Czas zacząć pływać

Wojciech Kłosowski
6 marca 2012

Come gather ‘round people
Wherever you roam
And admit that the waters
Around you have grown
And accept it that soon
You’ll be drenched to the bone.
If your time to you is worth savin’
Then you better start swimmin’
Or you’ll sink like a stone
For the times they are a-changin’.

Bob Dylan

Jesienią 2011 r. odbył się we Wrocławiu Europejski Kongres Kultury. Potem był Kongres Kultury w Bydgoszczy, dalej Regionalne Forum Strategia dla Kultury w Warszawie i zaraz po nim, także w stolicy, II Kongres Bibliotek Publicznych. Chwilę później wystartował Kongres Kultury Partnerstwa Wschodniego w Lublinie, tuż po nim Łódzki Regionalny Kongres Kultury, następnie animatorzy i edukatorzy spotkali się na ShortCut Europe w Warszawie i wreszcie w pierwszych dniach grudnia odbył się Poznański Kongres Kultury. Czemu tyle środowisk kultury w jednym czasie zadecydowało o spotkaniu i debatach? Widocznie mają poczucie, że w kulturze następuje dziś fundamentalna zmiana i że wobec tej zmiany nie można być obojętnym. Fala wzbiera i czas zacząć pływać, bo ci, co będą nadal leżeć na dnie, za chwilę po prostu utoną.

Zauważyć rewolucję

Nie wszyscy tę zmianę dostrzegają. Wielu przybywa na kongresowe debaty, by upomnieć się w imieniu swej instytucji o „więcej pieniędzy na kulturę taką, jak dotychczas”. Ludzie wolą rzeczywistość stabilną, wypierają zmianę ze świadomości. Ale jak powiada Ayn Rand, „możemy uciekać od rzeczywistości, lecz nie możemy uciec od skutków uciekania od rzeczywistości”. A dzisiejsza rzeczywistość to kryzys dotychczasowego systemu działalności kulturalnej. Model kultury ekskluzywnej, zamkniętej w instytucjach, opartej na sztywnym podziale na światłych twórców i łaskawie oświecanych odbiorców, musi odejść w przeszłość.

Jego miejsce zajmuje nowy model: kultury otwartej, zapraszającej do uczestnictwa. Takiej kulturze nie są potrzebne „świątynie sztuki”, tylko przestrzenie spotkań. Nieostry staje się podział na twórców i odbiorców: wielobarwne pole kultury sprzyja raczej wymianie niż jednokierunkowemu przekazowi. Zamiast oświecania ciemnych mamy różne obiegi kultury, a w nich każdy z nas odnajduje się co chwila w innej roli. Bywamy publicznością, a za chwilę twórcami, menedżerami, mecenasami, krytykami kultury… Niezwykle ważna staje się edukacja, ale znów – rozumiana zupełnie inaczej. Dziś „kompetencja kulturowa” to nie tyle znajomość kanonów, co umiejętność krytycznego dyskutowania z kanonami i proponowania własnych.

Model hierarchiczny, sytuujący na szczycie „kulturę wysoką”, a wyrzucający poza salony „kulturę buntowniczą”, jest oparty na kłamstwie. Zaskakująco liczne dzieła z obecnego kanonu „kultury wysokiej” były w swojej epoce właśnie buntem, nie miały wstępu na salony. Do tej tradycji mają prawo raczej dzisiejsze squaty i wspólnoty undergroundowe niż szacowne muzea, raczej alternatywne kluby muzyczne niż dostojne filharmonie. System instytucji „kultury wysokiej” dokonał więc zawłaszczenia i w dodatku nie wie, co dalej zrobić z zawłaszczoną tradycją. „Kultura wysoka” samopowiela się w nieskończoność, tworząc coraz bledsze kserokopie samej siebie, by z coraz bardziej obrażoną miną wystawiać je w opustoszałych salach.

Tymczasem publiczność dawno przeniosła się do internetu, gdzie każdy może być pisarzem, plastykiem, fotografikiem czy filmowcem. Jeśli więc instytucje kultury mają być komukolwiek potrzebne, stary sposób robienia kultury musi być zastąpiony innym. Kluczowym słowem jest tu „uczestnictwo”.

Lege artis…

Czy prawo dostrzega tę następującą na naszych oczach przemianę? W znowelizowanej ustawie o organizowaniu i prowadzeniu działalności kulturalnej próżno by szukać takich słów jak „uczestnictwo”, „publiczność”, „odbiorcy”. Nie pojawia się też „animacja” czy „animatorzy”. „Edukacja” występuje dwukrotnie. Są za to inne słowa… Ilustracja poniżej to wygenerowana komputerowo chmura tagów: sto słów najczęściej występujących w tekście ustawy (oprócz „kultury”, terminu oczywiście najczęstszego). Wielkość poszczególnych słów na rycinie jest proporcjonalna do częstości wystąpień w tekście ustawy.

Rycina bezlitośnie obnaża sposób myślenia autorów ustawy, który przecież wpływa przemożnie na to, co dzieje się faktycznie: kultura zdaniem ustawodawcy to instytucje. Art. 2 ustawy brzmi:

Formami organizacyjnymi działalności kulturalnej są w szczególności: teatry, opery, operetki, filharmonie, orkiestry, kina, muzea, biblioteki, domy kultury, ogniska artystyczne, galerie sztuki i ośrodki badań i dokumentacji w różnych dziedzinach kultury.

Inne formy są więc dopuszczalne, ale uznano za słuszne wskazać katalog tych dwunastu form organizacyjnych, które występują „w szczególności”. Jakby chciano podsunąć obywatelom pewien wzorzec, którego dobrze byłoby się trzymać. Choć art. 3 ustawy przewiduje możliwość prowadzenia działalności kulturalnej przez „osobę fizyczną” – pojedynczego człowieka, to akurat tak się składa, że wszystkie wymienione formy organizacyjne są typowe dla instytucji. Wśród form działalności wskazanych jako występujące „w szczególności” nie ma ani „pracowni twórczej”, ani „atelier fotograficznego”, ani „zespołu rockowego”, ani „kolektywu artystycznego”, ani indywidualnego, niezorganizowanego „poety”, „muzyka studyjnego” czy „rysownika komiksów”. Pojedynczy ludzie bądź ich niesformalizowane grupy są potraktowani wyraźnie gorzej niż dostojne instytucje. Nie do tego stopnia, by nie mogli działać; mogą, bo mieszczą się w luce stworzonej przez zwrot „w szczególności”. Ale w dalszej treści ustawy pojawia się pojęcie instytucji kultury, która, jak wynika z art. 8, jest wyłącznie publiczna, nigdy prywatna.

Ustawa reguluje zasady działania instytucji kultury, nie przywołując ani razu nie tylko pojęcia uczestnictwa w kulturze, ale także pojęcia publiczności, odbiorców, widzów czy słuchaczy. Za to w art. 7 obszernie opisuje zasady przyznawania honorowej odznaki „Zasłużony Działacz Kultury”. Chciałoby się zapytać: zasłużony czym? Czym można się zasłużyć w tym dziwacznym świecie kultury bez publiczności? Czy dobrze zgaduję, że – gorliwą służbą Instytucji? Gdyby rzeczywistość pracy w kulturze była regulowana tylko przez ustawę, byłaby przerażająco płaska i oderwana od własnych celów. Po co istniałyby instytucje kultury? Żeby prowadzić działalność kulturalną. A po co działalność kulturalna, skoro nie zauważany jej odbiorców? Ano po to, by instytucje miały z czego żyć, utrzymywane przez publicznego mecenasa.

Na szczęście kultura jak drożdżowe ciasto ani myśli zmieścić się w tej ramce. Wyrasta ponad jej krawędzie, twórczo kipi i wylewa się poza system. Do pracy „w kulturze” przychodzą coraz częściej ludzie, którzy nijak nie chcą usiedzieć spokojnie w gotowych ramach i próbują otworzyć instytucje kultury na publiczność, zapraszając do uczestnictwa.

Żywe uczestnictwo w kulturze

Uczestnictwo w kulturze to aktywny udział człowieka w tych obszarach życia, które on sam odczuwa jako „kulturę” (i w tym sensie są one dla niego ważne), nie zaś w tych obszarach, które za „ważne” i „kulturalne” uznało społeczeństwo. Uczestnictwo polega na własnym wyborze, na własnej ekspresji. Być zawiezionym autokarem wraz z całą klasą do muzeum to niekoniecznie uczestnictwo. To może dobrze wygląda w statystyce, ale społecznie jest jałowe. By było to prawdziwe uczestnictwo w kulturze, a nie jego pozór, „dzieci z autobusu” – ta najłatwiejsza w obsłudze kategoria odwiedzających różne instytucje kultury – musiałyby najpierw być aktywnie zainteresowane spotkaniem z kulturą proponowaną przez instytucje, do których są wożone.

Uczestnictwo w kulturze to nie tylko konsumpcja kultury „upowszechnianej” przez instytucje. To w ogóle nie tylko konsumpcja, nie tylko bycie odbiorcą, widzem, słuchaczem, czytelnikiem. To świadome i dumne wnoszenie w obieg społeczny kultury – jak pisze Grzegorz Godlewski – „samodzielnie przez siebie odkrytej lub wynalezionej”. Nie chodzi przy tym jedynie o twórczość amatorską (choć i na nią jest miejsce). Częścią czynnego uczestnictwa w kulturze jest też aktywność krytyczna, dyskusja z kulturą zastaną, jej kontestacja lub afirmacja i inspirowanie się nią. Ba, uczestnictwem w kulturze jest także własny styl życia, sposób ubierania się, zwyczaje i rytuały grup społecznych, własny gust estetyczny, oparty na świadomym wyborze i będący wyrazem indywidualności lub przeciwnie – identyfikacji z jakąś wspólnotą. Słowem: uczestnictwo w kulturze, to dużo więcej niż „uczęszczanie do teatrów i muzeów”.

Instytucje kultury muszą nauczyć się zapraszać do uczestnictwa i dbać o zaproszonych ludzi. Szanować ich i z całą skromnością prowadzić z nimi stały dialog. Muzeum, teatr, opera, dom kultury i filharmonia muszą przestać uważać się za szafarzy smakołyków rozdawanych łaskawie najgrzeczniejszym. Bo świat się zmienił i to instytucje kultury stoją dziś w kolejce po łakocie, a szafarzem jest społeczeństwo rozdające najcenniejszą wartość, jaką jest żywa obecność ludzi w miejscach kultury. Jeżeli instytucje nie dostrzegą tego w porę, jeśli przegapią wzbierającą falę zmian i nadal będą leżały jak wielkie, bezwładne kamienie, to za chwilę ta fala przeleje się ponad ich dachami i zatopi je bezpowrotnie. Więc najwyższy czas zacząć uczyć się pływać.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Komentarze do “Czas zacząć pływać

  • 6 marca 2012 at 23:42
    Permalink

    Podpisuję się w 100% pod tekstem! Też tak myślę! A obserwacje na podstawie pustyni kulturalnej, która panuje w gminie, w której mieszkam. Obserwuję ją jako społeczny działacz na polu kultury oraz ze strony samorządu, gdzie pełnie funkcję radnej. Ogromnie się cieszę, że trafiłam na ten artykuł!

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *