Miasto z ograniczoną odpowiedzialnością

Lech Mergler
3 października 2011

Podsumowywanie dokonań rządu w polityce miejskiej wydaje się zadaniem paradoksalnym. Rząd to władza państwowa, a miasta, jako autonomiczne gminy lub gminy na prawach powiatu, rządzą się niezależnie. W jednych dzieje się tak, w innych inaczej, a władza centralna nie może wiele wprost nakazać. Jednak to państwo ustanawia warunki brzegowe, w jakich przychodzi miastom funkcjonować – przede wszystkim prawne i polityczne, także finansowe, w części ekonomiczne.

Karta Lipska i rozwój zrównoważony

Ideowo-merytoryczna oś tego wywodu to wizja europejskiego miasta zrównoważonego, społecznie sprawiedliwego rozwoju. Uzasadnienie znajduje się i w Konstytucji RP, i w licznych polskich ustawach. A bardzo detaliczne w podpisanej przez Polskę w 2007 r. Karcie Lipskiej na rzecz zrównoważonego rozwoju miast europejskich.

Podpisana ona została przez rząd poprzedni (PiS z przystawkami) podczas spotkania ministrów państw-członków UE 24-25 maja 2007 r. Jest to akt – wyraz politycznej woli działania na rzecz zrównoważonego rozwoju miast, w oparciu o zintegrowane plany rozwoju, tworzone według standardów europejskich. Rząd PO Kartę Lipską starannie schował na dno rządowych szuflad, mimo że jej pierwszym uzgodnieniem było wszczęcie publicznej debaty o rozwoju miast. Nic takiego nie nastąpiło, głucha cisza. Nie było też działań legislacyjnych, dostosowujących prawo do ustaleń umowy z Lipska. Zlekceważenie tego dokumentu pokazuje, jaki jest stosunek PO (ale i reszty polskiej klasy politycznej) do kwestii rozwoju miast.

Zdradzona klasa średnia

Rząd Donalda Tuska nie realizuje żadnej przemyślanej wizji polityki wobec miast i ich rozwoju. Miastami zajmują się samorządy lokalne zgodnie z prawem i regułami „wolnego rynku”. To jest słabo eksponowane, ale ewidentne credo postawy PO wobec miast. Oznacza to de facto akceptację aspiracji lobby burmistrzów i prezydentów („samorządność”), pilnującego swoich interesów grupowych. Oraz aktywną zgodę na dominację wielkiego biznesu nad średnim i małym, a także nad potrzebami i interesami licznych mieszkańców, którzy jako drobni właściciele mają mieszkanie, domek, kamienicę, małą firmę. Nie mówiąc już o osobach wynajmujących mieszkania i będących pracownikami najemnymi… Obraz miasta jako spółki z o.o. nie jest jedynie figurą propagandową.

Rozwój miast oznacza dziś przede wszystkim stwarzanie warunków, w tym uprzywilejowanego miejsca w przestrzeni miejskiej, dla działalności wielkiego biznesu, bez oglądania się na koszty społeczne, ekologiczne, także – długofalowo – ekonomiczne. Globalny biznes nie przyczynia się do akumulacji kapitału w miastach, bo transferuje zyski za granicę. Nie mówiąc o innych potrzebach rozwojowych, np. inwestycjach w kapitał ludzki. Stąd zarzut, iż PO „zdradziła” miejską klasę średnią na rzecz wielkiego biznesu. Nawet skład osobowy ciał wybieralnych się zmienia. Dawniej mandaty w imieniu PO dzierżyli mali i średni przedsiębiorcy, teraz zaczynają dominować zawodowi działacze partyjni.

Ostatnio coraz widoczniejsza jest dominacja interesów biznesu deweloperskiego, degradującego przestrzeń miejską żywiołową zabudową, załatwianą prawem i lewem. Monopolistyczna pozycja komercyjnej oferty mieszkaniowej spowodowała znaczny wzrost cen mieszkań, mimo sporej ich podaży. Brak alternatyw w postaci oferty komunalnej, spółdzielczej, społecznej… Innym znakiem czasu jest biznes handlowy, generalnie nędznej jakości. Wielkie centra handlowe wyjaławiające lokalny handel, usługi, niszczące przestrzeń, dezorganizujące transport.

Stąd np. przyzwolenie lobby burmistrzów i prezydentów miast na ograniczanie sektora publicznego i przystosowywanie go do „realiów rynkowych”. Dotknęło to ważnych także dla klasy średniej obszarów, m.in. oświaty, opieki społecznej, komunikacji miejskiej, gospodarki komunalnej i mieszkaniowej…

Bunt mieszkańców

Ostatnia kadencja Sejmu przypadła na okres nasilania się konfliktów społecznych w miastach, których problemy znalazły się poza uwagą państwa. Referenda, które odwołały prezydentów Łodzi, Olsztyna, Częstochowy, i nieskuteczne, ale przeprowadzone w Gliwicach – to tylko widoczny wierzchołek góry napięć społecznych. W wielu miastach zaczęła się mobilizacja grup mieszkańców w związku z tym, że lokalna polityka coraz dotkliwiej uderza w ich życiowe interesy. Protesty dotyczyły najczęściej kwestii (bez)ładu przestrzennego i żywiołowej zabudowy kosztem okolicy, bez jakichkolwiek planów; eksterminacji terenów zieleni czy antyekologicznych decyzji o transporcie miejskim – prymat indywidualnej komunikacji samochodowej nad publiczną, odrzucane przez mieszkańców lokalizacje nowo budowanych dróg. Protesty dotyczą też spraw społecznych, związanych z mieszkaniami, edukacją, biedą itp.

Ten potencjał rosnącej społecznej podmiotowości w miastach znajduje sojusznika w postaci implementacji standardów unijnych w polskim prawie. Mimo że jest selektywna, zwiększa ona partycypację mieszkańców i uprawnienia społeczeństwa obywatelskiego. Jednak nie prowadzi to do rozwiązywania problemów miejskich duchu dialogu. Rząd PO nie zainicjował bowiem legislacji, która dostosowałaby prawo do rosnących uprawnień i aktywności obywateli-mieszkańców. Chodzi m.in. o prawo dotyczące gospodarki przestrzennej, prawo budowlane, o ochronie przyrody, samorządzie.

Klincz miejski?

Efektem jest często hamujący rozwój miast klincz. Mieszkańcy miewają już dość uprawnień, by blokować nieakceptowane decyzje władz, ale nie dość, by wymusić realizację swoich aspiracji. A władze identycznie, tylko na odwrót – mogą blokować aspiracje mieszkańców, ale często nie są w stanie przeprowadzić własnych ambicji oraz planów swojej klienteli politycznej – wielkiego biznesu. Władze państwowe nie widzą tego problemu.

Oto skrajny przykład: próba uchwalenia, wbrew zdecydowanym protestom fachowców i organizacji społecznych, wypracowanego w komisji Palikota nowego Prawa budowlanego. Było ono korzystne dla deweloperów, bo znosiło pozwolenia na budowę. Na szczęście po skargach społecznych poprzedni prezydent skierował ustawę do Trybunału Konstytucyjnego, który kilka tygodni temu uchylił ją w całości.

Były też korowody z ustawą o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym. Zamiast gruntownie znowelizować ją w duchu standardów europejskich, o co zabiegało u premiera Tuska kilkadziesiąt miejskich organizacji, wprowadzono do niej drobną modyfikację… pod potrzeby biznesu. (Teraz wystarcza niesprzeczność planów miejscowych ze studium przestrzennym, zamiast dotychczasowego wymogu zgodności). Do tego nie podjęto na serio prac nad ustawą o rewitalizacji miast, a ustawa metropolitalna nie weszła w życie. O innych potrzebach legislacyjnych nie wspominając.

Rządząca PO nie pokazała, że na szczeblu państwowym rozumie, czym jest miasto w ogóle, jako pewien historycznie ukształtowany twór cywilizacyjny. Ani czym jest nowoczesne, europejskie miasto, kierujące się zasadami zrównoważonego rozwoju i sprawiedliwości społecznej, zgodnie z wizją zawartą w Karcie Lipskiej.

Wydaje się, że wiedzieć nie tego chciała, bo nie miała w takiej wiedzy interesu. A może nawet miała interes w tym, by „porzucić” miasto na pastwę żywiołów polityczno-ekonomicznych.

Tekst ukazuje się w ramach cyklu Polska po 4 latach PO. Zapraszamy do lektury i dyskusji!

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Komentarze do “Miasto z ograniczoną odpowiedzialnością

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *