Wędrówki za chlebem

Bartłomiej Kozek
1 stycznia 2016

Polki i Polacy tradycje wyjazdów z rodzinnych stron w poszukiwaniu lepszego życia mają opanowaną całkiem nieźle.

Wesele na południowo-wschodnim krańcu Polski. Bez znaczących odstępstw od krajowej normy. Szeroka rodzina, rosół i wódka. No i wieczorne zabawy, animowane przez krewniaka, wcielającego się w postać dawno nie widzianego wujka z Ameryki.

Amerykański sen

No właśnie, Ameryki… W latach 90. XX wieku – a właściwie to do wejścia Polski w Unii Europejskiej – mocarstwo po drugiej stronie Atlantyku było symbolem wolności i bogactwa. Polskie kino próbowało imitować to hollywoodzkie, a jedną z politycznych nadziei był lobbing tamtejszej Polonii, mającej pomóc chociażby w zniesieniu obowiązku wizowego.

Później o tych tropach nieco zapomniano. Skończyły się twierdzenia, że Chicago jest największym po Warszawie (i może jeszcze Łodzi) polskim miastem. Znacznie łatwiej dostępny po 2004 Londyn szybko zastąpił w społecznej wyobraźni „wietrzne miasto” i Nowy Jork.

Do tego tamtejsza Polonia najpierw okazała się nie taka znowu wpływowa, potem zaś skojarzono ją z PiS-owskim konserwatyzmem i zepchnięto na margines mapy społecznej wyobraźni.

Tymczasem – w kontekście trwającego w Europie kryzysu uchodźczego i związanego z nim oporu przed przyjmowaniem uciekających do Polski – sprawdzenie, skąd nasze rodaczki i rodacy wzięli się po drugiej stronie Atlantyku wzięli oferuje nam lekcję pokory. Dziwnym trafem większość z ich przodków nie zjawiła się tam bowiem z powodu zakupu ziemi pod własny dworek letniskowy…

Uciec od biedy

Szczęśliwie materiałów do refleksji nie trzeba szukać zbyt daleko. Jednym z nich jest wydana kilka lat temu książka Martina Pollacka „Cesarz Ameryki. Wielka ucieczka z Galicji”. Austriacki autor na tytułowej prowincji CK Monarchii nie poprzestał – zaglądamy w niej zarówno do bliższych (Królestwo Polskie, Słowacja, Bukowina, Hamburg), jak i dalszych zakątków świata, od Pensylwanii aż po Mumbaj.

Zaglądamy tam, bo we wszystkich tych miejscach znajdujemy ludzi, chcących uciec przed nędzą, niedostatkiem, a czasem wręcz głodem i prześladowaniami. Polaków, Ukraińców, Żydów, Słowaków i Niemców z rejonów, z których część znajduje się dziś na obszarze Polski. To opowieści, które są dziś bardziej lub mniej znanym elementem rodzinnych historii.

Opowieści te – powstałe na bazie rzeczywistych doświadczeń – z wielu powodów mogą się nam dziś wydać nieprzyjemne. Po pierwsze mówią o realnych, a nie wyobrażonych historiach. Tutaj nie ma miejsca na fantazje o posiadaniu przez każdą i każdego z nas szlacheckiego herbu i latyfundiów gdzieś na mitycznych „Kresach”.

Są za to przeludnione wsie i miasteczka z niemal nieobecnym przemysłem. Jeśli już gdzieś go znajdujemy – jak w karpackich zagłębiach węglowych – to wiąże się on z ciężkimi warunkami pracy i wyzyskiem.

Pozostanie na roli nie stanowi dużo bardziej atrakcyjnej alternatywy. Skokowy przyrost naturalny prowadzi do szybkiego rozdrabniania nawet względnie dużych gospodarstw rolnych. Poletka wielkości poniżej hektara nie są niczym nadzwyczajnym.

Jak w takich warunkach utrzymać rodzinę? Utrzymać całkiem dosłownie – zapewnić jej na tyle pożywienia, by nie zabiła jej epidemia, o choćby minimalnym wykształceniu nie wspominając? Już wyobrażenie sobie takiego właśnie życia przodków jest niemałym, intelektualnym i emocjonalnym wyzwaniem.

Obietnice bez pokrycia

Idźmy jednak dalej. Po wsiach regionu (nie tylko dzisiejszej Polski południowo-wschodniej – podobne zjawisko, o czym za chwile, nie było niczym dziwnym i w Kongresówce) krążyli ludzie, namawiający ubogich chłopów do emigracji.

Opowiadali przy tym niestworzone historie – o złocie, które wydobywa się podczas orania ziemi albo o papieżu, który nakazał dobrym, polskim katolikom przenieść się do Brazylii.

Niezbyt finezyjne z naszej perspektywy pułapki okazywały się nader skuteczne. W poszukiwaniu lepszego życia, mając niewielką wiedzę o świecie, uciekający przed biedą rozpoczynali wyprawy w nieznane.

Przepadanie bez śladu nie było niczym nadzwyczajnym. Młodym kobietom obiecywano wyrwanie się z wiejskiego czy małomiasteczkowego letargu, np. poprzez zatrudnienie w charakterze pracy domowej w Stambule.

Gdy opadała maska okazywało się, że trafiły one na handlarkę bądź handlarza żywym towarem, sprzedającego je do domów publicznych w Turcji, brytyjskich Indiach czy Argentynie. Nie trzeba dodawać, że rzadko kiedy udawało się sprzedanym uciec od swych stręczycieli…

Tor przeszkód

Przepaść można było na wiele sposobów. Można było mieć pecha i urodzić się rosyjskim Żydem w czasie trwających tam na przełomie XIX i XX wieku pogromów. Można było być Rusińskim chłopem z okolic Tarnopola, który uwierzył w plotkę o czekających po drugiej stronie granicy gruntach, oferowanych przez Rosję – i nigdy do Galicji nie wrócić.

Kiedy już pokonało się przeciwności losu, udało się w drodze do Ameryki przejść przez austriacko-niemiecką granicę za Oświęcimiem, przeżyć parę dni w Hamburgu przy Bremie wykładając ostatnie oszczędności na (ponoć już zagwarantowany) nocleg i wyżywienie, a także nie umrzeć w trakcie długiego rejsu, np. na cholerę, życie wcale nie musiało się stawać prostsze.

Jeśli trafiało się do Stanów Zjednoczonych czy Kanady można było liczyć na niechęć porównywalną z dzisiejszymi lękami przed przybyszami z Syrii, Afganistanu czy Erytreii. O ile np. niemieckich imigrantów przyjmowano z otwartymi ramionami, o tyle ci słowiańscy, węgierscy czy żydowscy na wiele sympatii liczyć nie mogli.

Za wielką wodą

Dla anglosaskich elit bywali leniwi. Przynosić mieli ze sobą barbarzyńskie obyczaje czy brak poszanowania dla higieny. Niektórzy przebąkiwali wręcz o „zagrożeniu dla rasy”. Wypominanie „cywilizacyjnej obcości” było na porządku dziennym.

Pollack przypomina zresztą, że nie były to uczucia zarezerwowane wyłącznie dla wyższych sfer. Północnoamerykańscy robotnicy oskarżali imigrantów o zaniżanie płac, pracodawcy z kolei cenili za to, że najczęściej nie w głowie były im strajki, więc mogli na nich liczyć w czasie lokautów.

Brazylijczycy przyjmowali ich z bardziej otwartymi rękami. Rzecz jasna z niekoniecznie altruistycznych powodów. Potrzebowali taniej siły roboczej, np. do budowy dróg w odludnych częściach kraju – szczególnie od czasu zniesienia w tym kraju niewolnictwa w l. 80. XIX wieku.

Nienawykli do tropikalnych warunków chłopi, jak zauważa austriacki autor, ginęli w trakcie robót jak muchy, np. umierając na febrę.

Więcej na temat polskiej emigracji do Ameryki Południowej – bardziej w kontekście Kongresówki – jeszcze w XIX wieku w swoich korespondencjach pisał autor „Kurjera Warszawskiego”, Adolf Dygasiński.

Jego „Listy z Brazylii” przepełnione są historiami ludzi, błagających go o przekazanie krewnym i znajomym z rodzimych wsi informacji o tym, że popełnili błąd i by za żadne skarby nie powielali go i oni.

Ciężkie warunki robót publicznych, długie wyczekiwanie na obiecane działki, życie na odludziu, na dachach prowizorycznych chatek wielce się różniło od opowieści o czekających na chłopów luksusach, z małpami w charakterze domowej służby włącznie. Zamiast posługi duszpasterskiej mogli liczyć na ukąszenie przez jadowitego węża. Nie znając języka niewiele mogli zmienić w swoim życiu.

Przebłyski teraźniejszości

Rzecz jasna nie wszystkie historie emigracji kończyły się tak wielkimi traumami. Nie brak było pracownic i pracowników sezonowych, którzy wracali w rodzinne strony i za ciężko wypracowane pieniądze modernizowali swoje domy.

Część pozostała w nowych ojczyznach i stała się ich wzorowymi obywatelkami i obywatelami – mimo tyrad zwolenników eugenicznej polityki imigracyjnej, np. w USA. Zaklimatyzowali się, choć wieszczono, że z powodu „niższości cywilizacyjnej” nie ma na to szans.

Warto jednak o nich pamiętać z dwóch powodów. Po pierwsze z powodu trwającego aktualnie kryzysu uchodźczego, będącego testem społecznej empatii.

Testem, przynoszącym niekiedy interesujące rezultaty. Tak jak na jednej z demonstracji antyimigranckich na północy Polski, na której przed muzułmanami przestrzegała niegdysiejsza… polska emigrantka z Belgii.

Wystarczy cofnąć się nieco w czasie by zobaczyć, że raz postawiwszy granicę między „lepszym a gorszym sortem” to, gdzie ona ostatecznie zostanie postawiona będzie w dużej mierze arbitralne. Straszący przed „inwazją barbarzyńców” łatwo zapominają, że podobną narracją potrafiły się wobec Polaków posługiwać brytyjskie tabloidy. I to wcale nie te 125 lat temu…

Cofnięcie się o mniej więcej ten okres pozwoli nam uzyskać odpowiedzi na aktualne pytania, które pojawiają się w debacie publicznej, takie jak skąd bierze się pieniądze na podróż do oddalonej o tysiące kilometrów Europy albo w jaki sposób działają osoby i instytucje, zajmujące się przemytem ludzi i często obdzierających ich z ostatnich oszczędności.

Przywracanie pamięci

Po drugie – historie opowiedziane przez Pollacka czy Dygasińskiego pozwalają lepiej zrozumieć nas samych. Stanowią zdrową alternatywę opowiadania o naszej przeszłości za pomocą Wielkich Kwantyfikatorów Pisanych Wielkimi Literami.

W sposobie tym jest miejsce albo na wielkie, narodowe zwycięstwa (w rodzaju bitwy pod Grunwaldem), albo na równie wielkie, narodowe porażki (patrz rozbiory i większość powstań).

Tak jak w przestrzeni publicznej nie ma za wiele miejsca na nieoceniające opowiadanie historii o własnych porażkach, tak w powszechnym myśleniu o tym, co dawne niewiele czasu poświęca się codziennym, przyziemnym wręcz trudnościom i klęskom.

Niby wiemy, że od wieków było tu raczej biednie niż bogato, niby czytamy „Janka Muzykanta” czy inne „Nasze szkapy”, ale tak naprawdę ta bieda i poniżenie pozostaje inna – bardziej obca niż swojska.

Warto nad tym faktem zadumać się przez chwilę, gdy myśleć będziemy o bliższych czy dalszych krewnych i znajomych, którzy mieszkają dziś w nieco innym miejscu niż w Polsce. I gdy znów zdarzy się nam usłyszeć o „zalewających Europę imigrantach”.

Zdj. Wikipedia, domena publiczna

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *