Dziwny przypadek Tomasza Rocha

Bartłomiej Kozek
2 sierpnia 2013

Nagle bębny zahuczały na pokładzie krążownika… pobudka się rozlega… jej głos miedziany dochodzi do mnie… poznaję go… to pobudka francuska… wielki Boże!… wszak to okręt mojego kraju… i on to padnie ofiarą zemsty Tomasza Roch!

Nie!… to być nie może… Pobiegnę do niego… Powiem mu, że to okręt francuski… nie poznaje go… ale go pozna…

W tej chwili, na znak dany przez inżyniera Serko, Tomasz Roch podnosi rękę, w której błyszczy rurka szklana…

Bębny zahuczały silniej… Salutują sztandar, który zjawia się na maszcie… sztandar trójkolorowy, którego troista barwa zajaśniała na tle nieba…

Co się stało?… Rozumiem!… Na widok swego sztandaru Tomasz Roch stanął jak pod wpływem czaru! – Jego ręka opada w miarę, jak unosi się w powietrzu ten sztandar… Cofa się… zakrywa twarz ręką, jak gdyby patrzeć na niego nie chciał…

O nieba!… a więc miłość ojczyzny nie zamarła całkowicie w tem sercu zranionem, skoro wzrusza go widok narodowego sztandaru!…

Wzruszenie moje nie zna granic… Nie myśląc o tem, że mogą mnie dostrzec, pcham się wzdłuż skał… Chcę dotrzeć do Tomasza Roch, podtrzymać go w razie potrzeby… Choćbym miał to życiem przypłacić, błagać go będę w imię ojczyzny…

„Francuzie, zawołam, to sztandar trójkolorowy powiewa na tym statku… Francuzie, to cząstka Francji się zbliża!… Francuzie, byłbyś na tyle wyzutym z czci, abyś miał jej zadać cios!….

Moje współdziałanie jest niepotrzebne… Tomasz Roch nie jest pod wpływem bezmyślnego wzruszenia… wie, co czyni…

W obliczu sztandaru zrozumiał… i cofnął się…

Kilku korsarzy zbliża się… chcąc go przyprowadzić do kozła…

Odpycha ich… wyrywa się…

Ker Karraje i inżynier Serkö przybiegają… wskazują mu okręt zbliżający się szybko… każą mu wprawić w ruch pociski…

Tomasz Roch odmawia.

Kapitan Spade i inni grożą mu… obrzucają go obelgami… biją… chcą mu wyrwać rurkę z ręki… Tomasz Roch rzuca rurkę na ziemię i miażdży ją pod swoją stopą…

verne_face-au-drapeauLektura „Strasznego wynalazcy” Juliusza Verne'a, poza zawiłą z punktu widzenia dzisiejszego odbiorcy narracją, zaskakiwać może również zakończeniem. Po doświadczeniach dwóch wojen światowych z jednej, a postmodernizmu z drugiej strony powyższy cytat wydaje się trącić myszką. Popkulturowe przedstawienia motywu „szalonego wynalazcy”, widoczne chociażby w serii filmów o Jamesie Bondzie, rzadko korzystały z motywu zmiany jego postawy za pomocą rozbudzania patriotycznych uczuć. Warto spojrzeć na to dzieło jako z jednej strony odzwierciedlenie „ducha czasu”, z drugiej zaś – próbę pokazania dyskusyjności obowiązującego na przełomie XIX i XX w. ideału nauki jako nieuwikłanej w polityczne rozgrywki służby ludzkości.

Verne napisał powieść w r. 1896, kiedy kończył się proces formowania europejskich imperiów kolonialnych, któremu towarzyszyło silne przekonanie o kulturowej supremacji mocarstw Starego Kontynentu. Znana z okresu II wojny światowej nazistowska polityka wykluczeń testowana była w tym czasie na ówczesnych globalnych peryferiach – w dżunglach Kongo króla Leopolda czy na namibijskiej pustyni, gdzie Niemcy rozprawiali się z buntem Hotentotów. Gdy na przełomie wieków w Chinach wybuchło powstanie bokserów, międzynarodowa ekspedycja mająca na celu jego stłumienie w praktyce rozprawiała się z „żółtym zagrożeniem” – przekonaniem o tym, jakoby wraz ze wzmożoną chińską emigracją nadejść miał czas ponownego zwarcia szyków przez azjatyckie narody i zniszczenia europejskiej cywilizacji drogą podboju militarnego lub duchowego.

Rosnąca fala nacjonalizmu i ksenofobii domagała się czytelnych podziałów narodowych i etnicznych. Oznaczało to narzucanie płynącej z centrum (Paryża, Londynu czy Berlina) tożsamości coraz większym grupom ludności. Proces ten miał wiele wymiarów – od centralizacji władzy poprzez ujednolicenie języka aż po podbój kolonialny i eksterminację. W efekcie zjawisko, które dziś nazwalibyśmy wielokulturowością, było na przełomie XIX i XX w. uznawane za co najmniej podejrzane, jeśli nie otwarcie szkodliwe dla życia narodów i tworzonych przez nie państw. Nawet w przyjmujących migrantów Stanach Zjednoczonych popularność zdobywały hasła eugeniczne, a „dbałość o rasę” dla wielu grup społecznych – od Chińczyków aż po Głuchych – oznaczała stygmatyzację.

Kontekst ten wydaje się konieczny, by zrozumieć status pirackiej załogi, która porywa przebywającego w zakładzie psychiatrycznym w Północnej Karolinie genialnego naukowca, Tomasza Rocha, wraz z francuskim inżynierem, podającym się za jego asystenta – Simona Harta. Międzynarodowa ekipa na pierwszy rzut oka powinna nam – z dzisiejszej perspektywy – kojarzyć się z kosmopolityczną różnorodnością, świadczącą o otwartości i tolerancji. Chodzi tu jednak o coś innego – mieszanka ta tworzy konglomerat, kwestionujący swym istnieniem zachodnioeuropejską cywilizację. Mało kto jest tym, za kogo się podaje, czego przykładem może być Kej Karraje, wcielający się w rolę hrabiego d'Artigas.

Tytułowy „straszny wynalazca”, Tomasz Roch, wydaje się absolutnym zaprzeczeniem ideału oddanego ludzkości naukowca. Przede wszystkim – liczy na zysk. Sfrustrowany faktem, że własny kraj nie chce docenić jego wynalazku, próbuje sprzedać go innym mocarstwom, od życzliwych Anglików aż po oczywistych wrogów – Niemców. Nawet po drugiej stronie Atlantyku zamiast sławy czeka go izolacja w zakładzie psychiatrycznym. Śmiercionośny potencjał jego broni doceniają dopiero porywający go piraci.

Warto w tym miejscu porównać – praktycznie realizowane, deklarowane oraz domyślne – nadzieje oraz obawy Rocha, piratów oraz Francuzów, związane z fulguratorem. Szczególnie interesujące jest tu porównanie dwóch ostatnich (zbiorowych) aktorów, jako że motywacje Rocha – chęć zemsty na odrzucającej go cywilizacji – wydają się oczywiste. Piraci myślą o nowej broni głównie w kategoriach utylitarnych – obrony własnej kryjówki i tym samym zabezpieczenia możliwości dalszego łupienia przepływających statków. Francja z kolei bierze w swoją opiekę losy całego świata – choć jej statki stanowią jedynie część międzynarodowej ekspedycji, mającej na celu powstrzymanie Rocha i piratów, to jednak – jak dowodzi finał powieści – rola ta jest nieoceniona. Żadna inna flaga i żadna inna melodia nie byłyby w stanie wywrzeć takiego wrażenia na wynalazcy, jak flaga i melodia ojczysta.

Patriotyczne uczucia pokazują tutaj swój regulacyjny charakter. Ich sukces mierzy się głębokością ich zakorzenienia w ludzkiej podświadomości. Choć nie był to jeszcze czas psychoanalizy, to już chociażby uniformizujących systemów edukacyjnych, wśród celów stawiających sobie także kształtowanie lojalnych wobec państwa narodowego postaw swoich obywateli, dających mu legitymizację w świecie społeczeństw masowych – owszem. Jednostkowe pragnienia i resentymenty, odwołujące się do nierzadko głębokich emocji i potencjalnie niebezpieczne dla politycznej stabilności, musiały być neutralizowane. Patriotyzm, odwołujący się nie do sfery racjonalności, lecz do emocjonalnej więzi, wyznaczający jednostce miejsce w społeczności, miał olbrzymi potencjał korygujący. To, że francuski statek Tonnant był w całej międzynarodowej ekspedycji najszybszy, może wyglądać na przypadek, ale też mógł dawać francuskim czytelnikom Verne'a poczucie dumy z własnego kraju i jego technologicznych oraz militarnych osiągnięć.

Co jednak, gdyby zadawać sobie zaczęli pytanie o to, czemu ich rząd nie zainteresował się wynalazkiem, który znacząco poprawiłby ich militarną pozycję? Próbując sprzedać fulgurator obcym mocarstwom, Tomasz Roch kwestionuje dwa ważne założenia, będące podstawą ówczesnego przekonania o liniowym postępie ludzkości: o nauce jako środku postępu oraz patriotyzmie jako podstawie stosunków społecznych. W efekcie sam jego wynalazek zdaje się być obarczony „grzechem pierworodnym”. Nie jest on już zdatny do ponownego użycia i wpisania we wspomniany, linearny porządek postępu i musi zostać zniszczony – pierwotne plany ostrzelania wyspy ostatecznie zastępuje wysadzenie przez Rocha składu materiałów wybuchowych. Karząca ręka ojczyzny nie była potrzebna. Wystarczyło uruchomić patriotyczny bodziec, by ten skorygował zachowanie wynalazcy i przywrócił go „na dobrą drogę”. W efekcie z aparatu państwa spada nawet ciężar wymierzenia sprawiedliwości – Roch pozbawia życia siebie i wszystkich znajdujących się na wyspie. Poza Simonem Hartem, francuskim patriotą…

Czytelnikowi taka konstrukcja może wydać się nazbyt pretensjonalna. Idealistyczna wizja nauki, do której odwołuje się Hart, usiłujący jako Gaydon jeszcze w Stanach Zjednoczonych zjednać sobie zaufanie Rocha i poznać jego sekret, wydaje się w dużej mierze zdyskredytowana. Co więcej, już sama aluzja, jakoby „dobra” nauka miała oznaczać oddanie się interesom Francji, ten mit demaskuje. Na wstępie powieści nie prezentuje się nam jeszcze konkluzji o tym, że fulgurator powinien zostać zniszczony – wręcz przeciwnie, gdy od narratora dowiadujemy się o intencjach Harta, objawia się nam twarda, realna polityka, której celem jest zrozumienie wynalazku i uczynienie go narzędziem poprawy militarnej pozycji Paryża:

Nie wątpił ani chwili, że jego fulgurator jest zdolny wywołać zupełny przewrót w prowadzeniu wojny na lądzie i morzu, czy to w razie ofensywy, czy też defensywy. Wiedział, że Tomasz Roch pomimo swego obłędu pozostał człowiekiem nauki, którego umysł, częściowo dotknięty chorobą, zachował całą jasność i ogień genjuszu. Obawiał się przeto, że, o ile przypadkiem tajemnica zostanie odkrytą, korzystać z niej będzie nie Francja, ale inny kraj.

Nauka od samego początku powinna być sprzężona z mocarstwowymi ambicjami państwa narodowego. Kiedy to się nie udaje, zostaje wtórne moralizatorstwo. Zniszczenie wyspy i tym samym tajnej broni staje się nie tylko sposobem wymierzenia sprawiedliwości – to również wtórna delegitymizacja określonego projektu i próba uznania jego rezultatów za obciążone „wadą genetyczną” u samego jej zarania. Ma to na celu obronienie świętości nauki – dziedziny śmiałych wynalazców, dniem i nocą pracujących nad poszerzeniem ludzkich horyzontów i zainteresowanych jedynie szczęściem ludzkości. Można to porównać do takich zwrotów, jak wykrycie szkodliwych właściwości nikotyny czy owadobójczego środka DDT – szczególnie ten ostatni przypadek, w którym wpierw uważano tę substancję za wartą jak najszerszego rozpowszechnienia, a następnie odwrócono się od niego po odkryciu szkodliwego wpływu na środowisko i zdrowie człowieka, może być ilustracją tego fenomenu. Przyznanie się do błędu nie ma w powieści na celu zdemaskowania uwikłania nauki w polityczne gry interesów, ale pokazywać, że nie każdy ma moralne właściwości do uprawiania jej we właściwy sposób. Tak jak nieudane prototypy maszyn latających nie skompromitowały badań lotniczych, tak Tomasz Roch miał być jedynie „wypadkiem przy pracy”, którego należało przywołać do porządku albo doprowadzić do śmierci jego i jego wynalazku.

Jeśli więc coś w „Strasznym wynalazcy” miałoby go wyróżniać, to przejście z Realpolitik na poziom idealistyczny – od chęci poznania tajemnicy i wykorzystania jej na własną korzyść do planów ostrzelania wyspy, z dużym prawdopodobieństwem pogrzebania sekretu śmiercionośnej broni. Możemy oczywiście w trakcie interpretacji odrzucić to założenie i uznać, że chęć siłowej rozprawy z wynalazcą i piratami brała się z rosnącego poczucia zagrożenia, jak również faktu, że Francja, po zdobyciu przez Anglików informacji o wyspie Back-Cup, bezpowrotnie traciła szansę na monopol do nowej broni. Choć porozumienie skutkujące umiędzynarodowieniem bermudzkiej ekspedycji opisane jest na kartach powieści enigmatycznie, możemy domyślać się, że było ono rezultatem przekazania przez Wielką Brytanię informacji innym mocarstwom – być może wynikłym z chęci „podzielenia się” potencjalnymi stratami z innymi państwami. Na ten temat możemy jedynie spekulować.

„Zaprowadzenie porządku” dotyczy nie tylko kwestii Rocha i jego wynalazku. Równie istotne jest również pozbycie się pirackiego zagrożenia. W „wieku imperiów” podmioty zagrażające imperialnemu monopolowi na władzę – ruchy robotnicze, piraci, anarchiści – wymagały ugłaskania bądź pacyfikacji. Piractwo zagraża poczuciu bezpieczeństwa i pewności kapitalistycznego obrotu towarowego, musi zatem zostać powstrzymane. Globalizacja oznacza „oswajanie” coraz bardziej rozległych przestrzeni, a w obliczu rozwoju państw obu Ameryk – i rosnącego zaangażowania kapitałowego mocarstw europejskich na tym terenie – jakakolwiek źródło niestabilności na Atlantyku jest nieakceptowalne.

Wkrótce po opublikowaniu książki Verne'a morskie ekspedycje i blokady w opisywanym przez niego regionie świata staną się standardowym narzędziem politycznym – Stany Zjednoczone opanują hiszpańską Kubę i Puerto Rico, doprowadzą do zmiany rządów na Haiti, a Wielka Brytania, Niemcy i Włochy zablokują Wenezuelę, której nowy rząd odmówi spłaty zadłużenia kraju.

Monopol państwa narodowego na stosowanie przemocy wydaje się w „Strasznym wynalazcy” jasno wyrażony. Piraci nie są już korsarzami na usługach jednego państwa przeciwko drugiemu – tworzą własną społeczność, co czyni z nich wywrotowy, anarchiczny element. Nie poddają się rygorom mieszczańskiego życia, stosują odmienne metody gromadzenia bogactwa (preferują kradzież zamiast wymiany handlowej), pozostają poza jakąkolwiek jurysdykcją, nie można odwołać się w ich przypadku – w przeciwieństwie do Tomasza Rocha – do jakichkolwiek patriotycznych odczuć w charakterze bodźca dyscyplinującego. Ich mobilność, płynność etniczna i styl życia stanowią jawne wyzwanie dla uporządkowanych, hierarchicznych społeczeństw ówczesnego zachodniego kręgu cywilizacyjnego i tym samym muszą zostać powstrzymani. W obliczu „żółtego zagrożenia” czy innych niebezpieczeństw dla „czystości rasy” ich „tymczasowa strefa autonomiczna”, musi zostać znaleziona i zniszczona. Tym bardziej, że ma ona potencjał gromadzenia wokół siebie (nawet, jeśli za pomocą porwania) również całkiem uzdolnionych reprezentantów owych uporządkowanych społeczeństw, napędzanych resentymentem i chęcią zemsty za nieudane próby znalezienia sobie własnego miejsca w obrębie stworzonych przez nie struktur.

W wykreowanym przez Verne'a świecie wynalazek ma sens wtedy, kiedy służy imperium, i to najlepiej, kiedy jest to imperium francuskie. Jednocześnie jednak przekroczenie tej reguły, technologiczna przewaga, znajdująca się w niepoczytalnych (politycznie, społecznie, psychicznie) rękach pozwala imperium na kontrakcję, dzięki której może pozwolić sobie na roszczenie uniwersalności. Francuski okręt ratuje nie tylko dumę swojego kraju, ale i całą zachodnią cywilizację, dzięki czemu Paryż może awansować w rywalizacji o przewodnią rolę w jej obrębie. Duma imperium i zachowanie czystości nauki – „podwójna dywidenda”, o którą biłaby się każda europejska stolica, chcąca dowieść, że to ona najlepiej reprezentuje sobą ideały „wieku pary i elektryczności”. Że przy okazji każda z nich bez wahania złożyłaby humanitaryzm na ołtarzu skuteczności (za kilka lat Brytyjczycy przygotują dla Burów obozy koncentracyjne), podobnie jak i ideały postępu, gdy podczas I wojny światowej „etyczna nauka” dostarczy wojującym stronom samoloty, czołgi i broń chemiczną. Z tej perspektywy Verne zdaje się – być może nieświadomie – zapowiadać te wydarzenia, choć nadal jeszcze w afirmatywnym wobec nadchodzącej rzezi tonie zachowywania globalnego ładu za pomocą siły militarnej i patriotycznego zaangażowania.

Ilustracje: źródło.

zp8497586rq

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.