Cena niezależności artystycznej

Eliza Kowalewska , Grzegorz Madej
10 lipca 2012

1 czerwca w polskich kinach – ale tylko tych ambitniejszych, głównie studyjnych – pojawił się film „Heniek”. Czarna komedia o pracowniku salonu samochodowego to niezależna polska produkcja walcząca o zainteresowanie szerokiej widowni, a jednocześnie zachowująca wiele cech kina offowego. Z Elizą Kowalewską i Grzegorzem Madejem – autorami scenariusza i reżyserami filmu – rozmawiają „Zielone Wiadomości”.

ZW: Czarna komedia, ale też po trosze moralitet. Skąd pomysł na taki film, w kraju, gdzie kręci się głównie komedie romantyczne albo rozdrapuje narodową historię?

Eliza: Historia sama do nas przyszła. Usłyszeliśmy opowieść o kimś takim jak Heniek, co prawda zdarzyła się ona w banku, a nie w salonie samochodowym, ale reszta historii jest zaadaptowana na potrzeby filmu. Od razu nas zafascynowała jako temat na film. Prosta, a jednocześnie pełna zawirowań. Prosta w prostocie przekazu, tu mowa o rodzaju moralitetu, jaki kryje się w tej historii, a zawiłość zdarzeń doskonała na ubranie jej w opowieść filmową w stylu kryminału z elementami czarnej komedii. Pomyśleliśmy – z tej historii może być dobry scenariusz na film. Przyszedł taki moment, że siedliśmy i napisaliśmy ten scenariusz, nie bez trudu, bo układaliśmy sceny jak w puzzlach, jedna fiszka przeniesiona w inne miejsce popsułaby intrygę. Scenariusz uważamy za najważniejszy element w momencie, gdy się postanowi, że chce się zrobić film.

ZW: Podjęliście się karkołomnego zadania i ono się powiodło: zrobiliście „Heńka” przy minimalnym budżecie, ale za to – jak się spodziewam – w warunkach pełnej niezależności twórczej. Opłacało się?

Grzegorz: Nie jest to rozwiązanie doskonałe. Ze względu na brak pieniędzy podczas produkcji filmu, co wiąże się z ogromną dyscypliną i ograniczeniami podczas tworzenia. Rozwiązanie doskonałe to niezależność artystyczna i finansowa zarazem. Czyli coś bardzo rzadkiego. My mieliśmy niezależność artystyczną, bo nie mieliśmy nikogo, kto dał nam pieniądze na ten film, a jednocześnie z tego powodu wpływałby na film. Są plusy i minusy takiej sytuacji jak nasza. Dziś jest ważne, że tych plusów ujawniło się więcej. Ale nie jest łatwo zrobić film bez pieniędzy. Trzeba się nagimnastykować. Jeśli jesteśmy wyjątkiem, to w takim sensie, że mimo braku finansowania ze strony instytucji czy studia filmowego, zrobiliśmy film, który stanął w szranki z wielkobudżetowymi produkcjami na Festiwalu w Koszalinie czy w Panoramie Filmu Polskiego na Festiwalu w Gdyni. Gdy robiliśmy ten film, chcieliśmy zrobić dobry film, zadebiutować, wysłać go na festiwale i pokazać widzom – jeśli nie w kinach, to jakimś innym sposobem, a takie są. Ale złożyło się tak szczęśliwie dla nas, że film nie tylko wygrał Festiwal Debiutów w Koszalinie, ale też wszedł na ekrany kin.

ZW: W „Heńku” oglądamy aktorów o twarzach nieznanych z telewizji. Jest też debiutant-naturszczyk. Wszyscy zagrali świetnie. W ogóle aktorstwo to mocny punkt filmu. W zeszłym roku na koszalińskich debiutach Młodzi i Film trójka z nich: Beata Schimscheiner, Maciej Słota i Jacek Milczanowski zostali uznani za aktorskie odkrycie. Czy aktorzy chętnie angażują się w taką niezależną produkcję? Domyślam się, że nie płacicie jak w serialach.

Eliza: Poprosiliśmy o zagranie w filmie naszych ukochanych aktorów z Krakowa. Znaliśmy się z nimi z innych naszych projektów i odważyliśmy się zaproponować im role w filmie bez tradycyjnej gaży, lecz za udziały w ewentualnych przyszłych dochodach z filmu. Zresztą nie tylko im, bo ekipa pracowała również za udziały. Aktorzy po przeczytaniu scenariusza powiedzieli: podoba nam się, wchodzimy w to. Oni w większości wiedzieli, że my mamy takie plany, że chcemy zrobić swój debiut fabularny. Beata Schimscheiner żartowała: musicie być dość zdesperowani, że nie czekacie na dofinansowanie, tylko robicie sami, bez pieniędzy. Jesteśmy im bardzo wdzięczni, że zgodzili się wziąć udział w tej przygodzie.

Grzegorz: Aktorzy są bardzo dobrzy w tym filmie. Grają świetnie. A aktor, który jest naturszczykiem, jest aktorem amatorem z zamiłowania i okazał się idealny w roli Nosala.

ZW: Zdradźcie jakieś tajemnice z planu, sztuczki jakie stosowaliście. Często w produkcjach niskobudżetowych, twórcy wykazują się ogromną kreatywnością. Rozumiem, że wy również musieliście uciekać się do jakichś niestandardowych rozwiązań…

Grzegorz: Prawie cały czas musieliśmy myśleć kreatywnie i znajdować rozwiązania, które na normalnym planie filmowym po prostu zamawia się, a pion dekoracji czy oświetlenia je realizuje. Tu musieliśmy kombinować. Brak światła na przykład. No to zróbmy to w miejscu, gdzie naturalne światło tworzy dobrą kompozycję z neonem ulicznym. No to przejdźmy się po ulicach i znajdźmy takie miejsce. Jest. Tu kręcimy. Dostosowywaliśmy się trochę do rzeczywistości, nie mogąc, ze względu na brak pieniędzy, kreować filmowego świata. Ale to właśnie wymusza kreatywność, a często sama rzeczywistość jest lepsza niż miejsce sztucznie stworzone. Takie miejsca jak galeria antyków, dom aukcyjny czy salon jubilerski w naszym filmie, to miejsca, które istnieją naprawdę w identycznym kształcie jak w filmie. Jak ktoś trafi do galerii, w której Jacek znajduje świecznik, zobaczy dokładnie takie same antyki jak w „Heńku”. Te miejsca zostały nam użyczone do potrzeb realizacji filmu zupełnie za darmo przez życzliwych właścicieli.

Eliza: Naprawdę tacy istnieją i wpuszczają ekipę niezależnej produkcji do swoich salonów. A przygód przy tym mieliśmy też sporo, bo często nasza niezależność, czyli w tym przypadku brak pieniędzy na wynajęcie lokacji, wiązała się z tym, że musieliśmy się dostosowywać do „okienek” ludzi czy miejsc. W salonie samochodowym mogliśmy kręcić tylko od 6:00 rano do 10:00 przed południem. Gdy pracownicy z salonu schodzili się do pracy, my musieliśmy zwijać się, i nasze nieliczne kable, i wychodzić.

ZW: Jakie teraz macie dalsze plany? Kolejny film niskobudżetowy? Czy poszukiwanie dużych pieniędzy?

Grzegorz: Chcemy robić filmy, to nasze plany i cele. Mamy dwa pomysły na film. Zrodziły się one prawie równolegle z „Heńkiem”, który był pierwszy w realizacji, bo był najłatwiejszy do zrobienia przy braku pieniędzy. Jest kameralny, więc udało się. Nasze kolejne pomysły wymagają trochę więcej wysiłku, więc będziemy walczyć o realne pieniądze. Co nie znaczy, że zrezygnujemy z naszego stylu pracy, czyli dyscypliny i potrzeby kreatywności, mamy nadzieję.

ZW: W takim razie życzymy powodzenia i będziemy kibicować waszym planom.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *