Sceny z życia dziennikarskiego

Marek Nowak
8 lutego 2016

Spotlight to nie tylko opowieść o pedofilii w Kościele. To przede wszystkim film o tym, jak powinno wyglądać dziennikarstwo.

Z historii III RP pamiętam tylko jeden okres, kiedy media pełniły rolę kontrolującej poczynania władzy opozycji – w czasie drugich rządów SLD.

Czwarta władza

Nie pełniła jej wówczas opozycja parlamentarna. LPR był, jak na Polskę początku XXI w. zbyt prawicowy, Samoobrona, za którą stał realny społeczny gniew, nie miała dość politycznych kompetencji, by ten gniew politycznie zagospodarować, a świeżo powstałe po prawej stronie PiS i PO nie były merytorycznie gotowe do przejęcia władzy. Powstałe w owym czasie środowiska lewicowe, choć dynamiczne i intelektualnie ciekawe, w 2005 roku nie potrafiły SLD pokonać, a w 2015 go zastąpić.

Realną opozycją, która ostatecznie zepchnęła postkomunistyczną lewicę do politycznej drugiej ligi, była Gazeta Wyborcza (Leszek Miller i Włodzimierz Czarzasty nigdy tego nie zapomnieli). Udało się to, ponieważ w pełnieniu funkcji kontrolnej środowisko medialne było wtedy jednolite.

Wszystkie liczące się gazety, stacje radiowe i telewizje w Polsce potrafiły stworzyć wspólny front, który zapewnił im realny wpływ na partie władzy. Gdy wybuchła afera Rywina, nie było dwóch medialnych przekazów, z których jeden mówił o „aferze Rywina”, a drugi o „tzw. aferze Rywina”. Nie było podziału na media walczące z władzą i media tę władzę osłaniające.

Bez litości czy bez solidarności?

Te czasy już dawno są za nami. Dziś, gdy rządząca partia likwiduje media publiczne, środowisko dziennikarskie nie potrafi w tej (i jakiejkolwiek innej) sprawie mówić jednym głosem.

Media nie potrafiły pełnić funkcji kontrolnej wobec PO i nie potrafią jej pełnić, gdy u władzy jest PiS. Zamiast tego zajmują się głównie walką ze sobą nawzajem (”niepokorni” kontra „mainstream”) oraz (wbrew szumnym deklaracjom) o udział w rynku czytelnika, widza itd.

W to, że największe media służą jeszcze społeczeństwu, wierzą już chyba tylko najwierniejsi fani serialu Newsroom. W świecie zdominowanym przez globalny rynek logika zysku wygrywa z każdą inną. Siła kapitału jest większa niż siła podziałów ideowych, a kapitał zna tylko jedną wartość: zysk. By go zmaksymalizować gotów jest posługiwać się wszystkimi innymi wartościami.

Czy w tak zarysowanej rzeczywistości mówienie o misji dziennikarskiej nie jest już zwykłą naiwnością? Twórca Newsroomu – Aaron Sorkin – zawsze wierzył w wartości. Gdy realizował swój polityczny serial The West Wing (w Polsce znany jako Prezydencki poker) przedstawiał politykę jako troskę o cele społeczne i wieczny kompromis świata wartości ze światem realnych możliwości.

Powstały wiele lat później, stworzony przez Davida Finchera, nihilistyczny House of Cards kultywuje już tylko polityczną skuteczność jako nie tylko środek, ale też cel sam w sobie. Znamienne jest to, że polityk, który został wybrany z tęsknoty za polityką opartą na wartościach, Barack Obama, nazywa House of Cards „najlepszym serialem o polityce”.

Zarówno The West Wing, jak i Newsroom zarzuca się naiwność i propagandę. Oba te zarzuty są niesłuszne. W The West Wing ambicją Sorkina było przypomnienie o wartościach, które mogą kryć się za polityką. Podobnie zrobiony jest Newsroom. Serial przypomina, że media mogą i powinny być lepsze.

Opadanie zasłon

Tropem Sorkina podąża Tom McCarthy, którego Spotlight od 5 lutego możemy oglądać na ekranach kin. Obraz jednego z reżyserów Gry o tron to z jednej strony historia o demaskowaniu pedofilii w amerykańskim Kościele, z drugiej zaś hołd złożony dziennikarstwu. Film ma szansę dostać aż sześć Oscarów.

Gdy 6 stycznia 2002 r. na pierwszej stronie dziennika The Boston Globe ukazał się pierwszy z wielu artykułów piętnujących pedofilię w lokalnej archidiecezji, był to początek wielkiej afery, która zatrzęsła Kościołem katolickim w Stanach Zjednoczonych. Film opowiada o trwającym przeszło rok śledztwie dziennikarskim, którego owocem był ten artykuł.

Mamy tu ofiary nie radzące sobie ze swoją traumą, które z czasem przełamują zmowę milczenia, wielką instytucję, która zrobi wszystko, by sprawę zamieść pod dywan oraz prawników, którzy bronią duchownych, mimo iż przekonani są o ich winie. Na pierwszym planie pozostają jednak dziennikarze. Dociekliwi, poszukujący prawdy i nie ulegający naciskom.

Obraz śledztwa dziennikarskiego jest podany z dużą dokładnością i troską o realizm. W połączeniu ze sprawną reżyserią i świetnymi kreacjami aktorskimi daje to film, który mimo ponad dwóch godzin projekcji w ogóle się nie dłuży. Choć brak tu strzelanin, pościgów samochodowych i widowiskowych pojedynków to napięcie jest większe, niż w niejednym thrillerze, a atmosfera jest tak gęsta, że można by było ją kroić nożem.

Punkty widzenia

Jedną z najlepszych scen filmu jest rozmowa nowego naczelnego Globe’a, Martyego Barona, z kryjącym pedofilów w sutannie kardynałem, Lawem. To konfrontacja nie tylko dwóch osobowości, ale też dwóch różnych wizji dziennikarstwa.

Wspominający swoją dziennikarką przeszłość kardynał przekonuje gościa, że „miasto rozkwita, gdy wszystkie jego instytucje pracują razem”. W jego rozumieniu rolą mediów jest dbanie o „porządek społeczny”. W tak rozumianej wizji dziennikarze nie powinni mącić, ani robić cokolwiek, co mogłoby ten porządek społeczny (choćby był oparty na najbardziej zgniłych fundamentach) zburzyć.

Zasadniczy Baron odpowiada: „osobiście uważam, że żeby gazeta działała dobrze musi być samodzielna”. To typ dziennikarza, który nie zblatowałby się z żadną władzą, nie dałby się nikomu zastraszyć ani przekonać, że krytyka władzy to „wzywanie do anarchii”.

Jeden z moich znajomych po obejrzeniu filmu powiedział „niestety, musimy w Polsce długo poczekać na swoje Spotlight”. Z przykrością muszę się zgodzić. Myślę też, że musimy jeszcze poczekać, aż media znowu będą w stanie – gdy zajdzie taka potrzeba – pełnić realnie funkcję kontrolną wobec władzy (nie tylko tej politycznej).

Czy przy obecnych podziałach w środowisku i silnej komercjalizacji jest to w ogóle możliwe? Myślę, że to zależy w dużej mierze od tego, ilu będzie w zawodzie Baronów, a ile kardynałów Lawów.

Zdj. Okładka The Boston Globe

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *