Fot. Franciszek Znamierowski

Prostytucja, feminizm i władza prawa

Ewa Majewska
19 marca 2013

„Nie nędza bowiem jest jedyną przyczyną i cechą zasadniczą prostytucji, bo nędzę spotykamy dziś w najróżniejszych dziedzinach życia; nie handlowanie ciałem jest przywilejem wyłącznie prostytucji, bo my, kobiety tak zwane uczciwe, aż nazbyt często w małżeństwach naszych sprzedajemy prócz ciał jeszcze i dusze.(…) Owa cnota nasza i czystość, uwarunkowana, organicznie związana z istnieniem prostytucji sprawiła, że dziś w ręce nasze składają troskę o etyczne odrodzenie ludzkości, w programie ruchu kobiecego widnieje propaganda czystości obyczajów. (…) Dzisiejszy podział na kobiety moralne i niemoralne jest dokonany z punktu widzenia mężczyzny”.

Powyższy fragment wystąpienia Zofii Nałkowskiej na spotkaniu zwolenniczek praw kobiet w 1907 r. oddaje, jak sądzę, całą złożoność sytuacji osób, próbujących w ogóle podejmować kwestię prostytucji. Postrzegamy ją dziś przecież w określonej sytuacji (kapitalistycznym patriarchacie) i w określonym kontekście (wiele osób czytających te łamy z pewnością może określić się jako „feministki”). Historia debat wokół prostytucji jest właściwie tak długa, jak historia walki o prawa kobiet, gdyż ten postrzegany jako „najstarszy zawód świata” typ aktywności od dawna stanowił przedmiot krytyk, współczucia, obelg i prób naprawy.

Wśród feministek również toczą się spory dotyczące tej kwestii. Wiele autorek feministycznych zachowuje się tak, jakby o prostytucji można było decydować ponad głowami zajmujących się nią osób. Inne uważają, że prostytucja to praca jak każda inna. Jeszcze inne próbują niuansować swoje podejście, odwołując się do stanu aktualnego i rzeczywistości po rewolucji. Jeszcze inne rozważają prostytucję jako formę pornografii, tylko bardziej drastyczną. Wiele autorek i działaczek łączy wszystkie te stanowiska, inne z kolei starają się im przeciwstawić, mówiąc z pozycji pracownic przemysłu erotycznego, akcentując potrzebę wyzwolenia seksualności i pokonania wyzysku, ale zachowania prostytucji w jakiejś uwzględniającej potrzeby i godność zajmujących się nią osób formie.

Moje rozważania nie będą formą dzielenia tych stanowisk na „prawdziwie feministyczne” i „feministyczne fałszywie”. Choć zajmuję w omawianych tu sporach dość precyzyjne stanowisko, nie obiecuję więc tekstu neutralnego czy obiektywnego, uważam też, że nawet osoby postrzegające prostytucję zupełnie inaczej niż ja, mają mocne feministyczne argumenty na swoją korzyść. W przypadku stanowisk, które oceniam krytycznie, postaram się pokazać ich paternalizm i negatywne skutki dla wielu kobiet lub kobiet jako grupy, niemniej nie chciałabym ograniczać się do etykiet. Sprawa jest bowiem, jak mi się wydaje, poważna, a konieczność sensownego podjęcia jej, tak na poziomie krytyki społecznej czy krytyki kultury, jak i na poziomie praktycznych rozwiązań – paląca. Przejdźmy do rzeczy.

Kim jest prostytutka?

Odpowiedzi na to pytanie jest mniej więcej tyle, co stanowisk w tej kwestii. Prostytutka to jedna ze sprzeczności cywilizacji – powie marksistka. Prostytutka to ofiara wyzysku – doda. Prostytutka to ofiara patriarchatu, uzna tak marksistka, jak i feministka radykalna czy liberałka. Trzeba wyzwolić społeczeństwo od prostytucji – powiedzą feministki szwedzkie, ale nie poprzez zakaz prostytucji, tylko karanie klientów. Prostytutka to ja – powie prostytutka. Trzeba wyzwolić prostytutkę – powie rząd holenderski, i dokona legalizacji prostytucji jako jednego z zawodów, gdzie płaci się na ubezpieczenie społeczne, odkłada na emeryturę, zaś ilość poduszek w miejscu pracy prostytutki czy długość jej paznokci zostanie starannie określona prawem. Pornografia to teoria, gwałt to praktyka – powie Robin Morgan i wiele innych feministek radykalnych inspirujących się też marksizmem. Seksualność należy wyzwolić, a wraz z nią prostytucję, ale nie po to, by ją likwidować, ale tak, by nadać jej taką formę, która odpowiada uprawiającym ją kobietom – stwierdzą autorki popularnych książek o prostytucji, które same zajmowały się pracą w przemyśle erotycznym, takie jak Nickie Roberts, autorka wydanej również w Polsce książki Dziwki w historii, czy współautorki zebranej przez Jill Nagle antologii Whores and other feminists („dziwki i inne feministki”).

Prostytucja a prawo

Rozpocznę od rozwiązań prawnych, które w jakiś sposób regulują prostytucję, ponieważ w ostatnich latach właśnie one najczęściej pojawiają się w dyskusjach wokół prostytucji. Historycznie najbardziej chyba popularne rozwiązanie tej kwestii polegało na milczącej bądź uregulowanej zgodzie na istnienie prostytucji. Albo pomijano tę kwestię w przepisach, jak do dziś czyni np. państwo polskie, albo pozwalano na jej istnienie, regulując ją odpowiednimi przepisami, jak czyniły w renesansie Gdańsk czy Wenecja.

Jak podaje Nickie Roberts w książce Dziwki w historii, niektóre miasta dawały prostytutkom prawa i obowiązki analogiczne do cechów, choć, jak podkreśla ta autorka, nigdy nie uczyniono z prostytucji cechu. Prostytutki płaciły podatki, finansowały budowy katedr i kościołów, miały też czasem przydzielony fragment murów miejskich do obrony przed najeźdźcą tudzież część miasta do gaszenia pożarów. Nosiły specjalne wstęgi na miejskich paradach, i czasem niektóre reprezentantki tej profesji wspinały się całkiem wysoko w hierarchii faktycznej, bo nie instytucjonalnej, władzy.

Wiek XIX przyniósł wielką regulację prostytucji, w całości negatywną, i – przynajmniej tak twierdzi Roberts – znacznie bardziej drastyczną niż w średniowieczu, gdzie prostytutki owszem, kontrolowano, ale nie zakazywano prostytucji. Wyjątkiem był król Francji Ludwik IX, który, zapewne rozsierdzony ekscesami paryskich prostytutek, które utworzyły własną gildię przyjmując na matronkę Marię Magdalenę, postanowił wykorzenić prostytucję edyktem z 1254 r. Dwa lata później odwołał to prawo. Ważnym głosem w walce z prostytucją był głos sufrażystek, zwalczających skądinąd handel „białym towarem” momentami ostrzej niż niewolnictwo.

Surowy zakaz prostytucji obowiązuje od 2006 r. w Barcelonie, w 2012 r. rozważano również dorzucenie sankcji dla klientów. Nawet wzięte w ten podwójny ogień prostytutki wydają się niewzruszenie trwać na posterunku.

Karanie klientów – przypadek Szwecji

W 1999 r. w Szwecji uznano, że w ramach wyzwalania kobiet za korzystanie z prostytucji karać należy klientów. Wszystkie kobiety zajmujące się prostytucją zostały w ten sposób automatycznie postawione w roli ofiar (męskiej przemocy, wyzysku itd.), które należy tak samo chronić. Możliwość „wyboru prostytucji” jako zajęcia, zawodu czy pracy została przy tym automatycznie uznana za w jakiś sposób wątpliwą, skoro w każdym przypadku przy takim wyborze należy osoby, które „tak” wybierają, otoczyć ochroną. Rozwiązane to ma oczywiście tę zaletę, że odpowiedzialność za zjawisko prostytucji przerzuca na mężczyzn. Wydaje mi się jednak, że pomimo retorycznych i kulturowych walorów tego postawienia sprawy, niesie ono ze sobą szereg problemów.

Wśród prostytutek, zwłaszcza w krajach bogatego Zachodu czy bogatej Północy, do których niewątpliwie zalicza się Szwecja, sporo kobiet mogłoby realizować tego typu wybór w sposób gwarantujący im nie tylko niezły dochód, ale również pełne bezpieczeństwo, ochronę, a nawet poczucie spełnienia. Automatyzm uznania „wyboru prostytucji” za wybór zawsze zły sprawia wrażenie rozwiązania złożonego sporu mieczem. Jak podkreślają autorki i działaczki feministyczne, kraje „bogatej Północy” posiadają też dość rozbudowaną sieć handlu ludźmi. Problem ten przeniknął już do kultury popularnej, gdzie ogromną popularnością cieszą się powieści takich autorów jak Henning Mankell czy Stieg Larsson i ich ekranizacje. Czego dowiadujemy się z tych książek? Przede wszystkim chyba tego, że stateczny mieszczanin lub potomek arystokracji często wybiera działania i rozrywki na granicy prawa. Dowiadujemy się też jednak o tym, że w szarej strefie nieudokumentowanej migracji, czarnorynkowego zatrudnienia czy świata przestępczego dość dobrze rozwijają się rozmaite formy wykorzystywania seksualnego, które nie powinny być nazywane prostytucją, tylko przemocą, szantażem czy handlem kobietami. Karanie klientów – i to jest najpoważniejszy argument przeciw temu rozwiązaniu – sprzyja wzmocnieniu i rozbudowie tych form seksualnego wykorzystywania kobiet, które wskutek prawnego ograniczenia przemysłu erotycznego stają się jego nasyconym przemocą, nielegalnym zastępnikiem. Kobiety, często łudzone możliwością lepszego życia w Szwecji, przyjeżdżając z byłych republik radzieckich, Polski czy krajów biednego Południa, trafiają do przymusowej prostytucji, która z tą podejmowaną dobrowolnie nie mają nic wspólnego.

Oczywiście, rozwiązanie szwedzkie spełnia, jak skądinąd wiele rozwiązań prawnych w tym kraju, szereg wymogów moralnie nienagannego, humanitarnego prawa. Warto się jednak może zastanowić nad tym, jak ten humanitaryzm zakazu odbija się na cudzoziemkach przebywających w Szwecji tudzież na młodzieży i dzieciach w Tajlandii czy innych rajach seks-turystyki.

Legalizacja prostytucji – przypadek Holandii

W Holandii z kolei uznano, że prostytucję można potraktować jako formę zarabiania pieniędzy, na równi z innymi zawodami. Prostytutki płacą więc podatki, zbierają na emeryturę i rejestrują działalność gospodarczą jako prostytutki. Wiele z nich korzystnie ocenia możliwość funkcjonowania w społeczeństwie w roli szeregowego pracownika, osoby uznanej przez prawo, mogącej więc liczyć na wsparcie służby zdrowia czy organów ścigania.

Szereg krytyk z kolei dotyczy notorycznych kontroli medycznych i porządkowych, jakim poddawano prostytutki znacznie bardziej ochoczo niż innych przedsiębiorców. Prowadzenie działalności gospodarczej wymusza też odpowiednio wysokie ceny za usługi i skłania wielu klientów do korzystania z prostytucji zorganizowanej na zasadzie handlu ludźmi, wyposażonej w niechciane stręczycielstwo, przemoc i barwny krajobraz innych form brutalności typowych dla szarej strefy. Do tego dochodzi oczywiście problem handlu kobietami, o którym skądinąd od czasu legalizacji prostytucji w Holandii znacznie mniej słychać.

Prawo do uprawiania tego typu przedsiębiorczości mają oczywiście wyłącznie obywatelki Holandii, UE i kilku innych krajów, cała reszta kobiet nie spełniających tych kryteriów o możliwości zarejestrowania działalności gospodarczej pod hasłem „prostytucja” może tylko pomarzyć. Choć przestępstwo handlu ludźmi nadal ma miejsce również w Holandii, wiele wskazuje na to, że legalizacja prostytucji na równi z innymi zawodami jednak zapewniła znaczne uregulowanie tego procederu z korzystnymi skutkami dla wielu kobiet.

Spór w obrębie feminizmu

Prostytucja, jak wiele kontrowersyjnych społecznych praktyk, ma swoje intrygujące teoretycznie elementy, które podjęły nie tylko prawniczki, ale również filozofki, socjolożki i same prostytutki. Najbardziej chyba podstawowa z nich dotyczy możliwości „wyboru prostytucji”.

Interesujące rozważania odnośnie do tej kwestii znajdujemy np. w tekście Ann Ferguson z antologii Daring to be Good, gdzie przedstawia ona aktualną sytuację społeczną jako taką, w której większość zajmujących się prostytucją kobiet na świecie jest do tego zmuszonych przez biedę i/lub innych ludzi. Z jej perspektywy do oceny prostytucji konieczne jest uwzględnienie głosu samych zainteresowanych, jest ona też skłonna zaakceptować prostytucję jako wybór, pod warunkiem uznania jej za „ryzykowną moralnie praktykę”. Akcentując złożoność kwestii prostytucji w patriarchalnym kapitalizmie, próbuje ona budować też wizję społeczeństwa, w którym próby przekształcenia seksualnej kompetencji w pracę nie będą z konieczności uznane za przemoc czy „wybór niemożliwy”.

W krytyce pornografii, napastowania seksualnego i prostytucji najbardziej wyrazistą postać nadała tej kwestii niewątpliwie Catharine MacKinnon, autorka niezwykle popularnego opracowania kwestii seksualnego napastowania, które stało się podstawą odpowiednich przepisów tak w USA, jak też w innych krajach. W Polsce autorka ta znana jest przede wszystkim z walk z pornografią, którą próbowała wykorzenić projektami rozporządzeń dla miast Indianapolis i Minneapolis w pierwszej połowie lat 80. Oba projekty upadły, ponieważ ostatecznie uznano, że łamią Pierwszą Poprawkę do amerykańskiej konstytucji ograniczając wolność słowa i wypowiedzi. W obu projektach kluczowe jest to, że pornografia zostaje uznana za uprzedmiotowienie kobiet, podobnie zresztą, jak prostytucja. To uprzedmiotowienie ma dwa wymiary – sprowadzanie kobiety do roli obiektu seksualnego i wspieranie stereotypowej wizji kobiet jako przedmiotu męskiej przyjemności w przedstawieniach kobiet oraz urzeczowienie samych uczestniczek sesji zdjęciowych czy filmów, które stają się towarem w sposób jeszcze bardziej bezpośredni.

Jak wskazywała później Judith Butler w książce Walczące słowa, takie postawienie sprawy oznacza uznanie bezapelacyjnej skuteczności każdego przypadku pornografii jako aktu urzeczowienia kobiet. Tymczasem, dowodzi Butler, takie przypisanie pornografii absolutnej skuteczności unieważnia wszelkie próby oporu wobec proponowanych w pornografii przedstawień kobiet, jest więc petryfikacją kobiet w roli wyłącznie biernych odbiorczyń, wręcz ofiar seksistowskiej narracji. Butler nie zgadza się na takie retoryczne pacyfikowanie kobiet i proponuje krytykę i opór wobec krzywdzących reprezentacji kobiecości, ale nie w formie oddania całego sprawstwa politycznego w ręce autorów pornografii.

Prostytucja poza patriarchatem?

Butler zastanawia się też, i to otwiera nowy temat, co mogą uzyskać kobiety tworzące pornografię feministyczną i lesbijską. Wskazuje na to, że dla wielu kobiet rozerotyzowane wizerunki kobiet, mężczyzn, czy jednych i drugich jednak posiadają pewne zalety – pozwalają realizować potrzeby seksualne oraz tworzyć nowe formy seksualnej aktywności, wolne od patriarchalnych form zniewolenia i pruderii.

Warto przypomnieć, że tak stanowisko Butler, jak i innych feministek występujących na rzecz wolności seksualnej, zawiera krytykę pornografii i prostytucji w takich formach, jakie przyjmują one w patriarchacie. Są one jednak przekonane, że kultura to przestrzeń renegocjacji znaczeń, w której tworzenie wizerunków czy praktyki cielesne winny stać się polem nie tyle zakazów, co przede wszystkim rewizji, krytyk i oporu, a także tworzenia alternatyw.

W 1985 r. w Kanadzie odbyła się pierwsza większa konferencja na temat prostytucji organizowana przez bezpośrednio zainteresowane tematem kobiety. Później ich wystąpień pojawiało się coraz więcej, zaczęto wydawać publikacje przedstawiające zakaz prostytucji i pornografii jako kolejną formę opresji. Walka o prawa pracownic przemysłu erotycznego często łączyła się z działaniami na rzecz osób queer, jak np. we Francji czy w Barcelonie. W 1996 r. wydano książkę ex Wars pod redakcją Lisy Duggan i Nan Hunter, które podsumowują amerykańskie spory i debaty wyraźnie akcentując stanowisko „pro-seksualne” (Lisa Duggan przyjedzie do Warszawy na konferencję o cenzurze w maju 2013 r.).

Niemniej – równolegle debata o prostytucji bez prostytutek trwa. Pojawiają się spotkania na ten temat, w których nie uczestniczą prostytutki, jak sesja zwołana przez feministyczny magazyn „Ms.” w 1994 r. czy narady instytucji takich, jak IOM (Międzynarodowa Organizacja ds. Migracji), która skądinąd proponuje taką definicję handlu ludźmi, w której najważniejszy nie jest przymus czy przemoc, czasem również seksualna, ale nielegalne przekroczenie granicy. Prostytutki nadal oskarża się o rozprzestrzenianie chorób zakaźnych, jak stało się w Finlandii czy dzieje się w Grecji. W tych publicznych dyskusjach nadal brakuje jednego głosu – samych zainteresowanych oraz jednego stanowiska – krytyki patriarchalnego kapitalizmu z jego nieodłącznym dążeniem do wyzysku i alienacji. Tymczasem wobec prostytucji – jak w ogóle wobec wszelkich kwestii społecznych – przydałoby się trochę politycznej solidarności, zwłaszcza w takiej wersji, jaką proponuje czarna feministka bell hooks – niehierarchicznej, wzajemnej współpracy.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *