O sztuce, cenzurze i argumencie „z podatnika”

Mikołaj Spodaryk
6 czerwca 2014

Książkę Ewy Majewskiej „Sztuka jako pozór?” recenzuje Mikołaj Spodaryk.

Nowa książka Ewy Majewskiej nie jest do końca nowa – ale to niczemu nie szkodzi. „Sztuka jako pozór? Cenzura i inne paradoksy upolitycznienia kultury” jest zbiorem tekstów powstałych w latach 2008–2012. Część z nich publikowana była w „Obiegu” i „Tygodniku Powszechnym”. Mimo że poruszają kwestie, zdawałoby się, z odmiennych porządków: kultury, sztuki i polityki oraz przy użyciu różnych metodologii – głównie feministycznej krytyki społecznej, koncepcji społecznej reprodukcji przywileju Pierre’a Bourdieu czy teorii sztuki Jacques’a Rancière’a – skomponowana z nich książka Majewskiej jest propozycją spójną – choć nie stanowiącą jednolitego wywodu.

Główną myślą „Sztuki jako pozoru” jest intencja wykazania złudzenia autonomii sztuki i jej rzekomo apolitycznego charakteru. Patronami są tu wspomniani Bourdieu i Rancière, traktowani przez Majewską jako wzajemnie się dopełniające inspiracje. Niebezpośrednio rzucają również pewne światło na historię problemu przenikania się pól polityki oraz estetyki. Ujawniają nie tylko podobne przeczucia w kwestii diagnozy społecznej, ale i sprawstwa. Piszę „niebezpośrednio”, brak bowiem w książce Majewskiej diachronicznego spojrzenia na problemy teorii i historii sztuki.

Tym sposobem diagnoza Bourdieu, znosząca kantowski bezinteresowny sąd smaku i wprowadzająca w dyskusję o kulturze czynniki społecznościowe, socjalizacyjne i klasowe, jest punktem wyjścia dla analizy politycznego wymiaru sztuki oraz kwestii cenzury – która, jak zauważa przytomnie autorka, jest niejako wpisana w myśl francuskiego socjologa, chociażby dlatego, że klasowy charakter społeczeństwa sprzyja niedostępności niektórych praktyk kulturowych. Cenzura dotyczy bowiem nie tylko działalności artystycznej, lecz formowania się podmiotowości jednostki. Korektę, czy też rozwinięcie rozpoznań Bourdieu stanowią rozważania Judith Butler, w których rolę habitusu przejmuje płeć i sposób jej ekspresji dopuszczający wywrotowość, a także Rancière’owska koncepcja „dzielenia postrzegalnego”, nazywająca ten rodzaj partycypacji w rzeczywistości, w którym to, co odczuwalne, jest – na mocy społecznego ustanowienia – adekwatne do aktualnie zajmowanego usytuowania w rzeczywistości.

Cenzura w ujęciu Ewy Majewskiej dotyczy więc nie tylko praktyk artystycznych – cenzurowanie sztuki jest równoznaczne z ograniczeniem ekspresji nienormatywnych poglądów, a zwłaszcza krytyk zastanego systemu społecznego. Ten rodzaj polityczności zajmuje głównie uwagę autorki, która czujnym okiem wychwytuje z pozoru niewinne, związane z urynkowieniem sztuki zabiegi prywatnych – związanych z przedsiębiorstwami i korporacjami czy bankami – mecenasów, mających, zdaniem niektórych krytyków sztuki i polityków, zastąpić miejsce finansowania sztuki z publicznych pieniędzy. Ta kwestia znajduje ciekawe rozwinięcie w koncepcji Majewskiej, obnażającej ekonomiczny wymiar cenzury ze względu na obrazę uczuć religijnych, która rozbija się o argument – jak zgrabnie nazywa go autorka – „z podatnika”, czyli związanego z roszczeniem niezadowolonych z finansowania przedsięwzięć „kontrowersyjnych” z publicznych pieniędzy.

Autorka obserwuje również neoliberalne mechanizmy demontażu państwowej opieki społecznej. Jedną z ich cech jest rzutowanie problemów społecznych na plan symboliczny, w którym usiłuje się wytworzyć złudne wrażenie ochrony społeczeństwa poprzez wykorzystanie kontroli opierającej się na zaostrzeniu konserwatywnego kursu w kwestiach moralnych, takich jak obrona nieletnich, tradycji czy rodziny itd., co często uderza w sztukę, także tę niekoniecznie świadomie nastawioną na krytykę zastanego porządku.

Na uwagę zasługują więc fragmenty poświęcone sztuce krytycznej, zwłaszcza artystkom feministycznym, a także te poświęcone pornografii i mowie nienawiści według Butler.

To tylko parę problemów pojawiających się w „Sztuce jako pozorze”. W dalszej części książka jest ciekawym studium konkretnych przypadków, głównie z artystycznego mainstreamu. Ciekawym, gdyż analizy Majewskiej pozwalają pogłębić spojrzenie na najbardziej kontrowersyjne w „powszechnej” opinii działania artystyczne i zrozumieć mechanizmy społecznej debaty nad nimi, czemu okazji prawdopodobnie nie będzie brakować – co pokazała zresztą całkiem niedawna sprawa związana z wystawieniem „Adoracji” Jacka Markiewicza w CSW, czy ciągle powracająca kwestia tęczy na Placu Zbawiciela. I słusznie, że autorka skupia się na sprawach nagłośnionych, gdyż przekaz medialny jest tym, co również nie pozostaje bez wpływu na pole produkcji artystycznej.

Książkę Ewy Majewskiej można potraktować raczej jako antologię tekstów sugerującą pewną wrażliwość na społeczne i polityczne uwikłanie sztuki, niż zwartą metodologię. Jest godna uwagi szczególnie ze względu na wpisany w nią emancypacyjny projekt, oraz docelowo aktywistyczną postawę, której świadectwem jest załączony w formie dodatku „Manifest Komitetu na rzecz Radykalnych Zmian w Kulturze”.

„Sztuka jako pozór” jest książką dobrą i wciągającą, a jednocześnie przystępną dla stawiających pierwsze kroki w krytyce sztuki.

Ewa Majewska, Sztuka jako pozór? Cenzura i inne paradoksy upolitycznienia kultury, Ha!art, Kraków 2013, 253 s.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *