Opowiedzieć wojnę na nowo

Bartłomiej Kozek , Tomasz Pudłocki
16 lipca 2014

Historyk Tomasz Pudłocki odpowiada na pytania Bartłomieja Kozka o wiedzę i pamięć o I wojnie światowej w Polsce i w Europie.

Bartłomiej Kozek: Setna rocznica I wojny światowej była i jest dość hucznie obchodzona na Zachodzie – tymczasem w Polsce mówi się o niej relatywnie niewiele. Skąd ta różnica w spojrzeniu na nie tak znowu dawną historię Europy?

Tomasz Pudłocki: Odpowiem może tak: dwa tygodnie temu byłem w Berlinie, gdzie w Deutsches Historisches Museum jest ogromna, niezwykle ambitna wystawa „Der Erste Weltkrieg”. Szerokie ujęcie, wielość perspektyw, interesujące eksponaty… Każdy znajdzie coś dla siebie. W ten weekend z kolei byłem we Lwowie, gdzie w Muzeum Historii Miasta jest wystawa nie tylko że stara i nieatrakcyjna, ale opowiadająca tylko o Ukraińcach w latach 1914-1923. Byłem bardzo zaskoczony. Dwa zupełnie inne światy.

Myślę, że polskie spojrzenie jak zawsze jest gdzieś pomiędzy. Z punktu widzenia historyków wyszło mnóstwo interesujących książek, nie brak konferencji naukowych – trochę gorzej z wystawami i rekonstrukcjami historycznymi. Czy prasa do tej pory mówiła mało o Wielkiej Wojnie? Może wynikało to z tego, że cały czas to II wojna przysłania nam skalę okrucieństw i zniszczeń z lat 1914-1918, łatwiej też wciąż o świadków wydarzeń.

Poza tym myślę, że w Polsce w dalszym ciągu lubimy patrzeć na historię martyrologicznie – II wojna to bez dwóch zdań hekatomba narodu, który w 1945 r. otrzymuje państwo, o które prawie nikt nie walczył. I wojna światowa przynosi Polakom niepodległość, ale postawy Polaków wobec zaborców podczas tego konfliktu, a w 1918 r. sąsiadów i mniejszości narodowych, nie są już tak łatwe do oceny. Ta niejednoznaczność też ma tu swoją wagę. Niepokoi.

BK: Czy różnice w podejściu do pierwszej wojny między jej zwycięzcami a pokonanymi, ale też między wówczas niezawisłymi państwami a podległymi im narodami da się w ogóle przekroczyć? Czy doczekamy się kiedyś wspólnych europejskich obchodów tego typu wydarzeń?

TP: Bardzo bym chciał. Ten konflikt przeorał Europę nie tylko militarnie (mam na myśli liczne zniszczenia wojenne), ale i mentalnie. Przyniósł też wiele interesujących rozwiązań, które, jak np. Liga Narodów, nie sprawdziły się w dwudziestoleciu, ale po 1945 r. będą stanowiły ważną lekcję w budowaniu demokracji w Europie. Do tego dochodzą procesy emancypacji kobiet, demokratyzacji życia publicznego, bardziej sprawiedliwego niż przed 1914 r. podziału terytoriów.

Z drugiej strony dla Niemców, Węgrów, Włochów nie było powodów do świętowania. Społeczeństwa te przeżyły wielki zawód w okresie zawierania traktatów pokojowych. Niektóre narody zostały sztucznie połączone (np. Czesi i Słowacy albo Serbowie, Chorwaci i Słoweńcy), inne, jak Ukraińcy, nie dostali swojej szansy na niepodległość. Ormianie z kolei zostali w dużej mierze wymordowani przez Turków. Spojrzenia narodowe na rozwiązania lat 1919–1923 umieszczają nas zatem po różnych stronach.

Poza tym od razu pojawia się pytanie, co mielibyśmy wspólnie świętować? Pamiętajmy, że ten konflikt to też ogromny rozwój technologii wojennej, która nigdy wcześniej nie działała na taką skalę. Jej skutkiem była niespotykana wcześniej liczba zgonów żołnierzy i cywili, a także mnóstwo rannych.

BK: Przechodząc na inny poziom – czy masz wrażenie, że różne regiony Polski w różny sposób pamiętają wojnę lat 1914-1918? Jeśli tak, to z czego wynikają te różnice?

TP: To dziedzictwo zaborów. Ono mentalnie niekiedy wciąż w nas jest. Galicja została bardzo zniszczona przez działania wojenne i odcięta od niezwykle kulturotwórczego Wiednia. Tej luki Warszawa nie była w stanie zapełnić przez 20 lat. Ale paradoksalnie to inteligencja galicyjska po 1918 r. stanowiła podporę II RP. Kongresówka, która była siłą napędową mentalnych zmian przed 1914 r., gospodarczo straciła rynki zbytu na wschodzie. Oczy całego narodu zwrócone były w czasach wojny na Warszawę i wszystko to, co się tam działo.

Poznańskie, ówczesna podpora Narodowej Demokracji, gospodarczo było obok Śląska najlepiej rozwinięte – można odnieść wrażenie, że reszta II RP „wlokła” się za tym obszarem. Zachód obecnej Polski prawie nie doświadczył jednak wojny. Ślązacy i Poznaniacy nie byli zachwyceni pojawiającymi się tam od 1919 r. Polakami z Galicji, wchodzącymi do lokalnych struktur administracji, szkolnictwa itd. Zatem to nie tylko pamięć wojny i działań wojennych (lub ich braku), ale tego, co działo się od 1918 r. Walka o granice z sąsiadami – mniejszościami narodowymi, plebiscyty, powstania i potem próba działania w nowych realiach II RP.

BK: Sporo uwagi na piątkowej konferencji naukowej, która odbędzie się w Przemyślu, poświęcone będzie doświadczeniom historycznym Galicji – i to nie tylko tym wojennym. W jaki sposób polscy poddani monarchii habsburskiej podchodzili do wybuchu I wojny?

TP: Gdyby próbować uchwycić podejście do wojny poddanych Franza Josepha to chyba nie było ono bardzo inne od tego, co odczuwali inni Europejczycy. Wojna „wisiała” w powietrzu już od kilku lat, spodziewano się jej. Ówczesna prasa pełna jest różnych spekulacji. Nikt się jednak nie spodziewał, że konflikt będzie miał aż takie globalne, dalekosiężne skutki, no i że tak długo potrwa. Liczono na krótkie i spektakularne zwycięstwa – choć już różnie je rozumiano.

BK: Wiemy, że różne stronnictwa polityczne pokładały różnorakie nadzieje w monarchii austro-węgierskiej, inne zaś zupełnie się od niej dystansowały. Mógłbyś pokrótce przedstawić ówczesną mozaikę polityczną Galicji?

TP: Sprawa wcale nie była taka prosta. Niby już w sierpniu 1916 r. powstał Naczelny Komitet Narodowy, będący płaszczyzną porozumienia dla dużej części liczących się partii politycznych, z inicjatywy którego tworzono Legiony Polskie u boku armii austriackiej, ale szybko wyszło, że to zbyt szerokie forum. Endecja, socjaliści, ludowcy, nie licząc mniejszych partii i ugrupowań ukraińskich oraz żydowskich w dużej mierze czekali na rozwój wypadków. Jednak w dalszym ciągu, mimo rozdrobnienia sceny politycznej, prym wiedli konserwatyści (zarówno stańczycy, jak i podolacy).

O ile Akt 5 listopada został powitany bardzo entuzjastycznie, jako szansa na stworzenie państwa polskiego z własnym rządem (lub przynajmniej jego namiastką), tak wielkim rozczarowaniem był pokój brzeski z lutego 1918 r. Nawet bardzo lojalni poddani, jak np. bp przemyski Józef S. Pelczar zareagowali ostro. Trudno byłoby dziś znaleźć w Polsce biskupa, który by się przyznał do błędu w ocenie sytuacji politycznej i to przez lata. Pelczar zrobił to na wiecu publicznym. Droga do niepodległości wcale nie była ani oczywista, ani łatwa. To miały pokazać niemal wszystkie miesiące roku 1918, ale i lat kolejnych. Stąd może liczne lokalne rządy jesienią 1918 r., poczynając od Cieszyna, Krakowa czy Przemyśla.

BK: Wojna bardzo silnie oddziaływała na ludność cywilną, zarówno na obszarach walk, jak w wypadku Twierdzy Przemyśl, ale również na obszarach okupowanych wówczas przez armię rosyjską. W jaki sposób wyglądało życie codzienne na obszarze zaboru austriackiego w czasie I wojny?

TP: To przede wszystkim liczne zniszczenia (niekiedy nawet całych miast i wsi), wywózki ludności, potworne straty ekonomiczne, o czym świetnie w swojej książce pisał Tomasz Kargol. Ale to nie tylko Rosjanie. To także Niemcy (pruscy i austriaccy) i Węgrzy, którzy od powrotu w 1915 r. traktowali mieszkańców Galicji jako podejrzanych politycznie. Liczne procesy, aresztowania, sądy wojenne, egzekucje czy samosądy zaczęły stanowić „chleb powszedni” zwłaszcza Rusinów prawosławnych lub sympatyzujących politycznie z Rosją.

Wiedeń robił ogromne problemy z powrotem samorządów lokalnych – wszędzie rządzili wojskowi. Galicja była poniekąd traktowana jako kraj okupowany. Zatem to nie tylko Rosjanie, ale i ci, którzy byli „wyzwolicielami”. Wrócili „nasi”, choć już nie „nasi”. Do tego dochodzą też dążenia narodowe, tajna działalność wyzwoleńcza – polska i ukraińska – a także wspaniała postawa kobiet, których rola w I wojnie chyba nie do końca jest przez nas doceniana.

BK: Na konferencji będziesz mówił o tym, jak obszar dawnego zaboru austriackiego w okresie dwudziestolecia międzywojennego widzieli zagraniczni przybysze. Uchylisz nam nieco rąbka tajemnicy?

TP: To część większego projektu, którym się obecnie zajmuję – liczę, że efekty ukażą się na rynku wydawniczym jeszcze w tym roku. Co interesowało turystów czy przybyszów z obcych krajów? Dziennikarzy zazwyczaj nęciła sensacja, tj. lokalne echa sporów polsko-ukraińskich, a w latach 1918–1919 także pogromy żydowskie. Rozmawiali z Polakami i Ukraińcami, by zrozumieć, o co tak zażarcie kłócono się na forum europejskim. Anglików, Francuzów czy Niemców niemal zawsze zachwycał też Lwów i jego wielokulturowość. Tamtejsze Targi Wschodnie miały swoją siłę przyciągania, podobnie jak przemysł naftowy w Drohobyczu i Borysławiu.

Mamy też piękne opisy Huculszczyzny i Hucułów. Choć podróżnych było mniej niż w Zakopanem, to jednak uroki Karpat Wschodnich i fascynacja folklorem mocno widoczne są w pisarstwie obcokrajowców. Do Przemyśla przybywali, by posłuchać opowieści o czasach oblężenia, bombardowania, głodu – zobaczyć miasto, które jak wówczas pisano, sprawiło Rosjanom niemniejsze trudności w zdobyciu, niż Anglikom w wymowie jego nazwy.

BK: W Przemyślu nie brak różnego rodzaju obiektów, które przypominają o I wojnie. Dość wspomnieć ruiny fortów czy cmentarze poległych w czasie walk żołnierzy. W jaki sposób miasto pamięta o swojej przeszłości w ramach CK Monarchii oraz o wojennych doświadczeniach?

TP: Trudno mi mówić o pamięci miasta, bo to co najmniej kilka przestrzeni. Urząd Miejski (główny organizator centralnych obchodów), poszczególne instytucje zajmujące się historią, popularyzatorzy historii i profesjonalni historycy, nie mówiąc o mieszkańcach itd. Inaczej też wojnę pamiętają Polacy, Ukraińcy czy Żydzi (w ich przypadku mowa raczej o potomkach mieszkańców będących głównie na emigracji).

Mogę się wypowiadać w imieniu środowiska, do którego należę i które współtworzę. Od wielu miesięcy pojawiają się publikacje poświęcone Twierdzy Przemyśl z różnego punktu widzenia. We wrześniu Towarzystwo Przyjaciół Nauk wydaje materiały z konferencji lutowej poświęconej wojnie na galicyjskiej prowincji. W „Roczniku Przemyskim” nie zabraknie artykułów związanych z rocznicą – wyjdzie on w listopadzie. Jak co roku wiosną odbył się konkurs dla młodzieży szkolnej na temat historii i współczesności Twierdzy.

Miejscowi historycy i pasjonaci wydają ciekawe publikacje związane z czasem wojny. Do nich zaliczyłbym „Notatki z Twierdzy” Jana Jakuba Stocka w opracowaniu J. Batora. Wiem też, że Tomasz Idzikowski, jeden z najlepszych znawców tematyki, lada moment ma wypuścić monumentalną książkę o militarnej historii Twierdzy. A to tylko wierzchołek góry lodowej.

Setna rocznica wybuchu wojny dla specjalistów to dodatkowy impuls do działania. Co szykuje miasto i jak reagują na uroczystości zwykli mieszkańcy? Myślę, że warto wpaść do Przemyśla i przekonać się samemu.

Program konferencji „Wpływ Wielkiej Wojny na zmiany cywilizacyjne. Przemyśl, Polska, Europa”

Program obchodów stulecia walk o Twierdzę Przemyśl

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *