Białe plamy na mapie sojuszy

Bartłomiej Kozek
14 września 2018

Czy dawni ideowi oponenci na szczeblu centralnym mogą być sojusznikami bardziej progresywnej polityki lokalnej? Czy ich obiecujące deklaracje rozpatrywać jako szczerą ewolucję – czy może zasłonę dymną?

Nie da się ukryć, że widoczny cztery lata temu wysyp ruchów miejskich przeorał nieco dominującą opowieść o miastach. Okazało się, że dla niemałego grona nowych mieszczan lanie betonu pod kosztowne, spektakularne inwestycje, przy których dobrze przecinać wstęgi tuż przed wyborami nie było zadowalającą odpowiedzią na stojące przed samorządami wyzwania rozwojowe.

Miasta na plus?

Jakość życia czy dostęp do czystego środowiska – kwestie, które przez lata traktowano drugorzędnie w stosunku do zaspokajania np. apetytów inwestycyjnych prywatnych deweloperów – nie było już tak łatwo ignorować. W Warszawie Hanna Gronkiewicz-Waltz zaczęła chwalić się bulwarami nad Wisłą oraz mieszkaniami komunalnymi. W Poznaniu epoka Ryszarda Grobelnego przerwana została przez wywodzącego się z ruchów miejskich polityka Platformy Obywatelskiej, Jacka Jaśkowiaka.

Oczywiście nie oznacza to, że polskie miasta zaczęły być krainami mlekiem i miodem płynącymi. Samorządy nie zaspokoiły własnymi siłami głodu mieszkaniowego, w zdecydowanej większości miast nie uporały się również ze smogiem.

Po obecnej kampanii widać już, że marzenia o cofnięciu choćby minimalnych zmian na lepsze w kierunku zrównoważonej mobilności oraz oddania dróg i chodników z powrotem w ręce samochodowej monokultury pozostają atrakcyjnym paliwem wyborczym, na przykład dla walczącego o Warszawę Patryka Jakiego.

Mimo wszystko jednak nie słyszymy już tak często o tym, że miasto to nie wieś, żeby jeździć po niej rowerem. Mało kto odważy się już zakwestionować rolę konsultacji społecznych w unikaniu konfliktów wokół inwestycji czy prawa lokalnej społeczności do dysponowania jakąś częścią budżetu samorządowego.

Wszyscy są aktywist(k)kami?

Zmiany te z jednej strony cieszą – nawet, jeśli wprowadzane są na skromniejszą skalę niż marzą o tym osoby o lewicowych, progresywnych przekonaniach czy też deklarujący sympatię dla aktywistycznego „miastopoglądu” – z drugiej jednak wiążą się one dla nich z niemałym wyzwaniem.

Skoro bowiem nie ma większych konfliktów o konieczność wytyczania nowych tras rowerowych czy o walkę ze smogiem to skąd czerpać wyborcze paliwo? Czy przesunięcie dominującego modelu myślenia o miastach nie sprawia, że siły progresywne i ruchy miejskie stają się właśnie ofiarami własnego sukcesu?

Nie wątpię, że po przeczytaniu zadanych przed chwilą pytań niejedna, związana z nimi osoba podważy ich założenia i stwierdzi, że rządzący częściej o zmianach mówią, niż je realizują. Odpowiedzią na ewentualne wątpliwości staje się zatem przede wszystkim kwestionowanie wiarygodności zmiany kursu i udowadnianie, że można ją dokonać dużo skuteczniej.

Problemy z tą opowieścią mają dwojaki charakter. Po pierwsze, jeśli lokalne władze nie mają za uszami jakiejś spektakularnej klapy w trakcie minionej kadencji, mają one przewagę, wynikłą z lat doświadczenia rządzenia oraz oczywistego zainteresowania mediów.

Łatwiej im dowieść, że działają w obrębie określonych ograniczeń i że muszą realizować politykę, która uwzględnia interesy różnych stron. Często zresztą jej uzasadnienie wychodzi z nieprawidłowych założeń, np. dotyczących potrzeby tworzenia polityki transportowej pod kątem potrzeb kierowców samochodów w sytuacji, gdy np. w Warszawie większość z nas porusza się transportem zbiorowym.

Prawda nas wyzwoli?

Tu jednak pojawia się drugi problem, który trapi zresztą także część środowisk liberalnych i tyczy się nie tylko szczebla lokalnego. Polega on na przyjęciu założenia, że najskuteczniejszą bronią przeciwko oponentom jest cierpliwe tłumaczenie i podawanie rzetelnych faktów. W wyniku demaskatorskiej działań podważona ma być kompetencja i wiarygodność atakowanych, a to stanowić ma z kolei pierwszy krok do wyborczego sukcesu.

Sęk w tym, że założenie to – choć niewątpliwie szlachetne – nie musi jednocześnie być skuteczne. Pojawia się bowiem pytanie o to, jak duża część elektoratu, np. w starciu z zachwytami Patryka Jakiego nad metrem w Sofii, zechce się zapoznać z całościowym działaniem lokalnego systemu transportowego i jego mankamentami.

Jeśli już jakiś jego fragment to zrobi pozostaje pytanie o to, jak duży kawałek tej grupy uczyni kolejny krok i np. uzna, że lepiej pod względem kosztowym byłoby zainwestować przede wszystkim w tramwaje i autobusy, a nie rysować kolejne, magiczne linie podziemnej kolejki na mapie.

Strategia np. Miasto Jest Nasze zdaje się mieć nadzieję, że odsetek ten jest dość spory i można mu zaproponować chociażby efekt 10 linii metra, możliwy do realizacji głównie dzięki wykorzystaniu możliwości już istniejącej sieci kolejowej w Warszawie.

Scenariusze takie, podobnie jak plany rozwoju sieci tramwajowej na Mokotowie, przedstawiony przez komitet Wygra Warszawa, są godne najwyższej pochwały z punktu widzenia promowania zielonej, zrównoważonej mobilności. Pytanie jednak, czy – jeśli przekazy progresywnych komitetów skupią się głównie na nich – nie będzie im groziło przypięcie łatki swego rodzaju „zielonych/miejskich technokratów”, proponujących złożone rozwiązania – słuszne, ale za to trudne do sprzedania w kampanii wyborczej.

Zważywszy na fakt, że pierwsze sondaże w wypadku Warszawy dają tym dwóm komitetom poparcie poniżej pięcioprocentowego progu, dającego nadzieję na reprezentację w Radzie Warszawy, a badania opinii w innych miastach wskazują najczęściej na dość sporą polaryzację między Koalicją Obywatelską a Prawem i Sprawiedliwością (którą w niektórych metropoliach, takich jak Gdańsk czy Wrocław, przełamują głównie komitety prezydenckie) – jest się nad czym zastanawiać.

Nowi konkurenci

Kwestia ta nie wydaje mi się zupełnie abstrakcyjna – kandydatów na „miejskich technokratów”, wykorzystujących w mniejszym lub większym stopniu ideę zrównoważonego rozwoju oraz wizję „miasta na ludzką skalę” może bowiem w najbliższych latach przybywać. Nie wszyscy z nich muszą wywodzić się z szeroko rozumianych środowisk progresywnych, co dodatkowo może komplikować lokalne układanki polityczne.

Najlepszym przykładem tego zjawiska wydaje się dziś Kraków. Choć badania opinii publicznej charakteryzują się tam dziś dość sporym rozstrzałem wydaje się, że jedyną osobą, mogącą choć trochę zamieszać w starciu urzędującego prezydenta, Jacka Majchrowskiego, a Małgorzatą Wasserman z Prawa i Sprawiedliwości może być Łukasz Gibała.

Były poseł Platformy Obywatelskiej, który po przejściu do Ruchu Palikota promował mocno (neo)liberalne propozycje gospodarcze. Dziś – potrafiący krytycznie spojrzeć na poczynania deweloperów lider lokalnego stowarzyszenia Logiczna Alternatywa.

W swojej książce „Kraków Nowa Energia” wciąż zdarzy mu się zacytować Margaret Thatcher (powiedzenie, że rząd nie ma własnych pieniędzy, umrze chyba dopiero wraz z naszą cywilizacją), ale na półce z jego lekturami znajdują się poza tym głównie te same książki, co u miejskich aktywistów.

Chce dużego wsparcia finansowego do wymiany pieców oraz bezpłatnej komunikacji zbiorowej. Zwiększenia roli pociągów w przewozach na terenie Krakowa oraz zmniejszenia dystansu między władzą i urzędnikami a mieszkankami i mieszkańcami. Rozwijania energetyki odnawialnej i miasta, w którym blisko do wszystkich, potrzebnych w codziennym życiu usług i urzędów.

Nawet tam, gdzie preferuje rozwiązania, wobec których można mieć nieco wątpliwości, stara się argumentować z pozycji bliskich ekopolityce czy miejskiemu aktywizmowi.

Promując swoją wizję dzielnicy biznesowej z drapaczami chmur proponuje ją jako antidotum dla obecnego status quo, w którym przestrzenie biurowe powstają bez składu i ładu, zagrażając spójności przestrzennej miasta. Wskazuje również, że taka dzielnica może być rozsadnikiem ekologicznych rozwiązań budowlanych, nie zaś przeniesionym pod Wawel warszawskim Mordorem.

Bruderszaft czy gest Kozakiewicza?

Nie chodzi tu o zachwalanie cudownego nawrócenia polityka, który do niedawna daleki był od lewicowych czy progresywnych postulatów. Konkretne zapisy jego programu w zbliżających się wyborach na prezydenta Krakowa wcale nie muszą zresztą brzmieć tak różowo jak obraz, który odmalowuje w swej książce.

Przykład Gibały jest interesujący co najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze każe zadać pytania o to, jakie sojusze polityczne, w jakich sprawach i o jakim charakterze, jesteśmy sobie w stanie wyobrazić.

W sąsiadujących z nami Czechach najzupełniej naturalne potrafią być na przykład alianse, w których wspólne listy lokalne tworzą Zieloni, Piraci i chrześcijańscy demokraci. Nie oznacza to, że którakolwiek z tych partii rezygnuje ze swych poglądów – wychodzą one jednak z założenia, że szczebel lokalny można oddzielić od tego ogólnokrajowego i że na tym pierwszym więcej je dzieli niż łączy.

Tego typu dyskusje są nad Wisłą siłą rzeczy skażone „wojną polsko-polską” i mniej lub bardziej wyraźnie artykułowanym, szczególnie przez liberalnych publicystów, pragnieniem wspólnej listy opozycji wobec rządów Prawa i Sprawiedliwości, która tej jesieni zablokowałby przejęcie przez partię Jarosława Kaczyńskiego jak największej ilości samorządów.

Dużo bardziej chodzi o wyobrażenie sobie sytuacji, w której – mimo różnic – możliwa jest współpraca ponad podziałami i wspólny start z akceptowanym przez wszystkie strony programem (i ewentualnym zastrzeżeniem prawa do odmiennego głosowania w sprawach niezapisanych w porozumieniu), który umożliwiłby zdobycie reprezentacji w radach poszczególnych miast i dawał szansę na wpływanie na politykę lokalną.

Przestrzeń na nową politykę

Jeśli jednak poszerzanie pola współpracy odrzucić, to pojawia się kolejne pytanie – o to, w jaki sposób odróżnić się programowo od komitetu, który deklaruje podobne priorytety programowe. Wydaje się, że w tym konkretnym wypadku kluczowe staje się równorzędne podnoszenie kwestii ekologicznych i społecznych, takich jak poszerzanie dostępu do wysokiej jakości usług publicznych.

Ta równorzędność wydaje się tu kluczowa. Możliwe jest postawienie tezy, że w tegorocznych wyborach samorządowych chyba po raz pierwszy tematyka ekologiczna nie będzie mogła być (przynajmniej w dużych miastach) traktowana jako kwiatek do kożucha, ale będzie musiała być wpisana w sam środek politycznego przekazu lokalnych, lewicowych i progresywnych komitetów wyborczych.

Wspomniana równorzędność pozwoli jednocześnie odróżnić się od „nowo nawróconych” na ekologię polityków i komitetów, a jednocześnie stępić nieco (w dużej mierze wyobrażony) radykalny wizerunek, oferując wizję nowoczesnego i zarazem troskliwego miasta. Paradoksalnie może ona być bardziej całościowa niż programy kandydatów, chcących złagodzić nieco swój wizerunek osób utożsamianych z tym czy innym nurtem ideowym.

Równie ważne jest to, by wspomniana wizja nie była jedynie listą życzeń, ale by towarzyszył jej realny symbol lub symbole takiej polityki. Konkretna obietnica, umożliwiająca zgromadzenie wokół siebie ludzi i odróżnienie się od konkurentów. Ile samorządów i ich lokalnych specyfik, tyle takich lokalnych odpowiedników 500+.

Jesień prawdy

Mając to wszystko na uwadze obserwowanie kampanii i wyników wyborów samorządowych będzie w tym roku niezwykle ciekawe.

Czy elektorat po raz kolejny zainteresuje się ofertą ruchów miejskich i uwierzy w ich opowieść o miejskiej polityce bez partii politycznych? Czy życzliwszym okiem spojrzy na inicjatywy, próbujące choć trochę skleić pokiereszowaną lewą stronę sceny politycznej? A może okaże się, że na wzroście zainteresowania tworzeniem zielonych miast najbardziej skorzystają partie i komitety, które w miarę uważnie uważnie czytały odpowiednie książki i raporty?

Odpowiedzi na te pytania mogą okazać się równie ciekawe, co wyniki starcia między Platformą Obywatelską a Prawem i Sprawiedliwością.

Zdj. Fragment okładki książki „Kraków Nowa Energia”.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.