Fot. Monika Chmarzyńska, łacha wiślana w Toruniu

Czego uczy nas Festiwal Wisły?

Jakub Gołębiewski
20 sierpnia 2017
Podczas Festiwalu Wisły włocławskie, ciechocińskie, a zwłaszcza toruńskie nabrzeża żyły tak, jak żyją brzegi najprzedniejszych europejskich miast.

W Toruniu, gdzie miała miejsce kulminacja Festiwalu Wisły, 14 i 15 sierpnia na bulwary wyszły tysiące ludzi. Nie tylko na bulwary. Na Kępie Bazarowej i wiślanych łachach były dziesiątki spacerowiczów oraz cumujących na piasku festiwalowych łodzi. Wielka łacha naprzeciw Bramy Mostowej służyła jako punkt zbiórek i odpoczynku dla sterników – uczestników Festiwalu.

WOPR i policja, przyzwyczajone do wyganiania ludzi z wiślanych plaż oraz do zakazywania kąpieli, tego dnia nie bardzo wiedziały, co począć. No bo jak wypraszać z łachy kilku torunian, skoro cumuje tam kilka dziesiątek festiwalowych łodzi, a ponad setka ich załogantów spaceruje, brodzi, pływa w Wiśle i gra na bębnach? W te dwa festiwalowe dni linia Wisły nie była już linią odgraniczającą od południa miasto Toruń od dzikiej przyrody. Wisła była żywą arterią, po której obu stronach i na której wodach tętniło miejskie życie. Z doświadczenia tych kilku festiwalowych dni płyną dla mnie trzy wnioski.

Wniosek pierwszy: współpraca i szacunek

Sukces Festiwalu Wisły jest ogromny: ciekawe stoiska kulinarne, rzemieślnicze i edukacyjne, ponad 40 statków rzecznych z Polski i Francji, imponujące łodzie wikingów, a na zakończenie wspaniały koncert bębniarski z nocną paradą łodzi i pokazem fajerwerków. Toruń w końcu znalazł pomysł na Wisłę. Co więcej: Toruń w końcu ma swój festiwal o europejskiej skali, na którego następne edycje, co do tego nie mam żadnych wątpliwości, będą przyjeżdżali turyści z całej Europy. Wyzwanie organizacyjne było ogromne i nie mogło się udać bez zgodnego współdziałania wielu podmiotów: Kujawsko-Dobrzyńskiej Organizacji Turystycznej – organizatora i pomysłodawcy festiwalu oraz samorządów Torunia, Ciechocinka, Włocławka i województwa, a także środowiska żeglarzy wiślanych.

Wśród płatników festiwalu Toruń poniósł największe koszty. Prezydentowi Zaleskiemu należy się uznanie za to, że dostrzegł tę wielką szansę dla Torunia i nie szczędził środków. Równie istotne jest to, że zaufał zewnętrznej organizacji pozarządowej, a podległe Prezydentowi jednostki okazywały jej niezbędne wsparcie. To nowa jakość w Toruniu, której powinniśmy się trzymać. Ten model twórczej współpracy samorządu, NGO i luźnego środowiska się sprawdził i mam nadzieję, że nie ograniczy się jedynie do Festiwalu Wisły.

Wniosek drugi: infrastruktura wspierająca potencjał Wisły

Prezydent Zaleski już zapowiedział, że Festiwal Wisły będzie imprezą cykliczną. Z całego serca popieram tę deklarację. Aby jednak Toruń mógł w pełni wykorzystać potencjał Wisły podczas kolejnych edycji Festiwalu i na co dzień, potrzeba moim zdaniem zrewidować niektóre pomysły na nadwiślańską infrastrukturę. Plaża na Kępie Bazarowej, która powstanie w ramach Budżetu Partycypacyjnego w 2018 r., rozwijająca się oferta Fundacji Zamek Dybów i Gród Nieszawa, planowane przez Regionalny Zarząd Gospodarki Wodnej udrożnienie Małej Wisełki dla ruchu małych jednostek oraz budowa drugiej mariny w Porcie Zimowym to piękne i słuszne plany, ale wiślanym sercem Torunia jest Bulwar Filadelfijski. Z bulwarem jest jednak związanych kilka problemów.

Na zdjęciu powyżej: stromy Bulwar Filadelfijski w Toruniu i kamienie pod nim

Po pierwsze, Bulwar Filadelfijski został wybudowany dla spacerowiczów, po tym jak państwo polskie podjęło decyzję o wygaszeniu żeglugi śródlądowej. Działo się to w czasach, gdy prywatnych łodzi było jak na lekarstwo, a w każdym razie nie budowało się wówczas infrastruktury dla prywatnych armatorów. Dziś małe jednostki nie mają do czego cumować, bo bulwar sterczy latem dwa metry nad powierzchnią wody, od której oddzielony jest pasem groźnych dla łodzi kamieni. Dlatego w trybie natychmiastowym Toruń potrzebuje pływających pomostów, przy których małe jednostki turystyczne będą mogły cumować bezpiecznie, a ich załogi zwiedzać miasto. Dla spacerowiczów natomiast widok szpaleru zacumowanych łodzi to również doskonały pretekst, by bywać nad Wisłą.

Po drugie, z bulwaru nie widać cumujących łodzi (chyba że idzie się samym jego skrajem), a z zacumowanej łodzi nie widać miasta. Na całym świecie tysiące żeglarzy jest gotowych płacić za miejsca cumownicze z najlepszym widokiem na piękne miasta. W Toruniu niestety na chwilę obecną mogą podziwiać ze swojej łodzi (jeśli odważą się zacumować przy ostrych kamieniach) betonową ścianę bulwaru i szczyt wieży katedry św. Janów. Pozostała część widoku pozostaje schowana za skrajnią bulwaru. Sytuację co roku pogarsza wydobywanie z dna Wisły piasku, co sprawia, że poziom wody obniża się coraz bardziej (pomijam tu kwestie globalnego ocieplenia i krajowego pustynnienia spowodowanego nieprzemyślanym osuszaniem kraju przez kolejne rządy i samorządy). Zanim powstały Bulwary Filadelfijskie w latach 70 XX w., przez 750 lat Wisłę z murami miejskimi łączyła jedna linia spokojnie wznoszącego się brzegu, tak że spod murów miejskich był widok na wodę, a z wody na mury.

Szkoda, że w koncepcji przebudowy Bulwaru Filadelfijskiego miasto nie zakłada zmiany linii nachylenia nabrzeża (przynajmniej na jakimś odcinku) w taki sposób, by powstał łagodniejszy stok odsłaniający widok na wodę i pozwalający na bliższe z nią obcowanie. Jeżeli rozwój żeglugi turystycznej będzie postępował, a będzie, to obecny kształt bulwarów, czyli muru oddzielającego fizycznie i wizualnie miasto od Wisły stanie się barierą dla jego rozwoju. Można by temu zaradzić na przykład tworząc dodatkową najniższą półkę bulwaru w formie alei spacerowej, która chowałaby się pod wodą podczas wyższych stanów Wisły, albo poprzez łagodny trawiasty stok na przykład na odcinku dawnego średniowiecznego portu, czyli od mostu Piłsudskiego do wylotu Bramy Żeglarskiej. Zresztą zarówno podczas tegorocznego Śniadania na Trawie, jak i podczas Festiwalu Wisły, trawniki cieszyły się wielką popularnością wśród mieszkańców. Jeżeli u dołu takiego pochyłego trawnika mogłyby wjeżdżać dziobami na brzeg wiślane łodzie, to bez dodatkowych urządzeń cumowniczych uzyskujemy bardzo atrakcyjną przestrzeń miejską.

Komisja konkursowa, która wyłoniła zwycięską koncepcję przebudowy Bulwaru, poczytała zwycięskiemu zespołowi Riegler Riewe Architekci Sp. z o.o. z Katowic in plus fakt, że skupił się jedynie na przebudowie części spacerowej bulwaru. W moim odczuciu największym minusem ich propozycji jest właśnie fakt, że nie zaproponowali zmiany kątanachylenia bulwaru. Póki jednak nie rozpoczęły się prace, wszystko jeszcze można zmienić. Wezwałbym więc władze Torunia do wyciągnięcia wniosków z doświadczeń, których przysporzył nam Festiwal Wisły, i ponownego zastanowienia się, w jaki sposób możemy sprawić, by Bulwar Filadelfijski w Toruniu był najatrakcyjniejszym miejscem nad Wisłą w Polsce, a Toruń mógł stać się wiślaną stolicą Polski. Toruń ma po temu warunki, ma historyczne dziedzictwo i już w tej chwili dzięki Festiwalowi Wisły wysunął się na „wiślane prowadzenie”. Przebudowa bulwarów to nie może być kompromis. To musi być w 100% trafiona inwestycja, która przypieczętuję wiślaną supremację Torunia.

Wniosek trzeci: Wisła piękna, Wisła naturalna

Kolejną rzeczą, którą uzmysławia nam Festiwal Wisły, jest kwestia zagospodarowania Wisły – nie tylko w Toruniu. Wzorem dla Festiwalu Wisły był Festiwal Loary w Orleanie. Jeszcze sporo elementów jest do poprawy po pierwszej edycji, ale jak powiedzieli nasi francuscy goście, już mamy jedną przewagę nad naszym pierwowzorem: Festiwal Wisły łączy kilka nadwiślańskich miast i gmin, więc wiślany spław na trasie Włocławek-Toruń jest jego integralną częścią, podczas gdy we Francji Festiwal Loary odbywa się tylko w mieście Orlean. Dla Kujawsko-Dobrzyńskiej Organizacji Turystycznej, organizatora Festiwalu, rozwój turystycznej żeglugi oraz oferty turystycznej na wiślanym szlaku jest podstawowym celem, którego promocji Festiwal ma służyć. Wiślany szlak, nie tylko na odcinku włocławsko-toruńskim, na którym przebiegał Festiwal Wisły 2017, to czekający na wykorzystanie sektor gospodarki z setkami miejsc pracy przy obsłudze mogących powstać przystani, parków krajobrazowych, punktów gastronomicznych, bazy noclegowej itp. Wszystko to wymaga jedynie obrania właściwego kierunku i odpowiedniej koordynacji przez władze samorządowe województwa i nadwiślańskich gmin, bo Wiślany Szlak nie wymaga dużych pieniędzy. We flotylli festiwalowej płynął z nami z Włocławka do Torunia stalowy statek Drwęca, co pokazuje, że nawet przy niskich sierpniowych stanach wody, Wisła jest żeglowna nie tylko dla łodzi rekreacyjnych, ale mogłaby po niej kursować żegluga pasażerska.

Wisła to perła w środku Polski. Każdy kto płynął ze mną lub innymi flisakami Wisłą poza miastem, deklaruje, że powróci tu znów i że nie miał pojęcia, że mamy taki skarb pod nosem. Brakuje jedynie miejsc, gdzie można coś zjeść, wypić, skorzystać z toalety i bez obaw pozostawić łódź, kiedy załoga zwiedza lokalne atrakcje. W ciągu kilku lat jesteśmy w stanie tylko siłami samorządów powołać Wiślany Szlak i sprowadzić nad Wisłę tysiące ludzi, generując setki miejsc pracy, nie szkodząc przy tym przyrodzie. Ta wizja stoi jednak w sprzeczności z rządowymi pomysłami budowy Kaskady Dolnej Wisły, z prostowaniem łuków rzek (to nie żart, to właśnie zakłada Konwencja AGN przyjęta przez Sejm w grudniu 2016), podnoszeniem mostów, budową portów przeładunkowych itp.

Powyżej: postój flotylli festiwalowej w miejscowości Łęk-Osiek, brak przystani, brak pomostu cumowniczego, a potencjał jest

Plany rządowe wspierane, jak słyszę, przez miejskich radnych PiS (http://www.nowosci.com.pl/strefa-biznesu/a/torun-bedzie-port-przeladunkowy-na-wisle,12365312/#sondaPodglad) opiewają na dziesiątki, jeśli nie setki miliardów złotych i zakładają całkowitą zmianę charakteru i przyrody Wisły. Przez pierwsze dziesiątki lat (zaporę Włocławek budowano przez 7 lat) przysporzą pracy firmom hydrotechnicznym, które wygrają przetargi. Raczej na pewno nie będą to firmy z Torunia, bo tu takich nie ma. Po 20, 30, a może 40 latach inwestycji za dziesiątki miliardów złotych w końcu zobaczymy (zobaczą nasze dzieci?) śródlądowy szlak transportowy na Wiśle. Pozostanie jeszcze tylko zmusić importerów i eksporterów do korzystania z transportu wodnego. Zwolennicy dostosowywania polskich rzek do potrzeb wielkoskalowego transportu utrzymują, że ten transport jest tańszy niż drogowy. Tak, kiedy inwestycje infrastrukturalne już się zamortyzują (gdzieś pod koniec XXI wieku), pewnie tono-kilometr będzie tańszy. Jednak tono-kilometr kolejowy też jest tańszy niż tono-kilometr drogowy, ale dla przedsiębiorstw transportowych liczy się też elastyczność i szybkość dostaw. Skoro państwo polskie przez 25 lat nie potrafiło przerzucić transportu drogowego na tory (drogami przewozi się ok. 1500 tys. ton towarów, a koleją ok. 200 tys. ton, czyli 8 razy mniej), to dlaczego mam uwierzyć, że jeszcze wolniejszy transport śródlądowy będzie bardziej konkurencyjny?  Przecież Polska nie zrezygnuje z utrzymywania infrastruktury drogowej i kolejowej. Do tego dojdą koszta inwestycji i utrzymania trzeciego sektora – śródlądowej infrastruktury transportowej. Oczywiście poniosą go transportowcy albo podatnicy. Jeżeli rząd postrzega interes narodowy w taki sposób, żeby za pieniądze polskiego podatnika niszczyć ostatnią dziką rzekę Europy po to, aby chiński towar mógł taniej i szybciej docierać pod polskie strzechy, to gratuluję pomysłowości. A może chodzi o to, aby szybciej wywozić drewno z polskich puszcz na zachód?

Mam nadzieję, że torunianie i inni mieszkańcy regionu nad napuszone wizje rodem z epoki Gierka, które mają się ziścić za kilkadziesiąt lat, wyżej ocenią jednak bardziej zrównoważony i sprawiedliwszy model zagospodarowania Wisły. Nie tylko zabezpieczy on unikalną przyrodę Polski, ale również w krótkiej perspektywie przysporzy wymiernych korzyści mieszkańcom naszego regionu i Torunia.

W tekście wykorzystano zdjęcia autorstwa Moniki Chmarzyńskiej. Dziękujemy.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

9 thoughts on “Czego uczy nas Festiwal Wisły?

  • 21 sierpnia 2017 at 03:31
    Permalink

    Brawo, to jest przyklad dobrego wykorzystania Wisly, w przeciwienstwie do surrealistycznych planow rzadu budowy 10 zapor na Dolnej Wisle, zeby uczynic z niej E40, miedzynarodowa autostrade rzeczna IV klasy. Autor uczestniczy w Koalicji Ratujmy Rzeki. Warto sie zapoznac z jej deklaracja.

    Reply
  • 24 września 2017 at 19:20
    Permalink

    Jak pokazuje przykład współczesnej Europy, nie wszyscy mogą zarabiać na usługach, jak marzy się to autorowi. Mariny, festiwale, turystyka – wszystko pięknie, ale to działalność która nie generuje dochodu, tylko przesuwa pieniądze z miejsca na miejsce. Turyści muszą najpierw zarobić, a najlepiej jak się okazało zarabia się na przemyśle. Stąd od 2016 Francja i Niemcy próbują przenieść firmy z Chin na swoje terytorium.
    Transport drogowy, piękna rzecz. Szczególnie TIRy pędzące przez miasto, bo nie oszukujmy się ale poza dużymi aglomeracjami nie ma obwodnic. Wprawdzie kiedyś udało się ‚ocalić’ dolinę Rospudy, ale nikt potem się nie zajmował jakim kosztem się to odbyło.
    To że nie przeniesiono większości na kolej, to jeden wstyd i sromota. To że odżegnujemy się od wykorzystania dróg wodnych – które już istnieją, tylko są zaniedbane – to inny rodzaj wstydu.
    Wykorzystanie rzek, oznacza że stocznie nie muszą się gnieździć na wybrzeżu, gdzie brak stalowni (te nadal są na Śląsku). Oznacza też, że można łatwo przewozić nadgabaryty bez blokowania ruchu, demontażu infrastruktury drogowej (która potem jest partacko przywracana) i bez setek zezwoleń i opłat. Rzeki pozwalają też wozić ładunki ciężkie, a warto zauważyć że spora część naszych mostów drogowych ma ograniczenie do 12 ton.
    Do tego ostatnia rzecz. Rzeki można zostawić dzikie i co roku płakać z powodu powodzi. Dziesięć lat temu, wybudowano zbiornik retencyjny Pogoria IV – i nagle problemy z przelewaniem się Czarnej Przemszy zniknęły. A przy okazji zbiornik stał się mekką wodniaków w promieniu 20km.
    Niekoniecznie więc trzeba wracać, do stanu pierwotnej dzikości i liczyć że wyżyjemy ze sprzedaży amuletów. Można się rozwijać, byle robić to z sensem.

    Reply
  • 24 września 2017 at 19:24
    Permalink

    Dodam jeszcze jedną rzecz. To że ktoś planuje na 100lat naprzód tego typu inwestycje, to tylko chwała mu. Serio. Takich rzeczy nie robi się w rok czy pięć lat. Pogoria 4 była w planach od lat 60 ubiegłego stulecia – już wtedy było wiadomo że powstanie Pojezierze Dąbrowskie. Docelowo Pogorii ma być siedem. Miejsce pod jedną z nich jest aktualnie kopalnią w ruchu, w innym miejscu kopalnia ruszy za 20 lat, za 80 lat się wyczerpie za 100 lat ją zaleją.

    Reply
  • 24 września 2017 at 20:57
    Permalink

    Piętrzenie rzek i prostowanie łuków to murowany (betonem) przepis na częstsze i bardziej dotkliwe powodzie. Przekonali się o tym zwłaszcza Niemcy, którzy od 30 lat prowadzą prace renaturyzacyjne na swoich rzekach, w wielu przypadkach rezygnując z samoistnie zamierającej żeglugi. Roczniki statystyczne (można sprawdzić w internecie) nie zostawiają wątpliwości; mimo istniejącej infrastruktury, pomimo oddania kilkanaście lat temu do użytku połączenia Ren-Men-Dunaj i szeregu nowych podnośni, przyspieszających pokonywanie różnic poziomów – żegluga kurczy się i zamiera, kolejne szlaki pustoszeją. Nasi przyjaciele, którzy w r. 2015 przepłynęli z Krakowa do Orleanu, całymi tygodniami płynęli znakomicie utrzymanymi, niemieckimi kanałami śródlądowymi, nie spotykając po drodze żadnych innych jednostek. Mrzonki na temat rzekomych perspektyw rozwoju żeglugi śródlądowej są kompletnie pozbawione krzty realizmu…

    Reply
  • 25 września 2017 at 04:43
    Permalink

    Ośmielę się nie zgodzić. Pływałem i pływam po europejskich szlakach wodnych i najbardziej wymarła jest niestety Odra. Im dalej na zachód- tym gęściej. A infrastruktury Niemcom, możemy tylko pozazdrościć. Płynąc Odrą przez Polskę, jedynymi miejscami gdzie można w miarę wygodnie wyjść na brzeg są śluzy. Poza tym brzeg jest bagnisto-trawiasto-nieprzystępny. Średnio się nadaje nawet do uprawiania turystyki. Przepływając za granicę, od razu mam dostęp do marin i bindug, najczęściej za darmo. Rzeki nie ożyją, jeżeli nie będzie się do nich dało wejść i wyjść.
    Podobnie sytuacja wygląda na Wiśle – płynąc małą jednostką, godzinami szuka się brzegu do którego można przybić i po prostu na niego wyjść. Na odcinku Goczałkowice-Kraków (100km) są dwa miejsca gdzie można to w miarę wygodnie zrobić. Poniżej Krakowa jest nieco lepiej, ale szukanie noclegu trzeba rozpoczynać o 16 żeby się do 19 wyrobić.
    Proszę też zwrócić uwagę jak na zachodzie przy ich wyprostowanych rzekach wygląda powódź, a jak przy naszych na wpół dzikich wygląda to u nas. To naprawdę dwa różne światy.
    Industrializacja rzeki nie oznacza że cała jest wybetonowana, wystarczą odpowiednio zrobione stopnie wodne, śluzy odpowiednich gabarytów i mosty wysoko nad wodą. Brzeg może pozostać dziki.
    Jeżeli przywrócimy nasze rzeki do stanu dzikości, to przyszłe pokolenia nie podziękują nam za to. Zwłaszcza Kraków, który w szybkim tempie straci Wawel. No i nie za bardzo widzę jak pozbywamy się elektrowni wodnych które są u nas Bardzo rozpowszechnione.

    Reply
  • 25 września 2017 at 08:03
    Permalink

    @Robek
    Przecież autorowi własnie o to chodzi, żeby rzeki bardziej udostępnić małej żegludze, rowerzystom, kajakarzom, spacerowiczom itd. Przed festiwalem w Ciechocinku specjalnie zbudowano pomost i plażę miejską na Wisłą – takie wykorzystanie rzek jest jak najbardziej ok. Ale jest różnica między wykoszeniem kilkudziesięciu metrów brzegu i zrobieniem drewnianego pomostu oraz boiska do siatkówki, a budową kaskady zapór.

    Reply
  • 25 września 2017 at 08:18
    Permalink

    A co do zbiorników Pogoria, to są zalane wyrobiska, a nie zbiorniki na rzekach. Oczywiście, retencjonują wodę i są fajne, ale tutaj jest mowa o zupełnie czym innym: o przegradzaniu rzeki tamami i tworzeniu zbiorników zaporowych takich jak Zalew Włocławski. To oznacza totalną demolkę rzecznych ekosystemów (z Wisły znikną ptaki związane z łachami i wyspami, a zostaną same kormorany, o reintrodukcji certy, łososia i jesiotra będzie można zapomnieć na dobre, itd.). To raz.
    Druga rzecz – jesli te zbiorniki mają służyć żegludze, to nie będą miały funkcji przeciwpowodziowej, bo żegluga potrzebuje ich pełnych (żeby była stale zapewniona wymagana dla barek głębokość), a ochrona przed powodziami wymaga, żeby były puste lub częściowo puste, tj. miały miejsce na przejęcie fali wezbraniowej. Przy czym w ogóle przeciwdziałanie powodziom za pomocą zbiorników to jest przestarzała koncepcja – teraz stanowisko nauki i inżynierii jest takie, że skuteczniej (i ekonomicznie efektywniej) jest zostawiać rzekom przestrzeń do wylewania i zachowywać retencję dolinową (co przy okazji dobrze wpływa na poziom wód gruntowych, który nam w Polsce się ciągle obniża).

    Reply
    • 25 września 2017 at 18:57
      Permalink

      Udostępnienie do rekreacji jest super, tylko nie zrobi się za darmo. W Sosnowcu aktualnie są budowane przystanie na Białej Przemszy. Sponsorami nie są jednak firmy zarabiające na kajakach, tylko Urząd Miasta. Gotówka idzie z podatków, podatki są pobierane zarówno od osób prywatnych jak i od firm. Wisła ma 800 kilometrów. Jeśli infrastruktura ma być przyzwoita oznacza to około stu przystani które trzeba za coś utrzymać.
      Mając doświadczenia w Polsce i w reszcie Europy, widzę różnicę. U nas położono na tym lagę, a teraz podejmuje się jakieś akcje adhoc -„twarzą do Wisły”. Nie słyszałem jeszcze o żadnej akcji wychodzącej poza obręb jednego miasta. Na zachodzie jakoś jedno z drugim pożenili. Mają śluzy, windy, kanały i przepławki dla ryb. Wszystkim to jakoś pasuje.
      Przy okazji, przepraszam że czynię wtręt osobisty. Proszę uzupełnić wiedzę z zakresu hydroinżynierii. Zbiornik retencyjny czy zaporowy, ma kilka-kilkanaście metrów głębokości. Barka i pchacz potrzebują 180 cm. Wahania wynikające z opadów, nie czynią tu żadnej różnicy. Problemy wynikają z czego innego – prawie każda śluza jest zbocznikowana elektrownią. Bez tej śluzy, elektrownia nie będzie działać. Elektrownie wodne to 5% naszego bilansu mocy. No i jest to energia ekologiczna. Jeżeli wody w zalewie jest mało, to operatorzy śluz nie chcą przepuszczać cząstkowego obłożenia, bo obniżą moc na elektrowni.
      Na ten moment, powrót do dzikiej rzeki Wisły i Odry+ciepłe lato = 27 stopień zasilania.

      Reply
  • 26 września 2017 at 19:34
    Permalink

    Z tymi elektrowniami to nie do końca jest tak. Robek jest optymistą. Duże elektrownie, takie jak Solina, produkują 7% naszej krajowej energii. Poza nimi istnieje jednak cała masa MEW (mała elektrownia wodna). Przykładowo MEW na Warcie są mniej więcej co 20km. MEWki produkują 3-3,5% naszej elektrowni.
    Jeśli postąpimy elokogicznie i zlikwidujemy elektrownie wodne, żeby znaturalizować rzeki (to brzmi rodem jak z Seksmisji), to stracimy 10% naszego bilansu mocy. Ostrożna analiza pokazuje, że gdybyśmy w 2015 nie mieli EW pracujących nawet na pół gwizdka – zamknięcie firm, nie trwało by tydzień, tylko miesiąc.
    Do tego, większość węglówek pracuje na obiegu otwartym, lub półzamkniętym. Każda ma próg spiętrzający wodę. Bez progów – tracimy około 60% bilansu mocy. To już nie jest utrudnienie, tylko katastrofa, bo ilość energii nie wystarczy do utrzymania infrastruktury państwa, i bezpieczną konserwację przemysłu (o utrzymaniu ruchu nie ma nawet co marzyć).
    Naturalizacja rzek oznacza że będziemy w de. I to takiej całkowitej. Chyba że ktoś podejmie męską decyzję i pójdziemy w atom.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *