Gdy czas przestaje być pieniądzem

Anna Coote , Aurélie Maréchal
7 sierpnia 2018

W świecie, w którym żyjemy to praca (lub jej brak) rządzi naszym czasem – niezależnie, czy chodzi o osoby przepracowane czy bezrobotne.

Redukcja czasu pracy, nawet jeśli nie obędzie się bez protestów, będzie istotnym elementem przechodzenia do bardziej sprawiedliwego, zdrowego i stabilnego społeczeństwa. Zajmująca się kwestiami czasu pracy analityczka i ekspertka Anna Coote tłumaczy, dlaczego nadszedł już czas na zmiany.

Aurélie Maréchal: Apelujesz o skracanie czasu pracy, na przykład poprzez 30-godzinny tydzień pracy, dłuższe urlopy czy inne, podobne rozwiązania. Czy możesz nam streścić główne powody, dla których warto dokonać tej zmiany?

Anna Coote: Trzy główne kwestie to redystrybucja pracy płatnej, niepłatnej oraz dodatkowy czas na lepsze życie. Zakładamy, że w przyszłości może być mniej opcji płatnego zatrudnienia – po części z powodu automatyzacji, po części zaś z konieczności zmiany sposobu funkcjonowania gospodarki tak, by nie opierała się ona po prostu na wzroście.

Wysokie jego poziomy nie są możliwe do pogodzenia z koniecznością zrealizowania celów redukcji emisji gazów cieplarnianych. Nie jest on niczym dobrym dla planety – zarówno ze względu na emisje, jak i na wzrost zapotrzebowania na surowce.

Z punktu widzenia sprawiedliwości społecznej lepiej bardziej równomiernie dzielić dostępną nam pracę.

Drugim wspomnianym przeze mnie powodem jest redystrybucja pracy niepłatnej, takiej jak opieka nad dziećmi czy obowiązki domowe. Mamy obecnie do czynienia z wysokim poziomem nierówności w ilości czasu wolnego, szczególnie widocznych między kobietami a mężczyznami.

Kobiety mają niewiele czasu dla siebie – często z powodu opiekowania się dziećmi czy krewnymi w podeszłym wieku. To ważne, by uwolnić mężczyzn z kieratu długich godzin pracy po to, by mogli lepiej dzielić się pracą opiekuńczą z kobietami.

Trzeci argument wiąże się z faktem, że mając więcej dostępnego dla siebie czasu ludzie mają szansę żyć w bardziej zrównoważony sposób. Korzystne dla ludzi i środowiska działania bywają bardziej czasochłonne, tak jak w wypadku naprawiania rzeczy zamiast ich wyrzucania i kupowania nowych czy uprawiania własnej żywności zamiast kupowania wysoko przetworzonych produktów.

W wielu wypadkach z powodu braku czasu na alternatywy dokonujemy zakupu produktów, które wiążą się ze sporym zużyciem energii. Kupujemy bilety lotnicze, gotowe dania, jeździmy autem zamiast spacerować czy jechać pociągiem. Dodajmy do tej listy mnóstwo domowych gadżetów.

Kwestie ekologiczne pojawiają się dość rzadko jako argument za skracaniem czasu pracy, krok ten może jednak nie wystarczyć. Czy w świecie hiperkonsumpcji nie grozi nam wykorzystywanie wolnego czasu do jeszcze bardziej kurczowego trzymania się niezrównoważonych wzorców?

Skrócenie czasu pracy nie jest panaceum na wszystkie nasze problemy. To jeden krok, któremu towarzyszyć muszą kolejne – nie tylko podwyżka najniższych płac do poziomu umożliwiającego godne życie (living wage). Istnieje już szereg całkiem interesujących opracowań, które – nawet jeśli nie dają ostatecznych odpowiedzi – dają nam wiedzę na temat tego, czy zwiększenie ilości czasu wolnego nie przyczyni się do potrzymania niezrównoważonych modeli zachowań.

Nasze zainteresowania mogą zarówno pomagać, jak i szkodzić przyrodzie. Istnieje całe spektrum możliwości wykorzystywania dostępnego nam czasu wolnego. Uprawa warzyw może być realizowana z użyciem niewielkiej ilości energii, może też odbywać się w sztucznie oświetlanych szklarniach. Bilans zależy od tego, jaki model danego działania przyjmiemy.

Juliet Schor dokonała analizy krajów OECD. Badanie to skupia się na średniej ilości przepracowanych godzin oraz emisji gazów cieplarnianych w poszczególnych krajach tej grupy.

Zauważalna jest korelacja między krótszym wymiarem godzinowym pracy a niższymi emisjami.

Jeśli chodzi o kwestie zrównoważonego rozwoju to moje badania na temat skracania czasu pracy zaczynałam z założeniem, że gospodarka nie będzie w stanie rosnąć w nieskończoność. Sporo pracy w tej dziedzinie wykonali już ekonomiści, tacy jak Peter Victor czy Tim Jackson.

Gospodarka, kierująca się imperatywem wzrostu nie jest gospodarką zrównoważoną. Nie jesteśmy w stanie oddzielić go od wzrostu emisji gazów cieplarnianych. Jeśli zatem będziemy mieć do czynienia z gospodarką bez wzrostu, jeśli chcemy cieszyć się pomyślnością i dobrobytem bez niego, wówczas musimy przemyśleć, w jaki sposób taka zmiana oddziaływać będzie na rynek pracy. Niemało ludzi odpowie – zresztą słusznie – że bez odpowiednich zmian czekać nas będzie mnóstwo bezrobocia i innych nieszczęść. Spotkamy się też wówczas z dużym oporem społecznym.

Hervé Kempf napisała o tym, jak w jaki sposób osoby bogate niszczą planetę. Im więcej masz pieniędzy i im mniej masz czasu, tym większy jest twój wpływ na środowisko. W jaki sposób – za pomocą rozwiązań politycznych i strukturalnych – możemy odpowiedzieć na powiązania, występujące między zrównoważonym rozwojem, ilością czasu wolnego i indywidualną siłą nabywczą?

Po pierwsze potrzebna jest nam polityka instytucji publicznych, która stawia sobie za cel poprawę tak ilości, jak i jakości usług publicznych, wliczając w to transport publiczny.

Musimy również zastanowić się nad płacą maksymalną jako uzupełnieniem tej minimalnej. Płaca minimalna jest szeroko stosowanym narzędziem, wychodzącym z założenia, iż nikt nie powinien żyć poniżej pewnego poziomu – granicy ubóstwa. Mamy również do czynienia z kategorią godnej płacy (living wage). Czy poprzez dialog publiczny bylibyśmy w stanie ustalić, jak wysoka miałaby być najwyższa płaca? To dla nas wyzwanie polityczne, ekonomiczne i statystyczne.

Osoby zamożne mają z reguły większy wpływ na środowisko, jeśli posiadają kilka domów, mnóstwo samochodów i gdy sporo latają.

Zdarza się jednak dojście do momentu, w którym powiązanie między wzrostem dochodów a skalą wynikłego z tego niszczenia planety słabnie – dla przykładu można kupować kosztowne rzeczy w rodzaju drogich obrazów, które to działanie nie generuje jednak wielkich szkód dla środowiska. Musimy zatem z uwagą podejść do pomysłu na „limit bogactwa”, mającego na celu ograniczenie negatywnych wzorców konsumpcji osób o wysokich zarobkach.

Niektóre partie Zielonych, ale również część związków zawodowych, wzywa do skracaniu czasu pracy bez zmniejszania poziomu wynagrodzenia – co najmniej dla osób o najniższych dochodach. Czy to realistyczny scenariusz? Jakie byłyby Twoje rekomendacje w zakresie zapewnienia, że zmiana ta nie zwiększy nierówności dochodowych?

Wszelkie działania na rzecz skracania czasu pracy powinny być powiązane z walką przeciwko niskim płacom i za godnymi stawkami godzinowymi. Minimalny dochód gwarantowany oraz wzmocnienie siły przetargowej związków zawodowych przyda się do tego, by stawki wynagrodzeń pozwalały na redukcję czasu pracy.

Spotkać się również możemy z bardziej innowacyjnymi podejściami w rodzaju kredytu opiekuńczego – w wypadku, gdy zajmujesz się dzieckiem albo krewnym w podeszłym wieku otrzymuje się wówczas opcję dodatkowych środków na emeryturę, możliwych do wykorzystania również w inny sposób.

Najważniejsza w tym wszystkim jest z mojego punktu widzenia kwestia wynagrodzenia społecznego: opieki zdrowotnej, edukacji, pomocy społecznej czy transportu publicznego, a więc wszystkich dóbr, umożliwiających nam zaspokajanie swoich potrzeb, które po części lub w całości dostarczane są nam przez państwo.

Szacuje się, że wynagrodzenie społeczne ma istotny aspekt redystrybucyjny, jako że stanowi ono znacznie większą część dochodów osób uboższych niż tych, które pochwalić się mogą wyższymi dochodami. Skracanie czasu pracy musi iść ramię w ramię z płacą społeczną, zwiększeniem możliwości związków zawodowych czy godnymi stawkami godzinowymi.

Inną kwestią, którą obserwować możemy w najróżniejszych branżach i stanowiskach, jest wypalenie zawodowe. Przepracowani pracownicy siedzący w pracy po 60 godzin w tygodniu, niemożliwe do zrealizowania terminy, wieczna dostępność w sieci…

Opór wobec skracania czasu pracy wywodzi się często z kręgu kierownictwa oraz kadry zarządczej, którzy nie potrafią sobie wyobrazić wykonywania swoich obowiązków z krótszym czasie, myląc tym samym przywództwo z kontrolą i koncentracją władzy. W jaki sposób mierzyć się z takim przekonaniem społecznym i pokazywać, że nie chodzi tu tylko o skracanie czasu pracy, ale również o dzielenie się władzą?

Istnieje już całkiem spora – i wciąż rosnąca – grupa kierujących brytyjskimi (i być może nie tylko brytyjskimi) firmami kobiet, które apelują o rozwiązania, takie jak dzielenie się pracą czy skracanie czasu pracy. Zajmowały się one wychowaniem dzieci i dzięki temu wiedzą, jak trudne to zadanie. Część z nich może pomóc nam w tej sprawie.

Znaczna część mężczyzn z kadry zarządzającej praktycznie w ogóle nie widuje się ze swoimi dziećmi, pozostając odciętymi od życia rodzinnego. Kobiety mogą zatem być kluczem do zmian.

Warto również zastanowić się nad kwestią prezesek i prezesów zarządów, którzy zasiadając w ciałach tego typu pracują dwa, trzy dni w tygodniu. Umyka nam to, w jaki sposób niemal odzwierciedlają oni to, w jaki sposób wyobrażamy sobie przyszłą pracę kadry wysokiego szczebla. Wykonują oni pożyteczną pracę, pracują w niewielkim wymiarze, a jednak są hojnie wynagradzani i nierzadko niezmiernie wpływowi. Istnieją zatem co najmniej dwie drogi do osiągnięcia oczekiwanej przez nas zmiany kulturowej.

Jednym z niedawnych europejskich doświadczeń redukcji czasu pracy, z którego możemy dziś korzystać było wprowadzenie 35-godzinnego tygodnia pracy przez Francję w roku 1998. Krok ten często bywa krytykowany, jednak szczegółowe analizy wskazują na szereg pozytywnych skutków tego posunięcia. Jakie lekcje wypływają dla nas z francuskiego doświadczenia i jakie jego aspekty powinny być dla nas wskazówkami dla podobnych inicjatyw w innych krajach Europy – zarówno w zakresie ich wdrożenia, jak i negocjacji politycznych?

Pierwsza z dwóch ustaw wprowadzających krótszy tygodniowy czas pracy – prawo Aubry – była popularna głównie wśród osób pracujących, szczególnie zaś wśród rodziców małych dzieci. Mnóstwo osób cieszyło się z jego wprowadzenia.

Kolejna ustawa była z kolei odpowiedzią na lobbing ze strony pracodawców, którym nie podobał się 35-godzinny tydzień pracy. Zwiększyło ono władzę pracodawców nad pracownikami, dając im większą kontrolę nad czasem swoich podwładnych.

Mimo tego Francja wciąż pochwalić się może znacznie mniejszą średnią ilością przepracowanych przez pojedynczego pracownika godzin niż na przykład Wielka Brytania. Była to zatem dobra innowacja, dzięki której dowiedzieliśmy się wiele na temat znaczenia elastyczności i dostosowywania godzin pracy do potrzeb pracowników.

Poznaliśmy również ograniczenia, związane z wprowadzaniem przez rządy zmian w zbyt gwałtownym tempie, przez co stają się one podatne na opór polityczny.

Jeśli proces skracania godzin pracy trwa bardziej stopniowo, na przykład w ciągu 10 lat, wówczas możliwe jest zmienianie nastrojów społecznych i mobilizowanie poparcia politycznego.

Wspomniałaś o podziale pracy niepłatnej jako o jednym z powodów, dla których popierasz skracanie czasu pracy. Czy proces ten może pomóc w ważnych z feministycznego punktu widzenia walkach, między innymi o zmniejszenie płciowej luki płacowej czy o bardziej równy podział pracy? Jakie mogą tu być potencjalne wyzwania czy efekty uboczne?

Skrócenie czasu pracy może pomóc w poradzeniu sobie z problemem nierówności między płciami. Nie chcę przez to powiedzieć, że jest to jakieś magiczne rozwiązanie – uważam jednak, że może ono pomóc u źródeł tego problemu. Proces ten zadziała jednak wtedy, kiedy zarówno mężczyźni, jak i kobiety korzystać będą ze skróconych godzin pracy i będą lepiej dzielić się pracą domową.

Najgorszym scenariuszem przyszłości jest ten, w którym z krótszego czasu pracy korzystają przede wszystkim kobiety, przez co utrwala się przekonanie, że są one od płacy niepłatnej, podczas gdy mężczyźni – od tej płatnej. Skróceniu czasu pracy kobiet i mężczyzn musi zatem towarzyszyć znacznie lepsze dzielenie się niepłatną pracą między płciami.

Jeśli wyobrazimy sobie rodzinę, w której mężczyzna i kobieta z jednym bądź dwójką dzieci pracują dziś po 40 godzin w tygodniu, to obniżenie tego wymiaru do 30 godzin daje im dodatkowych 20 godzin, możliwych do wykorzystania do opieki nad dziećmi.

Nie jestem zwolenniczką tego, by odbywała się ona wyłącznie w domu – uważam jednak, że krok ten mógłby uczynić ją znacznie bardziej dostępną w krajach takich jak Wielka Brytania, gdzie opieka nad dziećmi jest bardzo kosztowna.

Za każdym razem, gdy mówimy o skracaniu czasu pracy – a robimy to przez ostatnie siedem-osiem lat – temat ten cieszy się sporym zainteresowaniem medialnym. Kiedy udaję się na wywiad okazuje się, że szczególnie zainteresowane tym pomysłem są kobiety, jako że muszą one godzić ze sobą rodzicielstwo i karierę. Reagują na niego z nieskrywanym entuzjazmem.

Artykuł „When Time Isn’t Money: The Case for Working Time Reduction” ukazał się na łamach Zielonego Magazynu Europejskiego. Tłum. Bartłomiej Kozek

Zdj. Paryskie protesty przeciwko ustawie liberalizującej kodeks pracy w roku 2016. Autor: Jules78120 na licencji CC BY-SA 4.0

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.