Szkoła codziennej homofobii

Marek Nowak , Jej Perfekcyjność
14 lipca 2015

Szkoła powinna odwracać negatywne wzorce przyniesione z domu rodzinnego, a jednak tego nie robi – Jej Perfekcyjność w rozmowie z Markiem Nowakiem.

Marek Nowak: 20 czerwca w Warszawie odbyła się organizowana przez Ostrą Zieleń debata na temat samobójstw młodych osób LGBT. Nie minęło wiele czasu od tego wydarzenia, a opinią publiczną w Polsce wstrząsnęła historia 14-letniego Dominika Szymańskiego z Bieżunia, który popełnił samobójstwo z powodu zaszczucia go w szkole. Nie wiemy nic na temat tego, czy chłopiec faktycznie był nieheteronormatywny, wiemy natomiast, że tak był postrzegany i to było powodem jego prześladowania. Powiedz, jak zareagowałaś na wiadomość o śmierci Dominika?

Jej Perfekcyjność: Historia Dominika jest niezwykle smutna i poruszająca. To co dla mnie jest dodatkowo w niej bardzo trudne, to fakt, że jest to dopiero pierwsza taka historia, która dotarła na taką skalę do opinii publicznej. Tymczasem takich „Dominików” i „Dominik” jest niestety w Polsce dużo więcej.

MN: To prawda, jednak ich historie zdają się nie przebijać do opinii publicznej. Wstrząsu nie wywołała organizowana przez środowiska LGBTQIA wspólnie z Ostrą Zielenią akcja „Płomień Nadziei”, w której palono świeczki dla wszystkich, którzy popełnili samobójstwo przez nienawiść i nietolerancję społeczeństwa. Podobnie rzecz się miała z wydanym w kwietniu raportem Towarzystwa Edukacji Antydyskryminacyjnej („Dyskryminacja w szkole – obecność nieusprawiedliwiona”), z którego wynika, że najbardziej prześladowane w szkole są dzieci ubogie oraz właśnie homoseksualne, bądź jako takie postrzegane. Raport nie wywołał, niestety, dyskusji w mediach. Po śmierci Dominika to się zmieniło. Jak myślisz, dlaczego?

JP: By pojawiła się gwałtowna reakcja, musi być konkretna osoba, inaczej ciężko jest skanalizować emocje. Kilka osób, tak trochę pół żartem, pół serio, zwracało uwagę, że polski ruch LGBTQ jest bardzo słaby tożsamościowo i nie tylko, ponieważ brakuje mu męczenników, czyli osób, które oddały życie i stały się ofiarami homo-, bi-, transfobii. Teraz Dominik staje się taką osobą.

MN: Dominik nie był pierwszą, ani, obym się mylił, ostatnią ofiarą homofonicznych ataków, ale tym co wydaje się w tej sprawie nowe, jest ta fala nienawiści, jaka wylała się na chłopca po śmierci. To, co obserwowaliśmy i dalej obserwujemy na różnych portalach społecznościowych, mówiąc eufemistycznie, dalekie jest od właściwej dla takiej sytuacji refleksji.

JP: To faktycznie poruszające, jednak nie powinno nas to dziwić.

MN: Dlaczego?

JP: Jest taka teoria, która mówi, iż zanim zacznie się masowo dyskryminować jakąś grupę społeczną, najpierw próbuje się ją odczłowieczyć. Klasycznym przykładem tego zjawiska była sytuacja Żydów w nazistowskich Niemczech w latach 20. i 30. ubiegłego wieku, kiedy mówiło się o nich, że są podludźmi. W momencie, gdy uda się najpierw w języku, a potem w świadomości ludzkiej odczłowieczyć jakąś grupę, przestaje się postrzegać śmierć reprezentanta tej grupy jako coś złego.

MN: Czy osoby LGBTQ są w Polsce odczłowieczane?

JP: Oczywiście. Najczęstszą obelgą jaką się słyszy w polskiej szkole jest „pedał”. Samo to określenie jest już bardzo odczłowieczone. Pedał to przecież nie człowiek. To taki dziwny potwór będący mieszanką pedofila, zboczeńca oraz, od niedawna, groźnego czyhającego za każdym rogiem monstrum genderowego.

MN: W Polsce, podobnie jak w większości krajów najważniejszą jednostką społeczną jest rodzina i to ona szczególnie w pierwszej fazie życia człowieka pełni bardziej formującą rolę niż szkoła. Jako badaczka zajmujesz się socjologią polskiej rodziny, czy rzeczywiście jest ona tak bardzo homofobiczna?

JP: Niestety tak.

MN: Z czego twoim zdaniem to wynika?

JP: To jest już problem na poziomie językowym. Fakt, że w samym słowie homoseksualizm kryje się słowo „seks”, powoduje, że w świadomości społecznej tożsamość homoseksualna jest redukowane do kwestii seksualnej, co powoduje hiperseksualizację tych osób. W percepcji społecznej homoseksualiści nie mają życia, nie mają tożsamości, bo są tylko i wyłącznie swoją seksualnością. Określenie „pedał” to z kolej skojarzenie z pederastią, pedofilią itd. Ciężko jest od tego uciec. Słowo gej, które jest w miarę świeże w naszym języku, próbuje sobie z tym radzić, ale to wciąż długa droga.

MN: To jedyny czynnik?

JP: Niejedyny. Innym jest silny wpływ kościoła katolickiego, który jest w polskim społeczeństwie nie do przecenienia, a który, zwłaszcza w ostatnim czasie, ma duże zasługi w rozpowszechnianiu homofobii. Do tego dochodzi kwestia edukacji. Szkoła powinna co do zasady być w stanie odwrócić negatywne wzorce przyniesione z domu rodzinnego, a jednak tego nie robi.

MN: Jaś Kapela w swoim felietonie na łamach KP za śmieć Dominika obwinia… Romana Giertycha, czy też szerzej „duch Giertycha”, który wciąż ma unosić się w MEN-e. Jakkolwiek, mówiąc delikatnie, nie był to polityk, który wspierał działania równościowe w polskich szkołach, jednak po nim przyszło 8 lat rządów PO w czasach, w których z rekomendacji tej partii mieliśmy trzy ministry edukacji. Czy nie lepiej przyjrzeć się dorobkowi tych pań, zamiast ciągle rozliczać Giertycha?

JP: Moim zdaniem duch Giertycha nie unosi się w polskiej szkole i nie sądzę, żeby prowadzona wtedy polityka miała przełożenie na dzisiejszy system edukacji. Myślę, że to, co robią kolejne ministry edukacji w rządach Platformy, ma jeden główny cel: zachowanie status quo. To polityka nastawiona na niewzbudzanie żadnych kontrowersji i trzymanie się tego, co jest. Głównym obszarem spornym ma być to, jaka będzie lista lektur – to oczywiście jest ważne, ale jednak nie najważniejsze. Mówiąc obrazowo: polityka PO polega na tym, by „jakoś pchać ten wózek do przodu”. Nieważne, czy jedzie źle, za wolno, czy też nie w tę stronę.

MN: W kwestii walki z dyskryminacją w szkole zdaje się, że stoi w miejscu.

JP: Masz oczywiście rację, że kolejne ministry edukacji narodowej z PO nic w tej sprawie nie robiły. Co więcej, organizacje pozarządowe, zwłaszcza te walczące z homofobią, skarżą się, że kiedy próbują się dobijać do ministerstwa, nie mają możliwości nawet spotkania się z kimkolwiek, z jakimkolwiek urzędnikiem. Tu już nawet nie chodzi o wprowadzanie jakichś projektów, nikt nie chce z nimi zwyczajnie porozmawiać i ich wysłuchać. Smutne, ale oczywiście zgodne z taktyką trzymania statusu quo.

MN: To twoim zdaniem gra polityczna, czy coś więcej?

JP: Z jednej strony to z całą pewnością wyrachowana gra polityczna, przewidziana na konserwatywnego wyborcę, ale z drugiej strony problem Platformy polega na tym, że jest tam grupa osób, które rzeczywiście mają homofobiczne poglądy.

MN: Ostatnio notowania PO spadają.

JP: Trudno się temu dziwić. Ta partia nie ma żadnej charakterystyki. O ile o PiS-ie można powiedzieć pewne charakterystyczne rzeczy, o SLD również, choć już coraz mniej, o tyle o PO czy też PSL-u nie można powiedzieć kompletnie nic. Zwłaszcza PO to partia, która jest każda i żadna zarazem. To przez to polityka PO w edukacji, ale i nie tylko, jest właśnie polityką pchania wózka, póki jedzie.

MN: Wróćmy jednak do sprawy Dominika i jego tragicznej śmierci. Z jednej strony to dobrze, że media zaczęły zajmować się tym tematem, z drugiej sam styl narracji tej opowieści w niektórych mediach jest trochę irytujący. Przywodzi na myśl narrację, jaką w latach 90. opowiadano w Polsce o biedzie. Nie istniało określenie „wykluczenie społeczne”, gdyż bardzo długo było postrzegane jako lewacki żargon, a narrację tych opowieści poza współczuciem cechował też ogromny protekcjonalizm oraz wyjmowanie poszczególnych zdarzeń z całościowej perspektywy. Przypominało to „opowieści z rezerwatu” zamiast pochylania się nad problemem, który jest, de facto, problemem systemowym. W przypadku Dominika mamy podobnie: zamiast opowieści o dyskryminacji i homofobii, której ofiarą pada wielu młodych ludzi, w tym także Dominik, mamy opowieść o „szkole grozy”, gdzie źli uczniowie przy wsparciu złych nauczycieli znęcali się nad jednym uczniem. W tej narracji system nie jest może idealny, jednak względnie działa, choć oczywiście zdarzają się gdzieś pojedyncze miejsca, gdzie jest źle. To nie opowieść o świecie, to zabieranie ludzi do kina.

JP: Przedstawienie tego problemu w ten sposób jest przede wszystkim bardzo wygodne. Po pierwsze – to jest narracyjnie bardzo łatwe i mówię o tym z punktu widzenia kogoś, kto przez kilka lat zajmował się dziennikarstwem. Prościej jest opowiedzieć historię, w której pojawił się wrzód na, w miarę zdrowym, ciele polskiej edukacji. Po drugie – takie przestawienie sprawy jest bardzo upraszczające, bo zwalnia nas ze spojrzenia na sprawę globalnie, myślenia systemowego i szukania rozwiązań, które by były holistyczne. Homofobia w szkołach nie jest problemem Bieżunia ani innych małych miejscowości w Polsce – to problem całego systemu edukacji.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *