Fot. Olga Nowak.

Jak spotkałam się z końmi

Ewa Krzakowska-Łazuka
3 października 2013

W pewnym momencie konie zajęły w moim życiu tak ważne miejsce, że to, co było przed nimi – wydaje mi się grubym nieporozumieniem. Konstelacja myśli, doznań, zajęć i spraw, w której są tylko niewyraźnym obłokiem niespełnionego marzenia, czymś, co niby jest i istnieje, ale jest niedostępne i nieoswojone – układa mi się teraz jako coś nierealnego. Jeśli taki amorficzny daleki obłok w pewnym momencie zniży się na wyciągnięcie ręki, pozwoli dotknąć, a przeczuwany kształt zacznie się pod dotykiem wyostrzać – trudno o tym pisać, bo słowa trywializują i zniekształcają.

Już sama próba ubrania w słowa „poezji w ruchu” – bo tym właśnie są konie – opatrzona jest ryzykiem. Mówi się, że jeśli Bóg stworzył coś piękniejszego – ukrył to przed nami. Nie obnosiłabym się z miłością do nich, gdybym widziała w nich wyłącznie czysto zewnętrzne piękno. To znacznie więcej. Trzeba tylko zbliżyć się do nich dostatecznie blisko. „szlachectwo bez dumy, przyjaźń bez zazdrości, piękno bez próżności”… Przyszła mi kiedyś do głowy wizja zaświatów, w których zabrakło dla nich miejsca. Pomyślałam, że wybrałabym wtedy, chyba, ziemski epilog, bo byłoby to tak smutne i rozczarowujące. Jeśli odczytacie to jako przejaw egzaltacji powiem wam, że podobną myśl miał jeden z korespondentów Theodore’a Roosevelta („Boże uchroń mnie przed niebem, w którym nie byłoby koni” – pisał w liście do amerykańskiego prezydenta). Odkryłam to niedawno i pomyślałam, że nie jest jeszcze ze mną tak źle i że coś w tym musi być, skoro rozmaitym ludziom, niezajmującym się na co dzień rozpamiętywaniem wieczności, przychodzą takie rzeczy do głowy.

Dlaczego uważam, że powinnam przekonywać do koni i jazdy konnej. Bo zaczęłam późno. Pierwszy raz siedziałam na koniu po trzydziestce. Bo zawsze wydawało mi się, że jestem osobą o bardzo niskich możliwościach i tolerancji na wysiłek fizyczny. Co tu dużo mówić – fajtłapa. Bo „od zawsze” przez prawie 20 lat, dzień w dzień bardzo skutecznie uprzykrzał mi życie ból kręgosłupa i nic nie pomagało – a teraz już prawie o tym nie pamiętam. Wystarczyła godzina w tygodniu. Dłuższe przerwy pomiędzy jazdami nie powodują nawrotu dolegliwości. Przestałam się też zupełnie przeziębiać, choć jeździ się także w zimie przy -20 st. i często schodzi z konia w mokrej od potu koszulce. Dlaczego? bo choć drętwieją wtedy z zimna ręce i nogi – człowiek nie jest w stanie bez tego żyć i czekać do wiosny na lepszą pogodę. Bo zauważyłam, choć w innych sprawach mam umiarkowaną siłę perswazji, że kiedy zaczynam mówić o koniach, ludzie zaczynają słuchać. I mówią, że rozpalają mi się oczy. Bo to było marzenie, które nie miało się już spełnić. Mogłabym tak jeszcze długo. Mam jednak pragmatyczny cel. Jeździectwo w piękny sposób pogłębia kontakt z ludźmi (nie powiem o tym nic więcej, bo to materiał na traktat filozoficzny) i jest mi po prostu przykro, że część z Was może nie znać tego stanu odurzenia szczęściem, harmonią i poczuciem wolności. Część z Was dobrze wie, o czym mówię i pewnie się już uśmiecha. Wpadłam jak śliwka w kompot, czego i Wam życzę.

Dlaczego tak późno?

Właśnie. Czas bez koni w swoim życiu odbieram jako rodzaj nieświadomej ascezy przez ignorancję. Tym bardziej, że ta miłość była zawsze. Nieskonsumowana wisiała nade mną jako ten obłok. Kiedy byłam mała, a widok ciągnącego wóz konia nie był czymś niecodziennym na ulicach miast, moja mama musiała stać ze mną tak długo, aż „konik” nie zniknął z pola widzenia. Przekonywałam rodziców, żeby konia trzymać na balkonie. Dramatem mojego dzieciństwa było to, że rodzina, u której spędzałam na wsi wakacje, konia nie miała. Doprowadzałam ich do rozpaczy, znikając nie wiadomo gdzie i kiedy, zabierając się „w siną dal” na jadących na żniwa wozach. Wystawałam godzinami w stajniach, gapiąc się na konie. Do tej pory pamiętam wygląd i maść każdego z nich. Rzadko bawiłam się w sklep i tego rodzaju rzeczy. Z koleżanką bawiłam się w konia i woźnicę. Zaczyna się robić groźnie? To poprzestańmy na tym. Później był nabierający przyśpieszenia życiowy kołowrót. A jeszcze później, po kolejnych studiach, nie mając obok nikogo, kto mógłby mnie wyprowadzić z błędu, mieszkając w Warszawie w najbardziej konnej dzielnicy, stwierdziłam, że jestem po prostu „za stara na tak wymagający sport”.

Współczesna kultura prawie zupełnie wyparła konie i jazdę konną z żywego krwiobiegu. I choć daje się pod tym względem zaobserwować od jakiegoś czasu zmianę na lepsze, jakąś oddolną społeczną potrzebę, to instytucje, które powinny czuć się zainteresowane promocją jeździectwa, wciąż słabo się sprawdzają. Jeśli w rodzinie nie podtrzymywano takich tradycji lub nie miało się kogoś takiego w bliskim otoczeniu (ja nie miałam) – można dożyć swoich dni, kierując się tak fałszywym przeświadczeniem. „Jest za późno. Muszę sobie darować”. Czy zwróciliście kiedyś uwagę, kto stoi na podiach prestiżowych zawodów jeździeckich? Kobiety razem z mężczyznami (a to już w sporcie ewenement, przeczący stereotypom słabej płci). Bardzo często osoby w wieku powyżej 40-50 lat. Na Olimpiadzie w Londynie zespołowo zwyciężyła reprezentacja Wielkiej Brytanii, która składała się z zawodniczek i zawodników w wieku 31, 35, 41, 43 i 53 lat. Reprezentant Japonii Hiroshi Hoketsu wystąpił na tych samych igrzyskach w wieku 71 lat!

Jeździectwo jest sportem, w którym ogromne znaczenie ma doświadczenie. Nie ma jednak górnej granicy wieku dyskwalifikującej kandydata na jeźdźca (dzieci nie powinny zaczynać wcześniej niż w wieku 6-7 lat). Jedna z moich instruktorek ostatnio nauczyła jeździć od podstaw osobę 72-letnią. Znam jednak jeszcze bardziej imponujący przypadek. Byłam kiedyś na pokazie dokumentu o pewnym słynącym przed wojną z wirtuozerii w siodle, żyjącym obecnie w Anglii kawalerzyście, który dzięki swym niepospolitym umiejętnościom, mając po wojnie 50 funtów w kieszeni, w trudnej życiowo sytuacji, przeniknął do hermetycznych kręgów tamtejszej arystokracji. Po filmie połączyliśmy się z bohaterem filmu za pomocą Skype’a. Na ekranie pojawił się 89-letni dziarski starszy pan, który przeprosił nas za spóźnienie „ponieważ właśnie zszedł z konia”. Pomyślcie tylko, jak długo będziecie mogli się cieszyć tym sportem, kiedy już zaczniecie!

„Koń, jaki jest, każdy widzi”… Niezupełnie.

No więc żyłam sobie z tym swoim niespełnionym uczuciem do koni. Spacerując z psem w pobliżu jednej ze stajni, wspinałam się na palce i zaglądałam do boksów przez zakurzone okienka. Odprawiałam ten nielicujący z powagą wieku rytuał każdorazowo, gdy byłam w tym miejscu, ale nie przyszło mi do głowy, żeby zdobyć się na refleksję, dlaczego to robię i czy może jednak nie dałoby się czegoś z tym zrobić. Kiedyś weszłam do środka. W przejściu ktoś przygotowywał do jazdy dużego, karego konia. Wydał mi się przerażająco wielki. Bałam się zbliżyć. To naturalna reakcja każdego, kto nie poznał bliżej tych zwierząt. Dobrze o tym pamiętać, bo bardzo często ktoś mówi „Ja tak lubię konie, chętnie bym spróbowała, ale się ich boję”. Ważący często ponad pół tony koń z łatwością mógłby zrobić nam krzywdę. Nie robi tego, bo jest (jeśli tylko ktoś nie wyrządził mu wcześniej krzywdy) wrażliwą, przyjacielską, ufną, znajdującą satysfakcję w harmonijnym współdziałaniu z człowiekiem istotą.

To było jedno z tych nieoczekiwanych wspaniałych odkryć: koń nie różni się zasadniczo pod tym względem od psa czy kota. Potrafi sprytnie i bardzo skrupulatnie rewidować kieszenie i zakamarki toreb w poszukiwaniu marchewek. Zamierać i mrużyć oczy pod dotykiem głaszczącej ręki. Tylko dwa ze znanych mi koni, tuż po jeździe, dokładnie tak jak robią to koty, ocierają się o mnie głowami. Nie wyglądam wtedy najbardziej schludnie, ale za każdym razem cieszę się jak dziecko, bo te dwa – to te, które najwięcej mnie nauczyły i z którymi łączy mnie najsilniejsza więź. I co ważne, nie zmusicie ich, by zachowywały się tak wobec każdego. Konie mają bardzo dobrą pamięć. Są pod tym względem za słoniami. Osoby, które piszą artykuły na temat zawartości tłuszczu w koninie, powiedzą wam, że to naiwne marzycielstwo i czysto behawioralne odruchy. Nie wierzcie. Nie dalibyście sobie przecież wmówić, że relacja z waszym psem czy kotem sprowadza się do czegoś takiego.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *