kandydata na burmistrza bądź grupujące ludzi o zbliżonych światopoglądach.

Projet Montreal bliżej do tego drugiego modelu – jego twórczynie i twórców połączyły bowiem przede wszystkim kwestie związane z ochroną środowiska oraz promowania zrównoważonego rozwoju miasta, szczególnie w wymiarze transportowym. W tym wypadku jednak na kwestiach stricte ekologicznych się nie skończyło.

By odwołać się do jak najszerszego elektoratu PM musiał dobrze zdiagnozować jego największe bolączki i zaproponować rozwiązania, które mógł on uznać za wiarygodne.

Sądząc po wynikach październikowych wyborów, w których poza fotelem burmistrza udało się im zdobyć samodzielną większość w tamtejszej radzie miasta tak też się stało.

W trakcie kampanii centrolewicowy komitet nie tylko promował swoją kandydatkę na najwyższy urząd w Montrealu, ale też pięć priorytetowych tematów – budowę lepszego systemu transportowego, lepsze planowanie przestrzenne, efektywne usługi publiczne i lokalne opodatkowanie, budownictwo mieszkaniowe oraz… lepiej zaprojektowane przejścia dla pieszych.

Konkrety i priorytety

Ich wybór z jednej strony wydaje się pochodną tematów, w których miejskie aktywistki i aktywiści przez lata działań oddolnych oraz politycznych interwencji w radzie miasta zdobyli ekspertyzę i wiarygodność (transport), z drugiej zaś tych, które bez wątpienia rozpalały opinię publiczną (Montreal jest obok Toronto i Vancouver jednym z najpopularniejszych miejsc zamieszkania dla osób migrujących do Kanady z innych zakątków świata).

Polityka miejska ma tę zaletę, że łatwo przekuwa się ją na język konkretów. W wypadku transportu dla PM oznacza to np. dążenie do budowy nowej linii metra, kupno 300 hybrydowych autobusów do 2030, bezpłatne bilety komunikacji miejskiej dla osób poniżej 12 i powyżej 65 roku życia czy stworzenie specjalnej infolinii, umożliwiającej udrażnianie ruchu ulicznego poprzez możliwość zgłaszania nielegalnych zajęć pasa jezdni.

W wypadku wizji budownictwa mieszkaniowego wyróżnić warto obietnicę wprowadzenia wymogu projektowania co najmniej 20% mieszkań z uwzględnieniem potrzeb rodzin wielodzietnych (minimum 3 sypialnie), a także przeznaczania co najmniej 20% wybudowanych przez deweloperów mieszkań na lokale socjalne i kolejnych 20% na mieszkania o niskim czynszu.

Kluczowym postulatem dla PM jest tu również budowa placówek szkolnych w dynamicznie rozwijających się rejonach miasta.

Pomysły na miasto nie muszą ograniczać się wyłącznie do obiecywania jak najbardziej spektakularnych inwestycji infrastrukturalnych. Jakość życia poprawiać może również zwiększenie ilości miejskich szaletów, dostęp do usług car-sharingowych czy tworzenie nowych, zielonych placów. Nic więc dziwnego, że i tego typu postulaty znajdziemy w programie wyborczym, z realizacji którego rozliczać teraz będzie elektorat.

Puścić wodze wyobraźni

Jakie lekcje wyciągnąć możemy z tych dwóch przykładów przed przyszłorocznymi wyborami samorządowymi? Przede wszystkim to, że program wyborczy nie tworzy się pro forma, lecz stanowi szkielet opowieści o wizji miasta, którą chce się urzeczywistnić. Wizji, w której oczywiście warto prezentować ważne dla siebie tematy i postulaty, ale która nie może pozostawać w oderwaniu od realnych, lokalnych problemów.

Dobrze skonstruowana wizja zdaje się łączyć konkret postulatów, zdolność do prezentowania ich hierarchii ważności w innowacyjny sposób, a także gotowość do wymyślania postulatów, które potrafią się wyróżnić.

Może to być przeznaczenie większej ilości środków na programy dotyczące zdrowia psychicznego, obietnica uczynienia z bibliotek centrów lokalnych społeczności, umieszczenie w miejskiej przestrzeni źródeł darmowej wody pitnej, stworzenie nowych terenów zielonych – możliwości jest wiele.

Wystarczy tylko nie bać się inspirować dobrymi przykładami z kraju i ze świata (pamiętacie, jak jeszcze kilka lat temu budżety partycypacyjne uważane były za utopijną ideę?), potrafić twórczo dostosowywać je do lokalnych kontekstów oraz mieć otwartą głowę do wymyślania własnych postulatów. Najlepiej innych niż zabawa w giełdę nazwisk czy mających nieco szerszą perspektywę niż tylko utarcie nosa tej czy innej partii.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *