Matki migrują za chlebem

Adam Ostolski , Sylwia Urbańska
9 kwietnia 2012

O przyczynach wyjazdów kobiet do pracy za granicą, macierzyństwie na odległość i panice wokół „eurosieroctwa” – rozmowa z dr Sylwią Urbańską z Instytutu Socjologii UW.

Adam Ostolski: Prowadziłaś badania z kobietami, które wyjechały do pracy za granicę, pozostawiając w Polsce dzieci. Co skłania kobiety do takiej decyzji?

Sylwia Urbańska: Zacznijmy od tego, że dla wielu kobiet emigracja nie jest kwestią wolnego wyboru, bo to zakłada istnienie innych opcji. Kiedy nie ma możliwości, by wyżywić dzieci i rodzinę, zapewnić kosztowne leki czy kąt do mieszkania, że nie wspomnę o wysokich kosztach edukacji, to wyjazd staje się przymusem. To nie wybór, ale jedyna strategia przeżycia! To bardzo ważne, bo funkcjonuje stereotyp migranta, który wyjeżdża na saksy, by zarobić na willę i złote krany. Ja mówię o migracji jako strategii przeżycia, migracji „za chlebem”. To są nadal istotne przyczyny wyjazdów zarobkowych z Polski.

AO: Wyjeżdżają, żeby chronić dzieci przed biedą?

SU: Polska rokrocznie zajmuje jedno z ostatnich miejsc w Europie pod względem ubóstwa dzieci. W okresie 2004-2007, kiedy z Polski wyemigrowało ok. 2 mln osób, w tym milion kobiet w wieku 20-40 lat, co czwarte polskie dziecko żyło w biedzie lub na skraju ubóstwa. W trakcie badań rozmawiałam z wieloma migrantkami ze wsi i małych miasteczek, głównie z rejonów wschodniej Polski. Zbierałam biograficzne doświadczenia kobiet wyjeżdżających od końca lat 80. do 2009 r. Przed wyjazdem wykonywały pracę opiekuńczą w domu, bądź pracowały za grosze jako rolniczki, robotnice lub w usługach. Zauważyłam, że wśród wyjeżdżających kobiet, oprócz tych, które wypchnęło z Polski bezrobocie czy zarobki niewystarczające do przeżycia, są też samotne matki, które do wyjazdu zmusiła likwidacja Funduszu Alimentacyjnego w 2004 r. Politycy zabrali wówczas matkom jedyne wsparcie instytucjonalne w obliczu trudności z egzekucją alimentów. Bieda zmusiła wiele z nich do wyjazdu za granicę, za co z kolei zostały napiętnowane, kiedy rozpętała się debata wokół „eurosieroctwa” i oskarżono je o porzucanie dzieci…

AO: Co prócz biedy wpływa na decyzję o wyjeździe?

SU: Ważna jest też chęć ucieczki przed przemocą domową, alkoholizmem w rodzinie, ale także tradycyjną mentalnością, która nadal potępia rozwody. Wyjazd za granicę to często jedyna możliwość uwolnienia siebie i dzieci od bycia ofiarą przemocy ze strony męża czy klik rodzinnych. Emigracja była jedynym racjonalnym wyjściem, nawet jeśli wiązała się z dramatyczną decyzją, by na czas poszukiwania nielegalnej pracy i nielegalnego lokum pozostawić dzieci w Polsce pod opieką zaufanych osób.

AO: To musiały być niełatwe decyzje…

SU: Trzeba podkreślić, że kobiety, które uciekały przed przemocą za granicę, starały się zrobić wszystko, by pozostać w Polsce. Zwracały się o pomoc do różnych instytucji, pisały listy na policję. Najczęściej oferowano im pomoc nieudolnie. Interwencje policji często oznaczały konieczność opłacenia mandatu za pijackie rozróby męża przez… żonę. Nierzadko kończyło się na pouczeniu agresora. Instytucje oferowały pomoc „naskórkową”. Jej pozytywny efekt ograniczał się do nazwania przemocy przemocą. Choć to moim zdaniem i tak dużo, w sytuacji, gdy przemoc jest nadal, zwłaszcza na wsi, ukrywana lub uważana za mniejsze zło niż rozwód.

AO: Wyjazd za granicę to jedyne wyjście?

SU: Bite kobiety nierzadko też próbowały uciekać do innych miejscowości, byle jak najdalej od męża, jak najdalej od niewspierającej rodziny i sąsiedztwa. Ale czy za pensję kasjerki w supermarkecie można wynająć mieszkanie i jeszcze utrzymać samotnie kilkoro dzieci? Trudno przeżyć nawet w sytuacji, gdy nielegalnie zajmuje się pustostan czy ruinę, co pokazują badania Małgorzaty Maciejewskiej z Think Thanku Feministycznego zrobione w Wałbrzychu wśród matek – pracujących biednych, które są nawet z takich kamienic eksmitowane. Polecam obejrzenie dokumentu „Strajk matek”. W przypadku migracji kobiet przyczyny ekonomiczne idą ręka w rękę ze społecznymi.

AO: Wspomniałaś o debacie wokół „eurosieroctwa”. Jak ją oceniasz?

SU: Rodzina – nie tylko migracyjna, każda rodzina – potrzebuje systemu wsparcia instytucjonalnego i mądrej polityki budżetowej. Natomiast to, co rozpętano w sferze publicznej, było raczej dyscyplinującą nagonką na rodziców, którzy starali się wyjść z ubóstwa, przeżyć, znaleźć jakąkolwiek pracę, wyedukować dzieci, zapewnić im przyszłość. Kiedy migranci próbowali zapewnić rodzinie chleb i przyszłość, zostali uznani przez ekspertów i polityków za patologię. Przypomnijmy, że pojęcie „eurosierot” pojawiło się po raz pierwszy w 2007 r. Określano tak dzieci, które mają choćby jednego rodzica na emigracji. Dzieci te uznano za porzucone i osierocone, nawet jeśli drugi rodzic był z nimi w domu! Wyjazdy utożsamiono z zerwaniem kontaktu, wrzucając do jednego worka najróżniejsze sytuacje. W mediach pokazywano skrajne przypadki.

AO: Czy czegoś nauczyliśmy się z tej debaty?

SU: Przeanalizowałam ok. 500 artykułów prasowych, raportów ekspertów ds. rodziny, czyli m.in. pedagogów i polityków społecznych, zapisy stenogramów sejmowych, wypowiedzi polityków i różnego typu lokalnych działaczy. We wszystkich jednogłośnie tworzyło się portret migrującego rodzica jako nieodpowiedzialnego, „chciwego” i „pazernego na kasę”. Najwięcej negatywnych ocen zbierają kobiety migrantki. Ich dzieci uważa się za doświadczające eurosieroctwa z większą intensywnością. Kobiety oskarża się o „znieczulicę emocjonalną”, o niemoralne motywacje, o porzucenie obowiązku reprodukcji narodu. Twierdzi się, że dzieci migrantek na pewno poniosą porażkę w różnych aspektach życia w przyszłości, że na pewno same będą tworzyć „kalekie rodziny”.

AO: Na czym opiera się takie sądy?

SU: Zdumiewające, że takie portrety kreślono bez debaty z rodzicami i, co przerażające, bez badań jakościowych, bo jednocześnie podkreślano w prasie, że nie ma badań na temat wpływu migracji na rodziny! Po prostu odwołano się do „jedynie słusznego” tradycyjnego modelu polskiej rodziny: pełnej, z tradycyjnym podziałem ról, niemobilnej. Eksperci i politycy nie interesowali się sytuacją ekonomiczną migracyjnych rodzin. Skupili się wyłącznie – i to też bardzo wybiórczo – na psychologicznych konsekwencjach migracji rodziców dla dzieci. Z początku wydawało mi się, że ta podsycana przez media panika moralna szybko wypali się i zamieni w rzetelną, wielowymiarową ocenę zjawiska. Niestety pojęcie „eurosierota” weszło na stałe do obiegu instytucjonalnego, naukowego, medialnego. Wprowadzono różne programy postępowania z rodzicami migrantami w szkołach, w efekcie dyscyplinujące migrantów, a zwłaszcza matki do tradycyjnie rozumianej roli, realizowanej tylko w pełnej rodzinie, w granicach państwa i domu. Takie instruktaże zapisane zostały w szkolnych statutach.

AO: Jak więc w świetle twoich badań naprawdę wygląda „macierzyństwo na odległość”?

SU: Nie twierdzę, że opieka na odległość pozostaje bez wpływu na funkcjonowanie rodziny, na relacje matki z dziećmi, na psychikę i emocje dziecka. Trudno, by było inaczej w kulturze, która tak silnie wartościuje relację matka-dziecko i nie dopuszcza wielości scenariuszy opieki. Prawie każdy z nas chciałby mieć najbliższe osoby obok siebie, ale jeśli skupiamy się wyłącznie na sferze psychologicznej, w oderwaniu od szerszego kontekstu ekonomicznego, instytucjonalnego, prawnego czy społecznego, to niewiele z tego wszystkiego zrozumiemy.

AO: Porozmawiajmy więc o dobrych stronach emigracji…

SU: Praca matki za granicą wyciąga dzieci z biedy i ubóstwa, wspomaga lub zapewnia edukację, możliwość zamieszkania i założenia rodziny, bo migrantki jakimś nieludzkim wysiłkiem ciułają pieniądze na kupno dzieciom mieszkania. Nierzadko pomagają dorosłym już dzieciom wyposażyć warsztat pracy, np. kupując samochód dostawczy. Kobiety biorą tu całkowicie na swoje barki to, co w innych krajach rodziny dzielą z państwem. Żywią, edukują, zapewniają mieszkania i pracę. To są niewątpliwie pozytywne strony migracji.

AO: A wychodząc poza ekonomię?

SU: Trudno tu uogólniać, sytuacje w relacjach rodzinnych są bardzo zróżnicowane. Coś, co w jednej rodzinie jest doświadczane pozytywnie, w innej może być przyczyną cierpienia. Wpływ wyjazdu zależy od historii rodziny, relacji rodziców, społeczności, w której rodzina funkcjonuje, więc aby wyjaśnić ten zróżnicowany wpływ, trzeba byłoby raczej pokazywać szersze konteksty. Najlepiej byłoby też opowiadać historie rodzin w kontekście szerszego otoczenia instytucjonalnego, bo to ono często decyduje o możliwości i jakości opieki na odległość. I nierzadko z możliwości kontynuacji tej opieki zwyczajnie rodziny wyklucza. Na pewno dzieciom jest łatwiej, kiedy społeczność lokalna, jak i pozostałe instytucje wspierają pozytywny obraz rodziców, zamiast tworzyć wokół wyjazdów klimat patologii. Dotyczy to zwłaszcza wytworzonego w sferze publicznej obrazu migrujących matek. Na pewno nie przybliży nam sytuacji bezduszne zliczanie dzieciaków w szkołach przez urzędników. Takie statystyki, zwykle interpretowane tendencyjnie, bo moralistycznie, są krzywdzące dla dzieci i matek.

AO: Emigrantki są świadome tego, co mówi się w kraju?

SU: Wiele osób skarżyło mi się na ten klimat nagonki, migranci skarżyli się też m.in. na donosy wysyłane do szkół przez sąsiadów. Jak już podkreślałam, do rozmowy o „eurosieroctwie” nie zaproszono rodziców. Nie mieli zatem szansy przedstawić swojej perspektywy, bronić swojego stanowiska, nie uczestniczyli w wypracowywaniu programów wsparcia. To nie była debata, tylko nagonka na dolne klasy społeczne. Posłowie zakwaterowani w hotelu sejmowym nie rozliczają się przecież ze swojej mobilności i liczby godzin spędzonych z dziećmi. Eksperci i politycy nie pytali migrantów o ich sytuację, za to rzucali ocenami moralnymi, posługując się pozornie neutralnym językiem tradycyjnych nurtów psychologii i pedagogiki.

AO: Można to jakoś zmienić?

SU: Myślę, że łatwiej jest politykom i ekspertom pochylać się nad wpływem migracji na psychikę dziecka i z takiej perspektywy oskarżać rodziców, niż wyjaśniać rozliczne własne zaniedbania w polityce społecznej. Łatwiej też szukać kozła ofiarnego w dolnych warstwach społecznych, wśród nielegalnie pracujących migrantów, którzy i tak nie będą się bronić, niż przyznać się do fikcji polityki prorodzinnej. Kiedy stykam się z takimi pojęciami, jak „eurosieroctwo”, to myślę, że to raczej my powinniśmy czuć się osieroceni przez państwo, które całkowicie przerzuciło na nas koszty opieki i wychowania dzieci. Może więc zamiast „eurosierot” wprowadźmy w obieg pojęcie „państwo-sierot”?

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

13 thoughts on “Matki migrują za chlebem

  • 9 kwietnia 2012 at 13:58
    Permalink

    fantastyczny, głos kobiety – socjologa. Z wielkim szacunkiem dla Autorki, za celny, profesjonalny, oparty na badaniach wgląd w problem, który jest bolesny,bo dotyka dzieci i rodziny. Zwykła, polska bieda, Panie Premierze.

    Reply
  • 22 kwietnia 2012 at 02:38
    Permalink

    Bardzo trafna analiza. Jako była Konsulka w Luksemburgu miałam do czynienia z wieloma rodzicami, o których mówi Sylwia Urbańska, równiez z kobietami. Ciężko pracują, narażeni/narażone są na różnego rodzaju nadużycia ze strony wykorzystujących ich biedę i determinację pracodawców. Umowy o pracę okazują się często fikcyjne. Mężczyźni, szczególnie gdy pracodawcą jest polski podwykonawca, bardzo często nie dostają obiecanego wynagrodzenia, albo dostają znacznie mniej niż im obiecywano i nieregularnie. Czasem nie mają na jedzenie, ani na powrót do domu. Spotykałam się z sytuacjami, gdy z powodu niewypłacenia wynagrodzenia ciężko pracującemu mężowi rodzina w Polsce była eksmitowana z mieszkania. Istnieje jeszcze jeden problem dotyczący kobiet, o którym nie mówi pani Urbańska: samotne kobiety dodatkowo stają się ofiarami mężczyzn-cudzoziemców, którzy z pracodawców stają się czasem pseudo partnerami: praca zostaje ta sama, dochodzą tylko usługi seksualne, wszystko za grosze, za wikt i opierunek, kieszonkowe i sporadyczne prezenty dla dzieci w Polsce. Bez ślubu ani zwiazku partnerskiego, z nieuregulowanym pobytem, kobieta jest ubezwłasnowolniona i nie ma żadnych praw. Brak dobrej znajomości języka, bardzo częsty, ogranicza jej wolność wyboru i zwiększa podatność na wyzysk i wykorzystanie.

    Reply
  • Pingback: Matki-Polki Gargamelki | Wszystkożerca

  • 2 października 2012 at 14:25
    Permalink

    Bardzo ciekawa i celna analiza. Powinni sie nia zainteresowac politycy, czy raczej ci, ktorzy moga i chca cos zmienic a nie tylko doczepiac latki.

    Reply
    • 16 października 2012 at 19:38
      Permalink

      Dokładnie Ilo. To nie Państwo jest winne. Wg mnie – obecny model ‚do siebie’. Zarobiłem (lub udało mi się) – to buduję dom, grodzę go i żyję sobie ‚śledząc informację ze kraju i świata’ ( i oczywiście denerwując się na bezduszność systemu). Dopóki ludzie nie będą łączyć się w grupy, dopóty każdy będzie samemu sobie sterem. Jednym się uda, a inni będą ledwo wiązać koniec z końcem.

      Reply
  • 5 lutego 2013 at 05:23
    Permalink

    bardzo Pani Urbańskiej dziękuję za opinie.od wielu dni przeczesuję net,zastanawiając się,czy nie zrezygnować z wyjazdu, pomimo wszystkiego dopiętego na ostatni guzik.mam dwoje dzieci,jestem samotną matką i bardzo kocham moje dzieci.syn jest już na studiach,córka ma 11 lat.kocham i wyjeżdżam?dotychczas czytałam,że jestem patologią i tak się zaczęłam identyfikować.moja decyzja jest”przegadana” z dziećmi,ze szczególnym zwróceniem uwagi na odczucia córki.jadę,biorę pod uwagę,że się uda i córka do mnie dołączy,ale biorę pod uwagę,że jeśli będzie źle znosiła rozłąkę,wrócę.córka zostaje z babcią,która z nami mieszka.boję się,cierpię,nie śpię.nie jadę po złote klamki,tylko po pieniądze na studia syna,wakacje dla córki i parę(naście) innych kwestii,które dadzą moim dzieciom godne życie.do grudnia pracowałam po 12 godz na dobę,szefowa zniknęła tydzień przed świętami,zostawiając pracowników na lodzie w przenośni i dosłownie.tak,czy inaczej jest mi bardzo ciężko.pozdrawiam i dziękuję za dobre słowo.

    Reply
    • 19 maja 2013 at 09:22
      Permalink

      Witam,jestem za granicą już 8 miesięcy. W Polsce mam dwóch synów siedem i dziesięć lat. Zostały pod opieką męża i dziadków. Niestety to w jakich warunkach musiałam znosić każdy dzień nawet mając pracę w Polsce. Codziennie wracałam z pracy na nogach 5-6 km, najczęściej około północy bo tak kończyłam pracę. Do pracy również szłam na nogach, czasem na rowerze. Pomimo, że dawaliśmy z siebie wszystko z mężem, często obiadem dla dzieci było po prostu jajko sadzone z ryżem. Dziś mogą zjeść przynajmniej jakieś owoce i mięso. Tęsknie za nimi i nie nigdy nie zrozumiem tego kraju.

      Reply
  • 6 lutego 2013 at 18:36
    Permalink

    Ogromnie dziękuję OA, że napisała Pani o swojej sytuacji! List bardzo mnie poruszył… Tak bardzo brakuje w sferze publicznej głosów kobiet, które przechodzą przez to piekło. A Pani list dojmująco pokazuje to piekło braku wyboru, braku wsparcia ekonomicznego, instytucjonalnego, czy braku zwyczajnego ludzkiego zrozumienia dla milionów! kobiet, dzieci, rodzin w Polsce. I nie tylko, bo np. migrantki z Ukrainy, które pracują w Polsce, mają podobne doświadczenia.

    Prowadząc badania, rozmawiałam z wieloma migrantkami, ich dziećmi, rodzinami, które przeżywały to samo, co Pani. Sama też doświadczyłam podobnych emocji, gdyż wychowałam się w rodzinie na odległość, rozłączonej migracją zarobkową mamy. To co mogę powiedzieć na podstawie obserwacji, tych osobistych i tych badawczych, to że życie na odległość nie prowadzi automatycznie – jak chcieliby tzw. eksperci rodzinni – do rozpadu więzi. A takie przekonanie można nabyć czytając opinie pedagogów czy psychologów, które ukazują się w prasie. Choć migracja nie jest sielanką (cenny komentarz Pani Sufin-Jacquemart wyżej), to proszę mi wierzyć, poznałam rodziny, które „rozłąka” wzmocniła; rozmawiałam z dziećmi migrantek i migrantów, które dzięki migracji matki czy ojca uczyły się dojrzałości i odpowiedzialności za innych. I znam też wiele rodzin, które choć mieszkają razem pod jednym dachem, są sobie w zasadzie obce. Dzisiaj odległość geograficzna nie stanowi już takiej bariery, jaką stanowiła jeszcze kilka lat temu. Jeśli jest wola i zaangażowanie, można mieć stały kontakt ze sobą; łatwiej też sprowadzić dzieci, rodzinę do siebie.

    Z pewnością matki wyjeżdżające za granicę nie są „patologią”. Patologiczne są za to nieludzkie sposoby działania tzw. ekspertów i instytucji pomocy rodzinie – moralistyczne i kompletnie oderwane od realiów życia!

    Serdecznie pozdrawiam i jeszcze raz dziękuję za list!
    Kontakt do mnie: urbanskas@is.uw.edu.pl

    Reply
  • 2 maja 2013 at 09:47
    Permalink

    Trudno się nie z autorką zgodzić, ale razi dualistyczna czy też feministyczna wizja świata oraz liczba stereotypów i uogulnień, które towarzyszą opisywaniu istotnego problemu, który dotyka ludzi bez względu na płeć

    Reply
  • 22 września 2013 at 16:21
    Permalink

    Myślę, że niewiele matek wyjeżdża za granicę z lekkim sercem, dla większości to niełatwa decyzja. Sama wyjechałam,zostawiając syna 13letniego z eks- mężem, gdyż musze spłacić część domu, po podziale majątku po rozwodzie. Postanowiłam spóbować zarobić pieniądze na spłatę, aby nie sprzedawać domu, który jest moim domem rodzinnym i zabezpieczeniem dla mnie i syna na przyszłośc. W Polsce byłam bez pracy przez około 2 lata. Przy rozwodzie nie miałam szans na to, aby syn pozostał przy mnie, no bo przecież byłam bezrobotna- takie jest polskie prawo. W każdym innym kraju otrzymałabym pomoc i nie musiałabym tułać się, i pracować poniżej kwalifikacji, aby przezyć i aby wspomagać syna finansowo.
    Pracuję za granicą około 4-6 tygodni a potem przyjeżdżam do Polski na 2-3 tygodnie. Praca oczywiście w opiece. Straszna jest tęsknota, nawet rozmowy na Skype niewiele pomagają, gdyż w domu, będac przy dziecku liczy się sama obecnośc a nie rozmowa twarzą w twarz, samo bycie razem, bycie w jednym pokoju, rzucanie kilku słów, objęcie się, usmiech – tego Skype nie da.
    Poczucie winy jest ogromn,e w czym nie pomaga ani eks-mąz według którego ja sobie po prostu „wyjechałam”, a on musi się samotnie borykac z wychowaniem nastolatka. Rodzina męża mnie wyklnęła, nie odzywają się do mnie ani słowem, jestem pariasem, który porzucił dziecko, według niektórych powinnam zostać w Polsce i utrzymywac się z zasiłku z Opieki Społecznej plus alimentów. Patrzę nieraz na matki tutaj idące z dziećmi na zakupy i zazdroszczę im, ze mogą być razem, mimo, iż wiele z nich nie ma pracy. Straszne są polskie realia. Pani artykuł nie traktuje, nas matek na emigracji szablonowo, wykazuje się pani dużym zrozumieniem. Dziękuję.

    Reply
  • 13 listopada 2013 at 12:44
    Permalink

    To wszystko co tutaj przeczytaĺam doprowadzilo mnie do ĺez. Pracuje za granicą już 3 lata, w Polsce zostal mój największy skarb, moja córeczka. Jak wyjeżdżałam miala 13 lat. Zostala z moją mamą, nie chciała uczyc sie w obcym kraju, prosiła zebym dała jej szansę na wykształcenie. Wyjechalam do pracy, z wielkim bólem i rozdartym sercem. Dlaczego Nas matki spotyka taki los, dlaczego Państwo Polskie pozwala na coś takiego??? . Eurosieroty! TAK istnieją, to dzieci ktore kochają swoich rodzicow najbardziej na świecie a ich rodzice z tesknoty za nimi latami, powoli obumieraja wewnetrznie. Za chlebem, za leprzym życiem dla naszych dzieci,uciekamy na obce ziemie gdzie znosimy upokorzenia tylko dlatego,że w ojczyźnie nie ma dla nas miejsca. W 21 wieku, linczuje sie nas za miłość :) dobrze, że stosów nie palą !

    Reply
  • 19 października 2015 at 23:23
    Permalink

    Ja tak żyje od kilkunastu lat.Żyłam w biedzie były mąż nie płacił nie było mnie stać na nic nawet dzieciom nie mogłam kupić lizaka…podjęłam decyzję…wyjechałam…chciałam ściągnąć dzieci…nie mogłam ,bo były mąż który wcześniej się nimi nie interesował nie zgodził się na ich wywóz …mało tego on i jego rodzina zrobili dzieciom tzw.”pranie mózgu”,uniemożliwił kontakty nie tylko ze mi ale i mojej rodzinie,ze mnie zrobił najgorszą…sam nie był święty ale po próbach jakie robiłam w sądzie powiedziano że ojciec dzieci nie zgadza się na ich wywóz za granicę i ma prawo do tego chyba ,powiedziano mi że każde inne miejsce w Polce ale nie za granicami…Nikt nie wie przez co przeszłam ani przez co przechodzę z dziećmi mam słaby kontakt , nie chcą mnie znać ,mówią że je porzuciłam …Ciągle wysyłam pieniądze i w bólu czekam że coś jednak się mieni…

    Reply
  • 28 lutego 2017 at 14:13
    Permalink

    Bardzo ciekawy artykuł- brawo za otwartość umysłu i nieszablonowe podejście. Jednak z doświadczenia uważam, że ów logiczne podejście nijak się ma do rzeczywistości, a spustoszeń pozostawionych w całych rodzinach nie da się przeanalizować metodą ilościową, ani żadną inną.

    Ja sama jestem „sierotą migracyjną”. Moja Matka wyjechała do USA gdy miałam 11 lat- początkowo na 6 miesięcy, które zamieniły się w dotychczas już 17 lat. Zostałam z braćmi (7,8 lat straszymy) i ojcem, oraz siostrami mojej Mamy.
    Wmawiano mi od lat, że to wspaniałe poświęcenie dla mojego dobra. W moim odczuciu i w wielkim skrócie- wyjazd za gotówką i za lepszym życiem jest najtchorzliwszym podejściem z możliwych. Dzieci wymagają miłości i obecności rodziców- nawet, gdy ci pracują po godzinach- oni są i być powinni. Ta obecność daje tak wiele, ile żadne rachunki budżetowe nie są w stanie doścignąć. W najgorszej biedzie, ale razem. To już tylko marzenie dla mnie. Proszę ważyć słowa, gdyż artykuły takie jak ten zachęcają do patologii, które powstają w sercach dzieci, matek i całych rodzin w skutek rozbicia rodzin. Pewnych pomyłek nie da się już naprawić! Nie życzę tego nikomu.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *