Fot: Pixabay

Dokąd zmierza miejskie ogrodnictwo

Krzysztof Herman , Maciej Kassner
3 listopada 2014

Sukces ogrodnictwa miejskiego w Polsce zależy od zainteresowania mieszkańców i przychylnej postawy władz poszczególnych miast.

Coraz częściej mówi się o potrzebie popularyzacji miejskiego ogrodnictwa w dużych polskich miastach. Niedawno w Poznaniu odbył się pierwszy międzynarodowy zjazd twórców ogrodów społecznościowych, podczas którego swoimi doświadczeniami dzielili się goście z Katowic, Łodzi, Warszawy, Pragi, Barcelony i Gandawy. Idei ogrodnictwa miejskiego poświęcony był panel dyskusyjny w ramach „Wczasów Ekonomicznych” na Zielonym Jazdowie, podczas którego o problemach miejskich ogrodników debatowali Maciej Łepkowski, współorganizator „Wczasów Ekonomicznych” i członek Partii Zieloni, Krzysztof Herman z Katedry Sztuki Krajobrazu SGGW, Katarzyna Bruszewska, członkini międzynarodowego zespołu badającego rolnictwo miejskie COST, oraz Sebastian Żółnowski, warszawski twórca ogrodów wspólnotowych z Fundacji Mieszadło.

Realna alternatywa

Choć w Polsce ruch ogrodnictwa miejskiego dopiero zyskuje na popularności, to w wielu zachodnich metropoliach ogrody miejskie uznawane są za ważną część zurbanizowanego krajobrazu. W Niemczech popularną formułą jest ogród wspólnotowy, uprawiany przez członków społeczności ogrodników. Do najbardziej znanych ogrodów należy berliński Prinzessinengarten oraz AK Campusgarten w Kolonii, z którego może korzystać społeczność uniwersytecka wspólnie z okolicznymi mieszkańcami.

Zdaniem Katarzyny Bruszewskiej, która badała niemieckie ogrody wspólnotowe, zainteresowanie ogrodnictwem miejskim w Niemczech wynika z wysokiej świadomości ekologicznej. Konsumenci skłonni są płacić więcej za lokalne warzywa i owoce, rodzice zaś wykorzystują ogrody do przekazania dzieciom podstawowych informacji na temat zasad uprawy ziemi. Wszyscy korzystają z możliwości wypoczynku na łonie natury.

Popularne w Niemczech, Stanach Zjednoczonych czy Australii ogrody nie są bynajmniej jedyną formą kultywacji ziemi na terenach miejskich. Ogrodnictwo miejskie niejedno ma imię. Sporna jest już sama nazwa. Mówiąc o ogrodnictwie, zwykle prezentujemy rekreacyjny lub ozdobny aspekt upraw roślin w mieście. Ale są tacy, którzy w ogrodnictwie i rolnictwie miejskim upatrują realnej alternatywy. Sebastian Żółnowski, twórca dwóch ogrodów miejskich w Warszawie, deklaruje, że przyświeca mu utopijna wizja miasta samowystarczalnego żywnościowo. Priorytetem jest dla niego produkcja żywności, tak aby w przyszłości jego ogrody mogły zaopatrywać szeroką grupę osób wspólnie pracujących w ogrodzie w świeże, wartościowe i lokalne produkty. Jak tłumaczy Maciej Łepkowski, chodzi o to, aby mieszkańcy miast łączyli pracę zawodową z produkcją żywności, stając się rolnikami na pół etatu. Z tego punktu widzenia bardziej adekwatna wydaje się nazwa „rolnictwo miejskie”.

Pomysł ten nie jest bynajmniej absurdalny. W 1993 r. ok. 15% światowej produkcji rolnej pochodziło z farm znajdujących się na terenach miejskich, w roku 2005 – już około 30%. Zdaniem Macieja Łepkowskiego w przyszłości liczba ta ulegnie zwiększeniu. Rolnictwo przemysłowe zużywa bowiem ogromne ilości wody i ropy naftowej, a ponadto uzyskane plony trzeba magazynować oraz dostarczać do odległych rynków zbytu, co znacznie podwyższa koszty. W obliczu nadchodzącego kryzysu surowcowego realną alternatywą staje się uprawa ziemi na skalę lokalną. Dziś ponad 50% światowej populacji żyje w miastach, w 2050 r. ten wskaźnik według wielu szacunków wzrośnie do ok. 70-75%. Dlatego to właśnie miasta będą musiały przejąć część odpowiedzialności za wyżywienie swoich mieszkańców.

Oblicza rolnictwa miejskiego

Bardziej pogłębiona analiza pokazuje, że rolnictwo miejskie jest fenomenem niejednolitym. Oznacza ono co innego na globalnej Północy i na globalnym Południu. Rolnictwem miejskim zajmuje się nie tylko zamożna i wykształcona klasa średnia, ale również ludzie, których do kultywacji ziemi zmusiła katastrofa ekonomiczna i związane z nią widmo niedostatku. Obok uprawianych tradycyjnie przydomowych ogrodów użytkowych istnieje też miejskie rolnictwo przemysłowe, wykorzystujące nowoczesną technologię i produkujące żywność na skalę masową. Przyjrzyjmy się zatem różnym obliczom rolnictwa miejskiego we współczesnym świecie.

Szacuje się, że ok. 800 milionów ludzi pracuje dziś w farmach miejskich i podmiejskich (UPA – urban and peri-urban agriculture). Zgodnie z danymi International Development Research Center na terenie wielkiej aglomeracji Bangkoku 60% terenów podlega aktualnie kultywacji, w której bierze udział 72% rodzin, natomiast w Kampali 30% miejskiej populacji uprawia 50% terenów miejskich, produkując 70% drobiu i jajek spożywanych w mieście.

W tych rozwijających się, rosnących ośrodkach podmiejskie tereny rolnicze są wchłaniane przez aglomeracje. W ich centrach dominują małe, rozproszone uprawy przydomowe, na dachach i tarasach, zapewniające częściową niezależność żywieniową pojedynczym rodzinom. Natomiast na obszarach podmiejskich farmy są większe, nastawione na przemysłową produkcję, a zarazem zagrożone presją urbanistyczną.

W miastach o bardzo dużej gęstości zabudowy miejsca dla upraw poszukuje się na dachach (m.in. Brooklyn Grange czy Gotham Greens w Nowym Jorku), w poprzemysłowych budynkach (Urban Organics w budynku starego browaru w St.Paul, Minneapolis) a nawet pod ziemią (Pasona O2 w Tokio). W Singapurze, mikroskopijnym kraju, w którym ok 93% żywności pochodzi z importu, postawiono na farmy wertykalne – takie jak Sky Green, gdzie warzywa rosną na 9-metrowych konstrukcjach przypominających wielkie drabiny.

Te współczesne farmy i ogrody miejskie rozwijają się dzięki nowoczesnym systemom upraw, takim jak hydroponika, aeroponika oraz aquaponika. Ten ostatni pozwala na równoczesną uprawę roślin oraz hodowlę ryb w zamkniętym cyklu produkcyjnym. Produkcja roślin w tych zbiornikach nie wymaga podłoża, gleby – odbywa się w substracie wodnym lub poprzez spryskiwanie korzeni aerozolem, jest też wysoce skomputeryzowana, prowadzona w szklarniach (w całkowicie kontrolowanym środowisku). Wzrastają w nich głównie warzywa i zioła liściowe – sałata, jarmuż, bazylia, kapusta chińska, ale także m.in. pomidory. Obiekty takie jak Grandpa Dome w Yokohamie są skrajnie technologicznym pomysłem na miejskie uprawy, radykalnie odmiennym zarówno od rolnictwa wielkoobszarowego, jak upraw przydomowych.

Ale miasta Globalnej Północy to także ośrodki kurczące się, takie jak Lipsk czy Detroit. W przypadku tego ostatniego, często przywoływanego jako przykład, miejskie uprawy, w tym ogrody społecznościowe, stały się częściową odpowiedzią na problemy związane z kryzysem ekonomicznym i recesją na rynku pracy. Co więcej, po pewnym czasie okazało się, że farmy miejskie założone na opustoszałych działkach przedmieść Detroit zaczęły przyciągać także młodych ludzi z innych miast, którzy poszukiwali zmiany stylu życia. Okazuje się, że ogrodnictwo i rolnictwo miejskie zaczyna być postrzegane przez wielu mieszkańców krajów rozwiniętych jako istotny element życia w mieście. W artykule „Farmy miejskie – przedsięwzięcia wspomagające zrównoważony rozwój miast” Anna Palej przytacza badania, według których 6,7 miliona mieszkańców miast w USA zadeklarowało chęć korzystania ze wspólnych ogrodów uprawnych organizowanych dla ludzi z sąsiedztwa, gdyby mieli do nich dostęp. W Toronto natomiast na popularności zyskuje tzw. „backyard sharing” – system wspomagany przez urząd miasta, który pozwala osobom posiadającym ogrody przydomowe, działki czy inną ziemię w mieście udostępniać ją innym – tym, którzy czują się na siłach ją uprawiać.

Uprawa ziemi w polskich miastach

Czy rolnictwo miejskie ma szansę w Polsce? Nie da się zaprzeczyć, że warunki ku temu istnieją. Jak wskazała Katarzyna Bruszewska, zgodnie z zapisami Studium Uwarunkowań i Kierunków Zagospodarowania Przestrzennego polskich miast wojewódzkich, mamy w ich granicach bardzo dużą powierzchnię obszarów rolnych (sięgającą ok. 50% całości powierzchni miasta w Krakowie). Zdarza się też, że w obrębie polskich miast zachowały się zabudowania wiejskie, czego przykładem jest warszawska wieś Potok znajdująca się w sąsiedztwie Metra Wilanowska.

Tereny te, choć nie zawsze wykorzystywane zgodnie z przeznaczeniem, powinny tworzyć potencjalne zaplecze dla rozwoju ogrodów wspólnotowych i farm miejskich. W Polsce istnieje także około miliona ogródków działkowych, co pozwala szacować całkowitą liczbę osób związanych z ROD na 3-4 miliony. Protesty przeciwko planom likwidacji ogródków działkowych w Warszawie pokazały, że jest to społeczność gotowa aktywnie wystąpić w obronie ziemi, którą kultywują.

Władze polskich miast bardzo różnie podchodzą do idei uprawy ziemi w mieście. W swoich badaniach Katarzyna Bruszewska przeanalizowała, jak problem ten postanowiły rozwiązać władze Poznania, Torunia i Warszawy. W planach strategicznych dla Torunia przewidziano pozostawienie zarówno ziem przeznaczonych pod uprawę, jak i ogródków działkowych. Poznań planuje zlikwidować użytki rolne, zachowując jednak ogrody miejskie. Najgorzej wygląda sytuacja w Warszawie. Stołeczny Ratusz, co zapisane jest we wspomnianym Studium, nie widzi potrzeby istnienia użytków rolnych i ogródków działkowych na terenie stolicy. Jedyna zieleń, którą stołeczni włodarze są skłonni zaakceptować w obrębie miasta, to zieleń urządzona, czyli miejskie parki i skwery.

Uprawa ziemi w mieście daje jego mieszkańcom wymierne korzyści: lokalną żywność, przestrzeń do rekreacji i sfot: Pixabayposobność zaznajomienia się z technikami produkcji stosowanymi w rolnictwie. Istnienie terenów zielonych (w tym ogrodów działkowych czy obszarów rolnych) w obrębie miast tworzy naturalne kanały nawietrzające i zapobiega powstawaniu smogu.

Sukces ogrodnictwa miejskiego w Polsce zależy od zainteresowania mieszkańców i przychylnej postawy władz poszczególnych miast. Już dzisiaj możemy obserwować odrodzenie mody na uprawę ziemi w mieście, czego dowodem jest rozwijający się ruch na rzecz ogrodnictwa miejskiego oraz powstające w największych miastach ogrody społecznościowe. Niestety, postawa władz miejskich często pozostawia wiele do życzenia. Politykom i urzędnikom nowoczesne miasto wciąż kojarzy się z trasami szybkiego ruchu i pnącymi się w niebo szklanymi wieżowcami.

Rolnictwo miejskie kwestionuje dychotomiczny podział na wieś, będącą miejscem produkcji żywności, oraz miasto, które jest przestrzenią rozwoju przemysłu i rzemiosła. Tym samym podważa ono idee miejskości, która dominuje w naszej kulturze od czasu rewolucji przemysłowej. Dalszy rozwój rolnictwa miejskiego w Polsce zależy od tego, czy włodarze polskich miast zdołają wyzwolić się ze stereotypowych wyobrażeń i dostrzec liczne korzyści, jakie niesie ze sobą kultywowanie ziemi w mieście.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *