Głos niewidocznych

Marek Nowak
8 stycznia 2018

Krzysztof Wodiczko jest jednym z najważniejszych współczesnych polskich artystów.

Najnowszy projekt pt. „Żywe obrazy” to niezwykła podróż, w którą zabiera nas artysta wraz z bohaterkami i bohaterami swojego najnowszego dzieła. Jest to podróż bardzo bolesna. Mimo to warto w nią wyruszyć, gdyż będzie ona dla nas ważną lekcją o niedostatkach naszej demokracji.

Od strony koncepcyjnej „Żywe obrazy” to projekt ożywienia historycznych postaci głosami współczesnych osób. Słowo „ożywienie” należy traktować tu dosłownie, gdyż za sprawą „nałożenia” na wizerunki znanych historycznych postaci twarzy i gestów uczestników projekcji, Stanisław Staszic, Hugo Kołłątaj i Stanisław Małachowski przemawiają do nas z portretów głosami studentów, działaczy lokatorskich, aktywistek walczących o prawa kobiet. Co mają nam do powiedzenia postacie kryjące się za portretami bohaterów przełomowych czasów Konstytucji 3 Maja? Oto ich kilka myśli…

Nauka w Polsce jest dostępna tylko dla bogatych, a państwo wycofuje się coraz bardziej ze wsparcia dla osób studiujących na uczelniach. Dla 60-letniej kobiety wyrok eksmisji bez prawa do lokalu socjalnego jest jak wyrok śmierci. Kobiety myślące w Polsce o posiadaniu dziecka – po likwidacji standardów okołoporodowych i w perspektywie możliwego zaostrzenia prawa aborcyjnego – boją się „utracić podmiotowość, bezpieczeństwo i człowieczeństwo, gdy zajdą w ciążę”. Wielu rodziców boi się, że po zmianach w podstawie programowej ich dzieci zamiast nauki będą w szkole poddawane ideologicznej obróbce.

Wszyscy znamy te głosy, gdyż słyszymy je niemal codziennie. Czy jednak je rozumiemy, a co ważniejsze, czy biorą je pod uwagę ci, do których są zaadresowane?

Niestety, z tym nie jest zbyt dobrze. Słuchając tych głosów, jakże różnych, wypowiadanych przez osoby w różnym wieku i z różnym statusem społecznym, miałem wrażenie, że ich przekaz jest wspólny. Nasi współobywatele i współobywatelki za pośrednictwem postaci historycznych zwracają się do nas, by powiedzieć, że w dzisiejszej Polsce są ignorowani, traktowani jak powietrze.

Jedna z uczestniczek projekcji: „Dziś mamy 10 września 2017 roku i za tydzień pojawię się na kolejnej demonstracji przeciwko eksmisjom na bruk. I myślę, że to nie będzie ostatnia demonstracja”. Inna chodzi do sądów, by nie stracić dachu nad głową i… przegrywa kolejny raz. Podobnie jak studentka, walcząca przeciw zmianom w szkolnictwie wyższym, czy matka protestująca przeciwko pośpiesznie wprowadzanej reformie edukacji. Nikt żadnej z nich nie odebrał prawa do protestu, lecz wiadomo z góry, że protest ten będzie zlekceważony.

Istnienie powietrza się po prostu ignoruje. Podobnie jest z bohaterkami projekcji. Istnieją i mają możliwość artykulacji swojego sprzeciwu, ale jest to sprzeciw dotkliwie bezcelowy – on nawet nie zostanie zwyczajnie odrzucony lecz po prostu pominięty. W przypadku odrzucenia strona społeczna ma przynajmniej reakcję zwrotną, która, nawet jeśli jest niezadowalająca, to jednak podnosi uczestników sporu (ktoś wysłuchał, kogoś zainteresowało, co strona społeczna miała do powiedzenia, może przyjął przynajmniej część postulatów itp.). Tymczasem w przypadku zignorowania pozostaje bezsilność i wyniszczająca pustka w miejscu, gdzie powinna być jakakolwiek reakcja.

Gdy w Warszawie na posiedzeniu Rady Miasta dyskutowano o problemach lokatorek i lokatorów wyrzucanych z mieszkań oddawanych w czasie tzw. dzikiej reprywatyzacji, to pani prezydent nawet się nie zjawiła, by posłuchać, co ci ludzie mają jej do powiedzenia – potraktowała mieszkańców rządzonego przez siebie miasta właśnie jak powietrze.

Podobną wrażliwością wykazał się niedawno minister Zbigniew Ziobro. Kiedy obywatele zaniepokojeni zmianami w sądownictwie słusznie protestowali przeciwko ustawom, które naruszają Konstytucję (co w przypływie szczerości uznała nawet posłanka Pawłowicz), minister sprawiedliwości stwierdził w wypowiedzi dla mediów, że „protestów nie zauważył”, co wymagało jednak bardzo dużo złej woli.

To smutne, że niezależnie od tego, kto sprawuje władzę, zawsze traktuje się ludzi dla danej władzy niewygodnych, jak wspominane już powietrze.

„Przyszedł kwiecień i kolejna demonstracja, tym razem przeciwko zaostrzeniu prawa aborcyjnego. Tym razem udałam się pod sejm tupiąc i wrzeszcząc ze złości i bezsilności” – mówiła kolejna z uczestniczek. Słuchając jej, przypomniałem sobie o pewnym zdarzeniu. Podczas katastrofy smoleńskiej byłem na przedostatnim roku studiów. Część naszych wykładowców zachęcała nas, byśmy jako przyszli politolodzy udali się po zajęciach na Krakowskie Przemieście i porozmawiali z ludźmi modlącymi się pod pamiętnym krzyżem.

Skorzystałem z tej rady. Choć faktycznie pamiętam, że było w tamtych ludziach sporo złych emocji, to przede wszystkim poza złością było też coś innego: „Od kilku dni jestem pod pałacem, czuję straszną bezsilność”. Czy dziś nie brzmi to znajomo? Czy złych emocji po tamtej stronie nie byłoby zdecydowanie mniej, gdyby ówczesne elity polityczne, zamiast nakręcać ohydne dehumanizujące spoty wyborcze z ludźmi spod pałacu w roli głównej, spróbowały z nimi porozmawiać? Czy zrealizowanie w odpowiednim czasie idei „pomnika świateł” nie ostudziłoby przynajmniej części złych emocji? A czy dzisiejsze elity polityczne, zamiast narzekać na radykalizm Obywateli RP i za pośrednictwem „mediów narodowych” organizować seanse nienawiści względem ludzi, którzy, z wielu powodów, są przeciwni tej władzy i wyrażają to w różnych protestach, nie mogłyby zobaczyć w nich obywateli zatroskanych o własne państwo?

Złe emocje rodzą się tam, gdzie powstaje bezsilność, więc może zamiast narzekać na złe emocje po stronie opozycji (niestety jest ich coraz więcej), obóz władzy powinien zadać sobie pytanie, czy nie jest za nie współodpowiedzialny?

Ożywione przez Wodiczkę obrazy są wielkim oskarżeniem – nie tylko obecnej elity rządzącej, ale również całego systemu politycznego, który w dużej mierze opierał się i nadal się opiera na delegitymizacji protestów społecznych.

Delegitymizacji tym boleśniejszej, że odnoszącej się nie do konkretnych postulatów, ale do protestu/buntu społecznego, jako takiego. Demokracja to ustrój, w którym reguły zawsze są kompromisem między władzą a społecznym buntem. W tak rozumianym ustroju władza nie jest tym, co nad społeczeństwem „panuje”, lecz tym, co w społecznej grze interesów zapewnia uczciwe reguły. Fundamentem demokracji są prawa i wolności obywateli, w tym, często pomijane, prawo do godności. O tę godność upominają się bohaterowie najnowszej projekcji Krzysztofa Wodiczki. Ale czy zostaną wysłuchani?

Projekcję „Żywe obrazy” Krzysztofa Wodiczki można oglądać do 27 stycznia 2018 w siedzibie Fundacji Profile na ul. Franciszkańskiej 6 (Warszawa) od wtorku do soboty w godz. 12.00-19.00.

Zdj. Materiały promocyjne Fundacji

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *