Zanim dokupimy atomową konewkę

Wojciech Kłosowski
2 sierpnia 2009

Zapoczątkowana przez „Gazetę Wyborczą” debata o energetyce jądrowej w Polsce jest bardzo potrzebna. Szkoda, że na razie toczy się ona nieco obok tematu, a jedynym dotychczas głosem rzeczowym był głos prof. Żmijewskiego. Spróbujmy do debaty o atomie wprowadzić nieco faktów.

Ostatnio wielokrotnie słyszeliśmy, że około 2013 roku czeka nas kryzys energetyczny. Przeciętnemu czytelnikowi brak jednak informacji, z czego taki kryzys miałby wyniknąć, a stąd też trudno mu ocenić, jakie środki zapobieżenia ewentualnemu kryzysowi miałyby sens. Spróbujmy dowiedzieć się tego z raportu stworzonego wspólnie przez prezesów największych polskich spółek energetycznych[1].

Skąd ma się wziąć kryzys?
W raporcie czytamy, że całkowita moc osiągalna w krajowym systemie energetycznym sięga blisko 35 tysięcy megawatów. A ile z tych 35 tysięcy MW wykorzystywaliśmy? Według danych PSE-Operator SA w najbardziej „energochłonnym” momencie roku 2006, (który nastąpił 24 stycznia w szczycie wieczornym) wykorzystaliśmy… niecałe 25 tysięcy MW. To był najwyższy w ciągu całego roku chwilowy poziom wykorzystania mocy; trwał 15 minut i wykorzystaliśmy wówczas 71% mocy osiągalnej. Ponad dziesięć tysięcy MW z dostępnych trzydziestu pięciu było nadal w rezerwie (nawet do limitu mocy dostępnej brakowało jeszcze grubo ponad 6 tys. MW). Natomiast średnie zapotrzebowanie na moc w całym roku wyniosło około 20,6 tys. MW. Więc w przeciętnym dniu roboczym nietknięta rezerwa mocy to średnio 42 procent jej zasobów osiągalnych (i 33,5% zasobów dostępnych). Czytelnik ma prawo spokojne zapytać: gdzie tu kryzys?

Wczytujmy się dalej w Raport w poszukiwaniu przesłanek, z których autorzy wieszczą zapaść energetyczną. Najpierw wprowadzenie: ostatni rok, gdy bilans energetyczny Polski był ujemny, to rok 1989. Potem bilans z roku na rok wyrażał się coraz większą nadwyżką, by w 2006 roku wyprowadzić Polskę na pozycję drugiego w Europie (po Francji) eksportera energii elektrycznej. Nadwyżka produkcji wynosi w tymże roku 11 terawatogodzin. Czy to dużo? Policzmy: elektrownia w Żarnowcu, która docelowo miała składać się z czterech bloków po 440 MW każdy, miałaby 1652 MW mocy dyspozycyjnej (bo 108 MW konsumowałaby sama). Jeśli pracowałaby w ciągu roku 6000 godzin, dostarczałaby do sieci 9,9 terawatogodziny energii, a więc – nieco mniej, niż teraz wysyłamy za granicę naszej nadprodukcji. To zastanawiające; kryzysu w tym nadal trudno się dopatrzeć.

Ale autorzy Raportu widzą przyczyny kryzysu gdzie indziej i trzeba uznać, że mają w znacznym stopniu rację: oto przeważająca część bloków energetycznych naszych elektrowni to konstrukcje z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych: pomimo licznych modernizacji coraz częściej wymagają remontów (a więc wyłączeń) a wiele z nich wkrótce trzeba będzie wyłączyć w ogóle. Toteż – powiadają autorzy Raportu – trzeba zainwestować w atom. Aby przekonać się, że tu akurat kompletnie nie mają racji, wystarczy… doczytać do końca uważnie ich własny raport.

Czy atom jest właściwym lekarstwem?
Wizja Raportu jest następująca: pomimo optymistycznego stanu na dziś, na bliskim horyzoncie widać falę wyłączeń i remontów w naszych elektrowniach węglowych. A elektrownie węglowe to w polskim systemie ponad 90 procent mocy i – cytuję Raport – „sytuacja nie ulegnie zasadniczym zmianom; oczekuje się jedynie szybkiego rozwoju energetyki odnawialnej, która posiada obecnie relatywnie dobre warunki do inwestowania”. Wypada się tu absolutnie zgodzić z Raportem: faktycznie, najszybciej przyrastającym źródłem nowej mocy w systemie będzie biomasa i wiatr, a liczne bloki węglowe wymagają wyłączeń już koło 2013 roku.

Jednak za chwilę natrafiamy na tezę, która wydaje się kompletnie niespójna z całą resztą Raportu: oto autorzy stwierdzają, że wobec nadchodzącego kryzysu „zasadna jest budowa elektrowni atomowych”, jednak w tym samym zdaniu dodają przytomnie: „przy czym pierwszych mocy nie należy się spodziewać przed rokiem 2025 a zauważalnego udziału przed rokiem 2030”. Masz babo placek! Jak wobec tego atom ma pomóc w kryzysie roku 2013? Przecież powstałby dopiero 12 – 17 lat później! Wygląda to tak, jakby atom dopisała do raportu jakaś „niewidzialna ręka”, nijak nie trzyma się on bowiem reszty tego dość solidnego dokumentu, a wręcz jest sprzeczny z jego kluczowymi tezami, o czym jeszcze za chwilę.

Nie dolewać do dziurawej beczki
Obecnie nasz system energetyczny przypomina dziurawą beczkę, z której woda wycieka stu otworami a za chwilę – jak czytamy w Raporcie – wypadną z niej całe klepki. Dokupowanie nowej konewki, aby szybciej dolewać wodę do tej rozpadającej się beczki, nie wydaje się rozsądne, nawet jeśli będzie to konewka atomowa. Zamiast tego warto postarać się o systemowy remont beczki: pozatykanie dziur i wymianę zmurszałych klepek na nowe. Cieszę się, że podobny wniosek można wyczytać z treści Raportu. Krajowy system energetyczny warto uszczelnić co najmniej w trzech miejscach.

Pierwsze – to straty na przesyłach. Obecnie wynoszą one 12,6 procenta całej wyprodukowanej energii! To znaczy, że z każdego tysiąca wyprodukowanych gigawatogodzin, do odbiorcy dotrą tylko 874 gigawatogodziny; reszta w postaci ciepła wypromieniuje do atmosfery. Dobrze, że raport wspomina przynajmniej o poprawie gospodarowania mocą bierną przy przesyłach, ale dla sensownego zmniejszenia strat konieczne jest podwyższenie napięć przesyłowych (mówi się o tym od 20 lat). Nie sposób przyjąć narzekań raportu że nowe linie NN to inwestycje trudne „bo trzeba wykupywać tereny”. Na razie chciałbym zobaczyć analizę kosztów i korzyści dla poprowadzenia linii 400-kilowoltowych po śladzie istniejących linii 220 kV (co zmniejsza straty na przesyle 3,3-krotnie!) i podobnie – poprowadzenia dwieściedwudziestek po śladzie istniejących linii 110 kV (tu zmniejszenie strat byłoby aż czterokrotne!). Nie mówiąc już o dramatycznej potrzebie przebudowy sieci średnionapięciowej zasilającej polską wieś na parametrach XIX-wiecznych. Jest więc o co walczyć. Aż dziw bierze, że PSE-Operator nie dopomina się o natychmiastowe wsparcie rządu, bo modernizacja sieci to zadanie, które da zysk energetyczny większy od budowy nowej elektrowni sporo mniejszym kosztem i w zdecydowanie krótszym czasie. Pieniądze trzeba więc wydawać tu, a nie na atom.

Drugie – podniesienie sprawności źródeł obecnie działających. Z Raportu wynika zresztą dokładnie to samo. Nasze elektrownie węglowe mają sprawność na poziomie 30-31 proc. Czyli z trzech megawatów mocy cieplnej uzyskuje się w nich niecały jeden megawat mocy elektrycznej. Reszta ciepła wypromieniowuje w kosmos bezproduktywnie. Nie inaczej będzie z elektrownią jądrową (która – warto pamiętać – też jest najzwyklejszą elektrownią cieplną): sprawność energetyczna bloków na reaktorach WWER 1000, jakie postulują dla Polski zwolennicy atomowej konewki, wynosi 31,7 proc. i nie da się podwyższyć ze względów czysto fizycznych (za niska temperatura pary na wymienniku). Tymczasem w Polsce już teraz można wytwarzać prąd efektywniej; w elektrowni Pątnów II wchodzącej w skład holdingu Pątnów – Adamów – Konin, mamy 460-megawatowy blok na parametry nadkrytyczne, pracujący ze sprawnością nie 30, ale 44 procent (ten kierunek inwestowania uznają za konieczny także autorzy Raportu, pisząc o „wdrażaniu wysokosprawnych technologii na parametry nadkrytyczne i ultranadkrytyczne”). Spróbujmy teraz pomarzyć: gdyby zmodernizowano do parametrów nadkrytycznych jedną trzecią bloków energetycznych w Polsce, z tej samej ilości spalonego węgla dostalibyśmy dodatkowo 5,5 tys. MW mocy elektrycznej, a więc – więcej, niż dałyby nam trzy Żarnowce. Zainstalowanie nowej elektrowni jądrowej nie zmniejszy ani o tonę emisji CO2 z elektrowni węglowych; podniesienie sprawności może tę emisję zmniejszyć prawie o jedną trzecią. Warto więc inwestować w sprawność, a nie w atom.

Trzecie – trzeba zminimalizować straty wynikające z nierównomierności dobowego zapotrzebowania na moc. Elektrownie szczytowo-pompowe mogą wspomóc system energetyczny kraju dużo efektywniej niż elektrownia jądrowa. Energia zgromadzona w godzinach najmniejszego zapotrzebowania w ciągu doby jest z takich elektrowni oddawana do systemu w szczycie wieczornym. Elektrownia szczytowo-pompowa spełnia więc rolę „zbiornika wyrównawczego” energii w systemie, pozwalając innym elektrowniom pracować z większą równomiernością dobową, a sama jest całkowicie bezemisyjna. Drugim ważnym uzupełnieniem systemu – przewidzianym też w Raporcie – byłaby budowa na północy Polski interwencyjnych źródeł wytwórczych w postaci bloków na turbinach gazowych; one też mogą skutecznie uzupełniać moc szczytową, a czas ich wybudowania, to 2-3 lata. Trzeba inwestować w to, a nie w atom.

Postęp = energochłonność?
Poświęćmy z kolei cierpliwą uwagę tezie powtórzonej dwukrotnie we wnioskach końcowych z Raportu, że postęp wiąże się nieuchronnie z wzrostem energochłonności. Raport napisali wytwórcy i dystrybutorzy energii, w oczywistym interesie których jest rosnący popyt, więc teza o „nieuchronnym wzroście konsumpcji” jest nie tyle ostrzeżeniem, co – marzeniem. Ale takie tezy dobrze jest skonfrontować ze znanymi nam faktami z przeszłości: czy zdaniem szanownych czytelników w szesnastoleciu 1989 – 2005 w Polsce miała miejsce zapaść gospodarcza, czy może następował rozwój? Autorowi tego tekstu wydaje się, że nastąpił rozwój a standard cywilizacyjny w naszych domach wzrósł niepomiernie. Otóż – krajowe zużycie energii w 2005 roku było nadal NIŻSZE, niż w 1989 (dopiero w 2006 nieznacznie przekroczyło poziom z 1989 roku). Rozwój przez szesnaście lat odbywał się bez wzrostu konsumpcji energii brutto! Rozwijał się przemysł, miasta rozświetlały się reklamami a w naszych domach pojawiły się masowo komputery i wielkoekranowe telewizory. Ale jednocześnie – wzrosła niepomiernie energooszczędność urządzeń: zarówno tych domowych, jak i tych przemysłowych. Zaczęliśmy termomodernizację budynków, zmieniono najbardziej energochłonne technologie w przemyśle, posypały się kary dla fabryk za nieskompensowanie mocy biernej, więc przy wielkich silnikach pojawiły się baterie kondensatorów i urządzenia zaczęły pracować oszczędniej. Nowoczesność, jak się okazało, to przede wszystkim sprawność, energooszczędność i szeroko rozumiana gospodarność, a nie – imponująca konsumpcja energii, rosnąca jak krzywa wytopu surówki w peerelowskiej propagandzie.

Prognoza zakładająca, że my, Polacy, będziemy niedługo konsumowali tyle energii per capita, co obecnie Niemcy czy Francuzi, jest – bardzo delikatnie mówiąc – nieprzemyślana. Prognozy ekstrapolacyjne, polegające na mechanicznym przedłużaniu w przyszłość obecnych trendów konsumpcji energii, są naiwne w tym sensie, że opierają się na nierozsądnym założeniu braku postępu technicznego w przyszłości. Jean Gimpel przytacza przykład takiego myślenia: prognozę z 1890 roku dla Nowego Jorku, przewidującą, że w roku 1920 za sprawą coraz liczniejszych powozów ulice miasta będą trwale pokryte 70-centymetrową warstwa nawozu końskiego, którego nikt nie nadąży usuwać. Jednak w latach 20-tych po ulicach Nowego Jorku jeździły już konie mechaniczne a problemem stawały się powoli spaliny, a nie nawóz. Zmiany w przyszłości będą nie tylko ilościowe, ale przede wszystkim jakościowe. Warto o tym pamiętać.

Uniknąć ślepej uliczki
Zużycia energii nie wystarczy prognozować (a już na pewno nie należy prognozować go ekstrapolacyjnie). Zużycie energii trzeba w znacznym stopniu planować. Zamiast biernych przewidywań są potrzebne aktywne postanowienia zarządcze, a zarządzającym nie może być producent, w interesie którego jest maksymalizacja sprzedaży. Zarządzającym musi być władza publiczna działająca w interesie obywateli-konsumentów. Ta władza musi zadbać o warunki do racjonalizacji popytu. Przydałby się mądry rządowy program promujący termomodernizacje lepiej niż obecnie, sensowny system rozporządzeń promujący poszanowanie energii. Nie od rzeczy byłby też dobry przykład władzy: energooszczędny sprzęt i oświetlenie w instytucjach publicznych. To więcej zysku dla równowagi systemu, niż budowa nowej elektrowni jądrowej. Bilans można przecież równoważyć nie tylko zwiększając podaż energii, ale także – racjonalizując popyt. Ale – tego nie wyczytamy z raportu wytwórców energii i trudno im się dziwić.

Żeby postawić kropkę nad i: oszczędności oczywiście kiedyś się wyczerpią, a system zostanie zracjonalizowany na tyle, że powstanie i tak pytanie o nowe źródła mocy. To powinno nastąpić nie wcześniej, niż około 2023 roku. Do tego czasu będziemy mieli z całą pewnością kilkanaście procent mocy z nowych źródeł odnawialnych, (głównie biomasy, choć – warto wiedzieć – już teraz źródła wiatrowe podłączone do krajowego systemu mają łączną moc prawie dwóch reaktorów żarnowieckich), Jednak i tak dodatkowa moc może być potrzebna. Zwolennicy atomu chcą mieć na tę chwilę gotową elektrownię jądrową. Tymczasem jest wysoce prawdopodobne, że do tego czasu technologia energetyczna oparta na rozpadzie uranu będzie absurdalnie przestarzała i warto po prostu uniknąć tej ślepej uliczki. Na horyzoncie jest co najmniej kilka technologii lepszych i bardziej obiecujących. Oto jedna z zapowiedzi: pierwsza czynna stumegawatowa instalacja energetyczna spalająca wodór uzyskiwany z fotolizy wody na powierzchni oceanu, ma być gotowa podobno w 2018 – 2020 roku. Energią pierwotną jest tu energia słoneczna, a spalinami z takiego procesu będzie… para wodna. Bardzo chciałbym, abyśmy my, Polacy przywitali tę nową technologię ze zmodernizowaną siecią przesyłową, a nie – z pustą kasą, bo pieniądze wydaliśmy wcześniej na atomową konewkę.

************************************************************************
[1] Chodzi o opublikowany w 2008 roku dokument „Najważniejsze zagadnienia dotyczące funkcjonowania sektora energetycznego w Polsce” współautorstwa S. Kasprzyk, K. Muszkat, H. Majchrzaka, K. Szynola, J. Kaczorowskiego, S. Poręby i H. Trojanowskiej; w tekście artykułu dokument ten będzie nazywany po prostu Raportem. [powrót]

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

4 thoughts on “Zanim dokupimy atomową konewkę

  • 8 marca 2011 at 16:44
    Permalink

    Wszystko fajnie i ciekawie, tylko punkt drugi ma wniosek z kosmosu. „Zainstalowanie nowej elektrowni jądrowej nie zmniejszy ani o tonę emisji CO2 z elektrowni węglowych; podniesienie sprawności może tę emisję zmniejszyć prawie o jedną trzecią.”.
    Powyższy cytat sugeruje, ze autor wiąże sprawność siłowni cieplnej z emisją CO2. Natomiast emisja w sposób oczywisty zależy od ilości spalonego węgla. Zatem zwiększając sprawności w elektrowniach węglowych zmniejszyłoby emisję CO2 o 1/3, ale wybudowanie elektrowni jądrowych na miejscu węglowych zmniejszyłoby emisję o 3/3, czyli 100%.

    Przyczepić też się muszę do prezentowanego poziomu sprawności. Wspomniane 30-31% zdarza się w polskiej elektroenergetyce, jednak wiele jednostek wytwórczych (i to niekoniecznie tych najnowszych na parametry nadkrytyczne, ale za to tych największych, działających w podstawie systemu) osiąga sprawność na poziomie 40%.

    Mylne wrażenie sprawia też sformułowanie o ‚modernizacji’ bloków węglowych. Nie da się elektrowni zmodernizować tak by jej sprawność zwiększyła się z 30 do 45 czy 50%. Realny potencjał modernizacji to pojedyncze punkty procentowe, a zeby osiągnąć sprawności znacznie wyższe starą elektrownię należy zburzyć a na jej miejscu wybudować nową.

    Reply
    • 10 marca 2011 at 11:13
      Permalink

      Dziękuję za rzeczowy głos. Właśnie takiej dyskusji bardzo brakuje w naszej przestrzeni publicznej. Odpowiem „od końca”, ale zacznę od tego, że strg ma w znacznym stopniu rację.
      1. Rzeczywiście „modernizacja” może brzmieć myląco. Podniesienie sprawności bloków węglowych z 30 do 45 czy nawet 55 procent, to nie sprawa drobnych zmian, ale sprawa zdemontowania części cieplnej starego bloku u wybudowania całkiem nowej instalacji na parametry nadkrytyczne czy ultranadkrytyczne. To drogie konstrukcje, korzystające z „kosmicznych” materiałów – wytworów najnowszej inżynierii materiałowej, bo pracują w bez porównania wyższych temperaturach i ciśnieniach i tradycyjne materiały by po prostu nie wytrzymały. Ale jednak przebudowy wymaga tylko część cieplna (kocioł) i częściowo mechaniczna (turbina). Natomiast cała część elektryczna (generator, przyłącze) zostaje bez zmian. To samo z częścią sterowniczą, paliwową, czy infrastrukturą towarzyszącą – zmiany są niewielkie, właśnie „modernizacyjne”. Więc nie jest tak, że „trzeba zburzyć elektrownię i zbudować nową”; trzeba zbudować nowy kocioł i turbinę. To dużo więcej, niż zwykła modernizacja, ale dużo mniej, niż nowa elektrownia.
      Uzyskanie dodatkowej megawatogodziny energii na drodze takiej przebudowy elektrowni węglowych jest ZNACZNIE TAŃSZE i jednocześnie ZNACZNIE SZYBSZE, niż taka sama megawatogodzina z atomu. Kto twierdzi inaczej – zapraszam do policzenia tego.

      2. Uwagę o 40-procentowej sprawności niektórych bloków węglowych przyjmuję z rezerwą: nie znam takich przykładów i wydaje mi się to mało prawdopodobne ze względów czysto fizycznych: trudno uzyskać wyższą sprawność bez podnoszenia ciśnień i temperatur. A to właśnie droga w kierunku parametrów nadkrytycznych. Czekam na konkretne przykłady bloków o 40-procentowej sprawności

      3. Wreszcie sprawa zmniejszenia emisji CO2. Przypominam, że mówimy o emisji CO2 z całego systemu, a nie z jednego jego fragmentu (bo wówczas elektrownia jądrowa na etapie eksploatacji rzeczywiście jest praktycznie zero-emisyjna. Ale w systemie sprawa wygląda tak, że mamy nie tylko przepływy energii i emisje CO2, ale i przepływy pieniężne. Obecnie system spala tyle-a-tyle węgla, emituje z niego tyle-a-tyle CO2, wytwarzając tyle-a-tyle energii elektrycznej. Pytanie, jak zmieni się ten bilans, gdy dobudujemy blok atomowy? Nie wzrośnie emisja (ale też nie spadnie), za to dodatkowa energia (1600 MW mocy razy roczny czas pracy bloku). A teraz – UWAGA – wariant alternatywny: te same pieniądze przeznaczamy na przebudowę bloków węglowych na parametry nadkrytyczne. Według moich pobieżnych obliczeń za te same pieniądze co jeden blok atomowy można mieć 6 tys MW w blokach węglowych na parametry nadkrytyczne. Jak łatwo policzyć, mamy wówczas możliwość uzyskać ten sam efekt energetyczny (1600 MW nowej mocy elektrycznej) przy jednoczesnym ograniczeniu spalania węgla (o mniej-więcej jedną czwartą w tym fragmencie systemu). Przy okazji: czas takiej przebudowy zamknąłby się pewnie w 4-5 latach, a blok atomowy to kwestia lat piętnastu, jak dobrze pójdzie. Reasumując: wszystko wygląda inaczej, kiedy zaczynamy liczyć możliwe alternatywne programy inwestycyjne za te same pieniądze.

      Serdecznie zapraszam do dalszej dyskusji. Może skuszą się też inni dyskutanci? Przyjemniej est rozmawiać w szerszym gronie. :))

      Reply
  • 14 marca 2011 at 08:57
    Permalink

    Jak pan sobie wyobraża modernizację takich długości linii:
    napowietrzne[km] kablowe[km]
    linie 750 kV 114 0
    linie 400 kV 4 832 0
    linie 220 kV 8 127 0
    linie 110 kV 32 248 79
    linie SN 233 921 61 839
    linie nN 287 415 122 094
    źródło: http://www.ptpiree.com.pl/html/center.html
    Może mniej demagogii? Poza tym – czy bierze Pan pod uwagę przy okazji postulatu zastapienia linii (powiedzmy) 110kV linią 220kV odpowiednie obostrzenia dotyczące trasy przebiegu takich linii? Co będzie szybsze – modernizacja elementu systemu energetycznego odpowiedzialnego za wytwarzanie, czy też może „zastąpienie linii przesyłowych liniami o wyższych parametrach”? O ile mi wiadomo – modernizacja linii WN (aczkolwiek bardzo powolna) to jednak następuje. Poza tym – mówi Pan o eliminacji strat przesyłowych – każdy elektryk Panu powie, ze to niemozliwe. Straty przesyłowe będą zawsze wystepowały, a my możemy je tylko ograniczać.
    Czy bierze Pan pod uwagę ceny paliwa do elektrowni konwencjonalnych? Chce Pan dalej pielęgnować monokulturę węglową podatną na wszelkiej maści szantaze związkow zawodowych? Niestety nie ma w Polsce polityków klasy Żelaznej Lady, która potrafiła rozwiązać taki problem.
    Pisze Pan o Pańskim przekonaniu co do możliwości generacji kilkunastu procent energii potrzebnej w naszym kraju z biomasy – kto wyprodukuje takie ilości tejże biomasy? Z czego? Ze specjalnych upraw, które ograniczą obszar produkcji zywności?
    Pisze Pan również o przekonaniu, ze energetyka jądrowa będzie przestarzała – a co ją zastąpi? Elektrownie wiatrowe? Co zrobi Pan w sytuacji bezwietrznej pogody przez pewien okres czasu? Niestety – elektrownie wiatrowe NIGDY nie będą podstawą systemu energetycznego – są zbyt uzależnione od warunków meteo. No chyba, że chcemy włączać telewizor wtedy, gdy akurat wieje…

    Reply
    • 14 marca 2011 at 17:39
      Permalink

      Dziękuję za rzeczowy i konkretny głos w dyskusji. Właśnie takiej wymiany pytań i argumentów brakuje bardzo w naszej przestrzeni publicznej. Odpowiadam po kolei.

      1. Rozumiem, że zgadzamy się obaj, że linie TRZEBA zmodernizować, tyko powstaje pytanie, w jakiej kolejności i za jakie pieniądze. Siedemsetpięćdziesiątkę na Ukrainę zostawiłbym w spokoju. I tak ostatnio niczego nie przesyła, a szkoda. Czterechsetki – także. Są jakie są, mają swoje plany remontów, tu nie ma nic pilnego ponad to.

      2. Linie 220 kV trzeba poddać analizie technicznej i ekonomicznej i wytypować odcinki, na których przesyły są największe i przebudowa na 400 kV da największy efekt ekonomiczny. W tym celu PSE Operator powinien zamówić wstępne studium wykonalności (na przykład u mnie, służę, wykonuję takie analizy, ale nie pogniewam się, jak zamówi je u wybranych przez siebie ekspertów ;))). Takie studium daje porównanie efektywności ekonomicznej i finansowej modernizacji linii porównuje jego efektywność ekonomiczną w stosunku do alternatywnych sposobów zainwestowania pieniędzy. Mówiąc prosto: analiza taka wykaże czy taniej jest uzyskać dodatkową energię w bilansie przez przebudowę linii i zmniejszenie obecnie ponoszonych strat, czy – poprzez budowę nowych źródeł atomowych. Nie kłóćmy się, tylko to policzmy: jak wyjdzie, że atom jest efektywniejszy, to ja się zgodzę. Ale – zmartwię Pana – trochę już to liczyłem. Pierwsza gigawatogodzina z modernizacji wychodzi… DWADZIEŚCIA DWA RAZY TANIEJ, niż pierwsza gigawatogodzina z atomu. Z pokorą czekam na inne obliczenia, które to podważą.
      Podobne postępowanie ze stodziesiątkami: nie wszystkie na raz, tylko stopniowo, począwszy od odcinków o największych przesyłach. To właśnie jedna z zalet tego kierunku inwestowania: da się to robić STOPNIOWO, etapami. A zysk energetyczny jest od razu po włączeniu każdego odcinka do sieci.

      3. Sprawa modernizacji linii SN we wschodniej części Polski to absolutny dramat, tu się z Panem zgadzam. Wiemy obaj, że są całe gminy, gdzie napięcie w gniazdkach rzadko przekracza 170 V. Po prostu mamy tam za duże odległości przesyłowe. To jest dramat. Mamy tam faktycznie XIX wiek. Odpowiadam szczerze: NIE WIEM, co
      z tym zrobić, ale obaj zdajemy sobie sprawę, że coś trzeba.

      4. Oczywiście, straty na przesyłach zawsze będą, tu się zgadzamy. Ograniczamy je tylko. Przez podwojenie napięcia przesyłowego ograniczamy je czterokrotnie.

      3. Kolejna rzecz w której zgadzamy się, to – nie należy pielęgnować monokultury węglowej. O tym właśnie piszę odrębny artykuł.

      W ogóle Pański komentarz zasługuje na szerszą odpowiedź, którą postaram się zamieścić w najbliższym czasie. Pozdrawiam serdecznie.

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *