Artyści i aktywiści

Jai Redman
22 lipca 2014

Miejska legenda głosi, że w zasięgu dwóch metrów od miejsca, gdzie usiadłaś, by przeczytać ten artykuł, znajduje się co najmniej x szczurów (ile dokładnie wynosi owo x, nie pamiętam). Jest też bez wątpienia faktem, że w zasięgu kilku mil od twojego domu przebywa kilku naprawdę interesujących współczesnych artystów, nadgryzających listwę podłogową życia. Szczury i artyści są wszędzie i, podobnie jak szczury, jesteśmy nierzadko płochliwi i osobliwie trudni do znalezienia – jeśli ktoś nie wie, gdzie patrzeć, rzecz jasna.

Nie powinienem nadmiernie eksploatować tej analogii, ale… tak, to prawda, warto czasami zajrzeć do piwnicy albo przyjrzeć się, któż to myszkuje w twoim koszu do recyklingu, jeśli chcesz poszukać artysty – zwłaszcza takiego, który uprawia sztukę publiczną z ekologicznym nachyleniem.

Jako artysta nie przestaję się dziwić temu, jak wiele godnych uwagi „zielonych” działań można napotkać w świecie sztuki. Młodzi brytyjscy artyści i artystki tworzą dziś tyle niewiarygodnych rzeczy, że niemal oblewa mnie zimny pot, ilekroć spotykam ludzi nieświadomych tego, co dzieje się tuż za ich progiem.

Z pewnością na północy kraju (mieszkam w Manchesterze) możemy czuć się rozpieszczani. Edycja Manchester International Festival w 2013 r. po raz kolejny eksperymentuje z permakulturowymi projektami artystycznymi „pionowego ogrodnictwa”. Robyn Woolston, tworząca z odzyskiwanych odpadów przemysłowych projekty w przestrzeni publicznej, zasłużenie wygrała Liverpool Art Prize w 2012 r. Warto również wspomnieć o prowadzonym przez kolektyw Ultimate Holding Company projekcie tatuaży extInked (2009) – zielona członkini Izby Lordów Jenny Jones jest ambasadorką jednego z uwzględnionych w projekcie gatunków pszczół. (W ramach projektu extInked 100 rysunków zagrożonych wyginięciem brytyjskich gatunków zostało wytatuowanych na setce wolontariuszy – przyp. red.)

Szkopuł w tym, że większość ludzi alergicznie reaguje na etykietę „sztuka”. Dlaczego? No cóż, świat sztuki zmaga się ze swoim przestarzałym wizerunkiem, jaki ma w szerokich kręgach – włącznie z tą mniejszością opinii publicznej, która zaangażowana jest w zieloną politykę i aktywizm. „Sztuka” kojarzy się dość pretensjonalnie, czyż nie? Inaczej mówiąc, produkcja artystyczna wydaje się czymś elitarnym, stręczeniem towarów na rynek dla superbogatych. W najlepszym razie jej wytwory robią wrażenie nieodgadnionych, autotematycznych, pozbawionych społecznej doniosłości i treści. W ten sposób większa część, jeśli nie całość współczesnej twórczości artystycznej łatwo zbyć jako kontrrewolucyjne badziewie.

No dobrze. Przyznaję, że ogromna nibyrzeźba wzniesiona przez Anisha Kapoora w londyńskim parku olimpijskim (tak, chodzi mi o tamtą konstrukcję podobną do olbrzymiej kiszki, zbudowaną z tysięcy ton stalowych rur) faktycznie była ohydna. Ale naprawdę powinniśmy przestać oceniać całą sztukę przez pryzmat takich nieudanych wybryków, które ludzie piszący listy do gazet określają jako „wrzody w oku”. Wokół jest wszak mnóstwo dobrej sztuki. Choćby performance Ambasada Palestyny zaprezentowany przez norweski duet Goksøyr & Martens na biennale w Liverpoolu w 2013 r. Artystki zaprosiły komentatorów politycznych na dyskusję w Ambasadzie Palestyny – wielkim balonie w barwach palestyńskiej flagi! Trzeba było tam być, i naprawdę nie ma wymówki, jak ktoś nie był. Wydarzenie było widowiskowe, za darmo, i na świeżym powietrzu. Można było wziąć dzieci. I nie było kolejki.

Pora by aktywiści ekologiczni działający na rzecz lepszego, bardziej zielonego świata odłożyli na bok przestarzałe wyobrażenia i rozejrzeli się za dobrą sztuką współczesną. Podobnie reszta z nas, artystów, powinna odsunąć swoje lęki i podjąć wysiłek działania na rzecz przyrody, zamiast tylko malować jej piękne obrazy.

Gdy tak sobie siedzę i myślę o ostatniej dekadzie, którą spędziłem na mozolnym dłubaniu przy niemal zupełnie zapoznanym projekcie artystyczno-aktywistycznym, po tym jak wcześniej, w latach 90., spędziłem 10 lat blokując prace buldożerów, nie mogę się powstrzymać przed dziwaczną refleksją, że działalność ekologiczna i współczesna sztuka ekologiczna mogą mieć ten sam problem wizerunkowy. Postrzega się je potocznie jako zamknięte w swoim światku, nieprzeniknione, ekskluzywne i oderwane od codziennych problemów większości ludzi.

Podobnie jak aktywiści polityczni, artyści mają zdolność pojawiania się gdziekolwiek i kiedykolwiek. Domyślam się, że dotyczy to również szczurów. Jesteśmy częścią tego samego ekosystemu i mamy do odegrania swoją rolę. Mamy w sobie potencjał, by nagle z czymś wyskoczyć i zmienić dynamikę sytuacji, może nawet nieoczekiwanie na wieczornym przyjęciu? W twoim domu?

Jeśli spojrzymy na to w ten sposób, widać oczywiście jeszcze jeden punkt wspólny. Potrzebujemy skoordynować naszą komunikację ze światem zewnętrznym. Nie chodzi tylko o „zareklamowanie”, że istniejemy, lecz o zakomunikowanie znaczenia tego, co wnosimy, naszej gotowości do działania oraz tego, że jesteśmy bebechowo, pierwotnie, nieuleczalnie słodziutcy. Myślę, że powinniśmy połączyć siły. I może zaprosić szczury do kompanii.

Artykuł Artists and Activists ukazał się w piśmie „Green World”.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *