SEZON DYMU

Naomi Klein
2 listopada 2018

Tego lata szaleją pożary i huragany, a mój syn pyta: „dlaczego wszystko idzie w złym kierunku?”

W dzisiejszych czasach wiadomości na temat środowiska naturalnego dotyczą głównie wody – i nic dziwnego. Słyszymy o rekordowych ilościach wody, którą huragan Harvey zalał Houston i inne miejscowości w Zatoce Meksykańskiej, przy czym woda wymieszała się z substancjami ropopochodnymi, co spowodowało skażenia w skali niewyobrażalnej.. Słyszymy też (choć za rzadko) o ogromnych powodziach, które zmuszają setki tysięcy ludzi do migracji z Bangladeszu do Nigerii. Wreszcie po raz kolejny jesteśmy świadkami przerażającej siły żywiołów wody i powietrza – huragan Irma, jeden z najsilniejszych kiedykolwiek odnotowanych na świecie, sieje spustoszenie na Karaibach i zmierza w stronę Florydy.

Jednak na sporych połaciach Ameryki Północnej, Europy oraz Afryki tegoroczne lato nie przyniosło nadmiaru wody. Wręcz przeciwnie, problemem był jej niedobór; ziemia była tak wysuszona, a upały tak niemiłosierne, że porośnięte lasem góry płonęły i dymiły jak wulkany. Pożary były tak gwałtowne, że potrafiły przeskoczyć z jednego brzegu rzeki Kolumbia na drugi, tak szybkie, że w mig pochłaniały przedmieścia Los Angeles niczym inwazja obcej armii, tak wszechogarniające, że zagrażały takim bogactwom natury, jak najwyższe i najstarsze sekwoje czy Park Narodowy Glacier.

Dla milionów ludzi, od Kalifornii po Grenlandię, od Oregonu po Portugalię, od Kolumbii Brytyjskiej po Montanę, od Syberii po Afrykę Południową, lato 2017 roku było latem ognia. A przede wszystkim – latem wszechobecnego dymu, przed którym nie było ucieczki.

Naukowcy zajmujący się klimatem od lat ostrzegali nas, że ocieplający się świat to świat zjawisk ekstremalnych, w którym ludzkość zderzy się zarówno z brutalnym nadmiarem, jak i z dławiącym niedoborem podstawowych elementów, których równowaga przez wieki chroniła jej kruche trwanie. Pod koniec lata 2017 roku, kiedy spore miasta toną pod wodą, inne zaś stoją w płomieniach, przyszło nam na własnej skórze doświadczyć, jak to jest żyć w świecie ekstremów – świecie, gdzie kumulacji ekstremalnych zjawisk naturalnych, towarzyszą równie gwałtowne konflikty rasowe, społeczne i ekonomiczne.

#Fakeweather, czyli pogoda alternatywna

Zanim odwiedziłam dystrykt SunshineCoast w Kolumbii Brytyjskiej, sprawdziłam prognozę pogody. Kolumbia Brytyjska to poszarpany kawałek wybrzeża, pokryty ciemnymi, wiecznie zielonymi lasami, sięgającymi skalistych urwisk i plaż zasypanych kawałkami drewna wyrzuconymi przez fale – malowniczymi szczątkami grabieżczych wycinek, które trwają tu od lat. Dotrzeć tu można tylko promem albo hydroplanem. Tu żyją moi rodzice, tu urodził się mój syn, tu zmarli moi dziadkowie.. Choć to ciągle mój rodzinny dom, bywamy tu nie dłużej niż kilka tygodni w roku.

Strona internetowa kanadyjskiego rządu z prognozą pogody przewidywała, że najbliższy tydzień będzie przepiękny: nieprzerwane słońce, bezchmurne niebo, a temperatury wyższe niż przeciętnie. Nastawiłam się na gorące popołudnia nad Pacyfikiem i ciche, rozgwieżdżone noce.

Kiedy jednak z początkiem sierpnia przyjechaliśmy do SunshineCoast, wybrzeże spowijał przygnębiający biały tuman i było na tyle chłodno, że nie obeszło się bez swetra. Prognozy często bywają chybione, ale tu sprawa jest bardziej skomplikowana. Gdzieś ponad tym całunem niebo jest rzeczywiście nieskazitelne, a słońce rzeczywiście praży. To prawda, ale jest też coś, czego meteorologowie nie wzięli pod uwagę: ogromne ilości dymu, który napłynął z głębi prowincji, z odległości ponad 600 km, gdzie płonie 130 samoistnych pożarów, nad którymi nikt nie panuje.

Dymu wystarczyło, by niebo zmieniło kolor: błękit zniknął i zastąpiła go jednostajna, nieprzerwana biel. Wystarczyło go, by sporą część promieni słonecznych zawrócić z powrotem w kosmos i sztucznie obniżyć temperaturę. Wystarczyło go, by i samo słońce zmienić w złowrogą krwistą plamę otoczoną dziwną aureolą, niezdolną przebić się przez nieustępliwą mgłę. Wystarczyło go, by przesłonić gwiazdy na niebie i pochłonąć zachody słońca. Kiedy dzień dobiega końca, czerwona plama nagle znika i zastępuje ją dziwnie pomarańczowy księżyc.

Dym stworzył własne zjawiska pogodowe, na tyle potężne, że przekształciły klimat nie tylko tam, gdzie jesteśmy, ale na obszarze o powierzchni około 260 tys. km2. Ta gigantyczna smuga dymu, widoczna na zdjęciach satelitarnych, nie uznaje żadnych granic: pochłonęła nie tylko jedną trzecią Kolumbii Brytyjskiej, ale także rozległe połacie Wybrzeża Północno-Zachodniego, włącznie z Seattle, Bellingham i Portland w stanie Oregon. W dobie #fakenews, czyli faktów alternatywnych, takie zjawiska można nazwać #fakeweather – chaos na niebie, powstały w dużej mierze przez złą politykę i zgubne ignorowanie faktów.

Na całym wybrzeżu rząd wprowadził system ostrzegania przed zanieczyszczonym powietrzem, zachęcając ludzi do unikania wysiłku fizycznego. Oficjalnie uznano, że jeśli stężenie drobnych cząsteczek w powietrzu przekroczy pewien poziom, stanowi to zagrożenie dla zdrowia. W niektórych częściach Vancouver zanieczyszczenie powietrza jest trzykrotnie wyższe, niż przewiduje ta oficjalna norma, a niektóre mniejsze miejscowości na wybrzeżu mają znacznie gorzej. Seniorów i osoby z grup podwyższonego ryzyka zachęca się, by pozostały w domu – albo, jeszcze lepiej, udały się w miejsce z odpowiednim systemem oczyszczania powietrza. Pewien lokalny urzędnik zaleca wizytę w supermarkecie.

Piekło w głębi lądu

W samym epicentrum katastrofy, bliżej ognia, jakość powietrza jest dużo gorsza. Za niebezpieczne uważa się stężenie powyżej 25 mikrogramów cząsteczek na metr sześcienny. W mieście Kamloops, gdzie przebywa obecnie wielu ewakuowanych, stężenie jest na poziomie 684,5 mikrograma na metr sześcienny, czyli tyle co w najgorsze dni w Pekinie. Linie lotnicze odwołują loty, a oddziały szpitalne pełne są ludzi z chorym układem oddechowym.

Od początku katastrofy wybuchło 840 pożarów, co – jak podaje Czerwony Krzyż – wymusiło ewakuację ponad 50 tys. ludzi. Na początku lipca rząd ogłosił stan wyjątkowy i do czasu, gdy przyjechaliśmy, był on dwukrotnie przedłużany. Spłonęły setki budynków, a po niektórych miejscowościach, włącznie z rezerwatami rdzennych ludów Ameryki, pozostał popiół.

Dotychczas spłonęło około 4600 km2 lasów, pól uprawnych i pastwisk. Mamy więc do czynienia z drugim w historii pod względem rozmiarów pożarem w Kolumbii Brytyjskiej – a to nie koniec, ogień ma się dobrze i może stać się tym pierwszym.

Dzwonię do znajomego z Kamloops. „Każdy, kto może. zabiera dzieci jak najdalej stąd, szczególnie te najmłodsze”.

Nasza sytuacja na wybrzeżu jest więc zła, powietrze jest brudne, ale i tak jesteśmy szczęściarzami.

Zaraz to zwieje

Od początku roku i od chwili rozpoczęcia rządów nowej amerykańskiej administracji nie miałam wolnego dnia, a co dopiero weekendu. Jak tylu innym, przyszło mi uczestniczyć w bardzo wielu spotkaniach, demonstrować i maszerować do upadłego. Zdążyłam błyskawicznie napisać książkę i promować ją w różnych miejscach. Do tego wraz z mężem pomogłam założyć nową polityczną organizację. Przez zimę i wiosnę cała rodzina powtarzała jak mantrę: w sierpniu jedziemy do Kolumbii Brytyjskiej. To była meta (nawet jeśli chwilowa) tego maratonu i twardo planowaliśmy, że po jej przekroczeniu padniemy, znużeni, na ziemię. Ta perspektywa podobała się również naszemu 5-letniemu synkowi – Tomie. W zimne wieczory na wschodzie kraju z rozkoszą wyobrażaliśmy sobie czekające nas spacery po lesie, wyprawy łodzią canoe, kąpiele…Byliśmy pewni, że będziemy zbierać jeżyny, piec szarlotki, że odwiedzimy wszystkich, dziadków, babcie, ciocie, wujków, kuzynów i kuzynki, starych przyjaciół i przyjaciółki.

Ten wypoczynek w rodzinnych stronach (czyli „zadbanie o siebie”, używając języka moich młodszych współpracowniczek) urósł w naszym domu do rangi mitu. Może dlatego tak powoli do mnie dociera, jak groźne są te pożary – i dym.

Pierwszego dnia jestem pewna, że do południa słońce przebije się przez dym. Wieczorem oznajmiam, że do rana wiatr wszystko rozwieje i wreszcie zobaczymy kawałek nieba. Przez pierwszy tydzień witam każdy dzień z nadzieją, że to szare światło wpadające do sypialni to efekt porannej mgły. Każdego dnia się mylę.

Spokojna pogoda, którą zwiastowały prognozy i która wydawała się taka obiecująca, zanim przyjechaliśmy, okazała się przekleństwem. Słoneczne, bezwietrzne dni oznaczają, że dym, skoro już znajdzie się nad naszymi głowami, pozostaje tam, niczym szklany sufit, na stałe, dzień w dzień.

Moje alergie szaleją. Zakraplam oczy i biorę leki przeciwhistaminowe w ilościach przekraczających zalecane dawki. Toma dostaje tak silnej pokrzywki, że musi brać sterydy.

Co chwilę zdejmuję okulary i czyszczę je, najpierw koszulą, potem ściereczką z mikrofibry, w końcu odpowiednim środkiem. Nic nie pomaga. Ciągle są brudne.

 

Tęsknota za niebem

Po tygodniu spędzonym w białawym tumanie świat jakby się kurczy. Życie poza zasięgiem dymu zaczyna się wydawać nierealne, niczym plotka. Na brzegu oceanu wzrok sięgał zwykle poprzez Morze Salish aż do wyspy Vancouver. Teraz z trudem można dostrzec skały wystające z wody nie dalej niż 200 metrów od brzegu.

Przeżyłam tu wiele zim, kiedy rzadko było widać słońce. Nauczyłam się kochać stalowe piękno, niezliczone odcienie szarości w rzeźbie gór, nisko zawieszone chmury i pełzającą mgłę. Ale teraz jest inaczej. Dym jest pozbawiony życia, po prostu wisi w powietrzu, nieruchomy, monotonny.

Wiele ludzi na całym świecie, w zanieczyszczonych metropoliach, jak Pekin, Nowe Delhi, São Paulo, czy Los Angeles, nauczyło się żyć pod zasłoną smogu. Ale dym to troszkę coś innego. Częściowo dlatego, że wiesz, że nie oddychasz powietrzem skażonym przez elektrownie czy samochody, lecz dymem z płonących drzew, które jeszcze niedawno żyły. Dosłownie wdychasz las.

Wydaje mi się, że zwierzęta mają depresję. Foki wychylają głowy tylko po to, żeby zaczerpnąć powietrza, po czym znikają pod szarą powierzchnią. Nie bawią się. Orły, jestem przekonana, latają tylko w celach praktycznych, nie ma beztroski, akrobacji i szybowania. Na pewno tylko to sobie wyobrażam, projektuję i antropomorfizuję – zły nawyk.

Piszę maila do znajomego z Seattle, znanego ekologa, i pytam, jak sobie radzi z tym dymem. Odpisuje mi, że ptaki przestały śpiewać, a on jest cały czas wściekły. Przynajmniej nie tylko ja tak mam.

A jeśli nas też dosięgnie?

Zaczynam rozumieć, jak kruchy i nietrwały jest fakt, że akurat u nas się nie pali.

Ta część Kolumbii Brytyjskiej teoretycznie jest lasem deszczowym o umiarkowanym klimacie, ale tak naprawdę to pudełko zapałek. Tego lata spadło tu do tej pory mniej niż centymetr deszczu. Ściółka, zazwyczaj wilgotna i gąbczasta, w tym roku jest żółta, wysuszona i trzeszczy pod nogami. Dosłownie czuć zagrożenie pożarem.

Drogi zastawione są żółtymi znakami informującymi o zakazie rozpalania ognia. Stacje radiowe cały czas nadają coraz bardziej nerwowe ostrzeżenia o pożarach wywołanych niedopałkiem czy fajerwerkami. Jakiś gość ze strefy zagrożenia spędził noc w areszcie i musi zapłacić 1000 dolarów, ponieważ po pijanemu świętował fakt, że jego dom akurat nie spłonął – odpalał fajerwerki, które mogły przecież wzniecić kolejny pożar.

Wiadomo, że wystarczyłby jeden piorun albo jacyś głupi turyści, żeby to miejsce poszło z dymem. Mieliśmy już takie sytuacje, że niewiele brakowało. Dwa lata temu ogromny pożar zagrażał części wybrzeża o jakieś 20 minut drogi od nas. Zginął wtedy pewien miejscowy, pomagający walczyć z żywiołem. Mimo że mieszkałam tu przez wiele lat, aż do tej chwili nigdy właściwie nie myślałam, co by się stało, gdyby tak ogromny pożar wymknął się kiedykolwiek spod kontroli. Teraz już potrafię to sobie wyobrazić i nie jest to przyjemne..

Sunshine Coast ma od lat niezmienną populację w okolicach 30 tys. mieszkańców, a prowadzi tu jedna autostrada zakończona portem promowym. Jak do diabła miałaby wyglądać akcja ewakuacyjna w miejscu, z którego nie prowadzą żadne drogi lądowe?

Pytam o to tutejszych znajomych. Są zaniepokojeni i od razu przechodzą do rozmowy o tym, jaką kto ma łódż.

Śmierć na plantacji borówek

Po dziewięciu dniach życia w dymie docierają do nas fatalne wieści. W zadymionym Sumas w stanie Waszyngton – miejscowości oddalonej o około kilometr od kanadyjskiej granicy – zmarł w szpitalu w Seattle pracownik farmy. Honesto Silva Ibarra, lat 28, przybył do USA z Meksyku na wizie H-2A, aby podjąć sezonową pracę przy zbiorach. Poczuł się źle podczas zbierania borówek na plantacji Sarbanand Farms, której właścicielem jest kalifornijska firma Munger Farms.

Współpracownicy Silvy obwiniają za jego śmierć złe warunki pracy: nadgodziny, nieliczne przerwy, za mało jedzenia i zimnej wody – a to wszystko spotęgowane przez gęsty dym napływający z Kolumbii Brytyjskiej. „Pracownicy byli przepracowani, za mało jedli i pili, i trwało to od wielu tygodni” – twierdzi Rosalinda Guillen, dyrektorka grupy adwokackiej Community to Community Development. Od pracowników wiadomo, że były przypadki omdleń w trakcie pracy.

Przedstawiciel Munger Farms podał magazynowi The Intercept, że Silva zmarł, bo zabrakło mu leku na cukrzyce, a upał lub dym nie miały z jego śmiercią nic wspólnego. Firma twierdzi również, że dołożyła wszelkich starań, by go ratować. Śledztwo trwa.

Sposób traktowania współpracowników Silvy, którzy skarżyli się na warunki, jest częścią ponurej opowieści o tym, jak sprekaryzowane jest życie tysięcy tymczasowych pracowników i pracownic w USA. Dzień po tym, kiedy Silva został zabrany do szpitala, zorganizowano jednodniowy strajk, a ludzie domagali się odpowiedzi na różne pytania i lepszych warunków pracy. 66 osób natychmiast zwolniono za niesubordynację. Zostali bez środków na powrót do Meksyku, ale i bez wypłaty za ostatnie dni pracy. Po tym jak pracownicy założyli obóz protestacyjny, zorganizowali marsz do siedziby firmy i przyciągnęli uwagę lokalnych mediów, udało im się odzyskać należne pieniądze, a firma Munger – jak podaje jej rzecznik – „z własnej inicjatywy zaoferowała zwolnionym pracownikom bezpieczną podróż powrotną do domu”.

Nie odzyskali jednak pracy, której bardzo potrzebowali. Munger jest dostawcą dla takich firm jak Walmart, Whole Foods, Safeway czy Costco.

Na północ od granicy amerykańsko-kanadyjskiej odnotowano podobne przypadki omdleń i problemów ze zdrowiem wśród pracowników i pracownic tymczasowych, a dym najwyraźniej jest jedną z przyczyn. Prawnicy podkreślają, że zamiast leczyć, wysyła się ich do domu niczym towar z usterkami. Według stacji CBC, przynajmniej 10 osób pracujących w zadymionej Kolumbii Brytyjskiej odesłano do Meksyku i Gwatemali, ponieważ „zdrowie nie pozwalało im pracować”.

Katastrofa i stare podziały

Ciągle przychodzi nam się mierzyć z tymi samymi wyzwaniami: w społeczeństwach głęboko podzielonych nierównościami, które pokrywają się z liniami podziałów rasowych, katastrofy naturalne wcale nie powodują, że jednoczymy się jak jakaś wyimaginowana wielka rodzina. Katastrofy nakładają się na istniejące podziały i tym bardziej je pogłębiają, więc ludzie, którzy i tak już dostawali w kość, w trakcie katastrofy i po niej dostają jeszcze mocniej.

Wiemy już, jak to działa w przypadku huraganów, takich jak Katrina, Sandy, Harvey i Irma. Mniej wiemy, jeśli chodzi o pożary, ale to się zmienia. Wiemy już choćby to, że władze stanowe Kalifornii, która walczy z niekończącym się pasmem pożarów, zaczęły w dużym stopniu polegać na pracy osadzonych, którym płaci się uwłaczająco niską stawkę godzinową, na poziomie dolara na godzinę, za najniebezpieczniejszą walkę z ogniem.Wiemy też, że rok temu do walki z pożarem w Fort McMurray w Albercie sprowadzono setki osób z Południowej Afryki, którzy ostatecznie solidarnie zrezygnowali z pracy, kiedy odkryli, że ich płace są dużo niższe niż pracujących wraz z nimi Kanadyjek i Kanadyjczyków, a także niższe niż podawała prasa. Bezzwłocznie wysłano ich do domu.

Wiemy też, że podobnie jak w przypadku powodzi, media więcej uwagi poświęcają ratowaniu zwierząt domowych w USA lub Kanadzie niż ludzkim ofiarom w niekontrolowanych pożarach gdzieś daleko w Indonezji czy Chile. Badania z 2012 roku szacują, że rocznie ponad 300 tys. ludzi ginie z powodu zanieczyszczeń powietrza powstałych w wyniku pożarów samoistnych, głównie w Afryce Subsaharyjskiej i południowo-wschodniej Azji.

Tego lata w Kolumbii Brytyjskiej dowiedzieliśmy się jeszcze więcej na temat tego, jak funkcjonują nierówności w przypadku katastrofalnych pożarów. Wielu liderów ludności rdzennej wyraziło ubolewanie, że ich społeczności podczas ewakuacji nie otrzymały wsparcia na takim samym poziomie, co społeczności nierdzenne, zarówno w zakresie walki z ogniem, jak i usuwania szkód. W związku z tym ludność wielu rezerwatów bezpośrednio zagrożonych pożarem odmówiła ewakuacji, a część została, by pomóc w walce z pożarem. Są wśród nich zespoły wyszkolonych strażaków ze sprzętem oraz zwykli ludzie z wężami ogrodowymi i zraszaczami. W co najmniej jednym przypadku policja zareagowała groźbą, że przyjedzie i siłą zabierze dzieci rodzinie. Brzmi to złowieszczo w kraju, gdzie odbieranie dzieci rdzennym rodzicom było do niedawna częścią rozwiązań systemowych.

Ostatecznie policja nie weszła do żadnego z domów Narodów Pierwotnych, a wiele z nich uratowano właśnie dzięki lokalnej samoorganizacji. Ryan Day, wódz zagrożonej pożarem grupy Indian kanadyjskich Bonaparte Indian Band, powiedział: „Gdybyśmy się wszyscy ewakuowali, naszych domów w tym rezerwacie już by nie było”.

Świat o dwóch słońcach

Zadymienie trwa już prawie tydzień, a niedługo będziemy mieć pełnię księżyca. Tutaj traktuje się pełnię serio: korzystając z dodatkowego oświetlenia, w lasach organizuje się narkotykowe imprezki z tańcami, a na rzekach nocne spływy kajakowe.

Kiedy jednak z początkiem sierpnia wyłania się księżyc prawie w pełni, przez chwilę wydaje mi się, że to słońce. Ma ten sam kształt i prawie ten sam ognisty kolor.

Przez cztery dni jest tak, jakbyśmy się znaleźli na innej planecie – z dwoma czerwonymi słońcami i bez księżyca.

Cierpkie owoce

Zadymienie trwa już dwa tygodnie. Jeżyny powinny już być dojrzałe. Idziemy je zbierać. Dziwne uczucie – uczestniczyć w tym beztroskim letnim rytuale, kiedy powietrze jest gęste od dymu, a napływające wieści coraz gorsze, ale nie odpuszczamy. Połączenie wędrówki z nieustannym jedzeniem to jedno z ulubionych zajęć Tomy.

No i nic z tego. Przy tak niewielkich opadach deszczu i słabiutkim słońcu nawet najbardziej dojrzałe owoce są kwaśne. Toma szybko się zniechęca i kolejnych już nie kosztuje. Wracamy do domu podrapani, z pustym wiaderkiem.

Wędrówek jednak nie odpuszczamy. Codziennie chodzimy przynajmniej godzinę lub dwie wśród omszałych cedrów i daglezji, wdychając przesycone tlenem powietrze. Kocham te lasy, a ich pierwotne piękno nie przestaje mnie zachwycać. Jednak to, co czuję teraz, to niemal uwielbienie – dziękuję im w duchu nie tylko za cień, filtrowanie powietrza i sekwestrację dwutlenku węgla (czyli za ich „usługi ekosystemowe” w języku biznesu uważanego za przyjazny środowisku), ale przede wszystkim za ich niewiarygodną wytrzymałość. Za to, że nie dołączają do płonących brat i sióstr. Za to, że pomimo ludzkich błędów ciągle nam towarzyszą. Przynajmniej jak dotąd.

Prześladowca

Znam ten dym, wdychałam go już wcześniej. Nie te konkretne cząsteczki, ale dym z tych samych licznych samoistnych pożarów. Co ciekawe, oddychałam nim niecały tysiąc kilometrów na wschód od tego miejsca, w innej prowincji.

W połowie lipca byłam w Albercie, gdzie pomagałam prowadzić kurs reportażu poświęconego ochronie środowiska w centrum kultury w Banff.

Również wtedy prognozy zapowiadały piękną pogodę, czyste niebo i wysokie temperatury. I również wtedy od pierwszego dnia zamiast pogody mieliśmy całun dymu, który przesłaniał przepiękny górski pejzaż Parku Narodowego Banff, prowokował alarmy ostrzegające o niskiej jakości powietrza, wywoływał bóle głowy i problemy z oddychaniem. Znowu #fakeweather, znowu prognoza ma rację, a rzeczywistość kłamie.

W lipcu wiał wschodni wiatr, dlatego Góry Skaliste dusiły się od dymu. W Calgary, stolicy kanadyjskiego przemysłu naftowego, dym był tak gęsty, że zasłaniał lśniące sylwetki wieżowców z logotypami takich koncernów jak Shell, BP, Suncor czy TransCanada. Nie był to koniec wędrówki zanieczyszczeń. Nadal przemieszczały się na wschód, sięgając centrum kontynentu, prowincji Saskatchewan i Manitoba, oraz niżej – Dakoty Północnej i Montany (NASA pokazała przerażające zdjęcie z 800-kilometrową chmurą dymu).

Po czym, właśnie gdy moja rodzina była w drodze do Kolumbii Brytyjskiej, wiatry nagle zmieniły kierunek na zachodni, a Góry Skaliste stały się wielką rakietą tenisową, która odbiła dym lobem ponad lądem aż do do Pacyfiku.

Niepokojące doświadczenie – oddychać tym samym dymem z tych samych płonących lasów dwa razy tego samego lata, chociaż przejechałam prawie 1000 kilometrów i przekroczyłam granice prowincji. Miałam wrażenie, że ta chmura mnie śledzi, niczym dymny potwór z serialu „Zagubieni”.

Świat płonie

Co nas oszołamia w całej tej sytuacji, to między innymi rozpiętość katastrofy – czasowa i geograficzna. Nawet tak niszczycielskie huragany jak Harvey ograniczają swoje działanie do określonego obszaru, a czas ich trwania jest względnie krótki, nie wliczając oczywiście skutków.

Pożary, które szaleją miesiącami, są czymś zupełnie innym. Mają wiele skutków bezpośrednich. Pozostawiają ogromne obszary wypalonej ziemi. Wywracają świat do góry nogami dziesiątkom tysięcy ewakuowanych ludzi, którzy tracą farmy, domy i bydło. Powodują zamknięcie wielu firm i dobijanie całych branż przemysłu – od turystyki po przetwórstwo drewna.

Ale są też skutki pośrednie, wywołane przez wędrujący dym. Przez lipiec i sierpień dym z tej pożogi pokrył obszar o powierzchni ponad miliona kilometrów kwadratowych. To więcej niż Francja, Hiszpania, Niemcy, Portugalia i Włochy razem wzięte. Tak jakby wszystkie zostały dotknięte tą jedną, szybko przemieszczającą się klęską żywiołową.

To, co piszę, to tylko jedna migawka z tego sezonu, zdominowanego przez pożary. Pod koniec lata płonęły już spore połacie Zachodu USA. W Los Angeles odnotowano największy w historii pożar na obszarze miasta. Wszystkie hrabstwa w stanie Waszyngton ogłosiły stan zagrożenia pożarowego. W Montanie samoistny pożar o nazwie Lodgepole Complex zamienił w pogorzelisko obszar 684 km2, co jest trzecim co do wielkości pożarem, odkąd w tym regionie osiedlili się ludzie. Jest to element ogólnego wzrostu liczby pożarów i miesięcy, w których występują. Według analizy organizacji Climate Central, od lat 70. poprzedniego wieku sezon zagrożenia pożarowego wydłużył się o 105 dni.

W Europie rozmiar pożarów w tegorocznym sezonie zagrożenia pożarowego był trzykrotnie wyższy od średniego, a jeszcze się nie zakończył. Najbardziej ucierpiała centralna Portugalia: czerwcu zginęło w ogniu niedaleko Pedrógão Grande ponad 60 osób. Setki domów spłonęły na Syberii. Chilijczycy walczyli tego lata z największym niekontrolowanym pożarem w historii, a tysiące osób było zmuszonych uciekać z domu. W czerwcu Republika Południowej Afryki zmagała się ze skutkami burzy, która spowodowała powódź w Kapsztadzie oraz gwałtowne niekontrolowane pożary w okolicznych miejscowościach. Nawet na Grenlandii, tej lodowej wyspie, tegoroczne lato przyniosło niespotykane dotąd pożary. Jason Box – światowej sławy klimatolog specjalizujący się w badaniu pokrywy lodowej na Grenlandii – jest zdania, że „temperatura na wyspie jest najprawdopodobniej wyższa niż [kiedykolwiek] przez ostatnie 800 lat.

Przykro mi, ale to zmiany klimatu

Podwyższona temperatura i susze to nie jedyne przyczyny pożarów. Inna to odwieczne aroganckie usiłowanie, by zarządzać siłami natury, które są od nas znacznie potężniejsze. Ogień to istotna część cyklu życiowego lasu: pozostawione same sobie lasy płoną co jakiś czas, by stworzyć warunki dla nowego wzrostu i zmniejszyć ilość łatwopalnego podszycia oraz starego drewna (lub „paliwa” w żargonie strażaków). Wiele rdzennych kultur latami posługiwało się ogniem jako narzędziem uprawy. W Stanach Zjednoczonych jednakże współczesna gospodarka leśna systematycznie ograniczała cykliczne pożary w celu ochrony drzewostanów, które miały skończyć w tartakach i przynieść zysk, oraz z obawy przed rozprzestrzenieniem się ognia na obszary zamieszkałe przez ludzi (a takich jest stopniowo coraz więcej).

Bez naturalnych pożarów lasy pełne są „paliwa”, co zwiększa ryzyko pożarów niekontrolowanych. A jest go tym więcej z powodu plagi kornika, który pozostawia po sobie ogromne ilości martwego i suchego drzewostanu. Dysponujemy już twardymi dowodami na to, że pladze kornika sprzyja wyższa temperatura i susze powodowane zmianami klimatu.

Nadrzędny czynnik jest oczywiście wszystkim znany: cieplejsza i suchsza pogoda – bezpośrednio związana ze zmianami klimatu – tworzy optymalne warunki dla samoistnych pożarów lasów. Suma czynników zamieniła lasy w idealnie przygotowane i gotowe do rozpalenia ogniska. Sucha ziemia to podłożone gazety, martwe drewno to podpałka, a wyższa temperatura to zapalniczka. Mike Flannigan, zajmujący się pożarami samoistnymi na Uniwersytecie Alberta, mówi bez ogródek: „Wzrost obszaru dotkniętego pożarem w Kanadzie to bezpośredni efekt działalności człowieka wywołującej zmiany klimatu. Pojedyncze przypadki trudno jest ze sobą powiązać, ale w rezultacie wzrostu temperatur rozmiar spalonych obszarów w Kanadzie od lat 70. XX wieku uległ podwojeniu”. Zgodnie z badaniami z 2010 roku, do końca wieku w Kanadzie możemy spodziewać wzrostu ilości pożarów o 75%.

Alarmujący jest fakt, że rok 2017 nie jest nawet rokiem El Niño, czyli cyklicznych zjawisk pogodowych związanych z naturalnym ociepleniem, które uważa się za główne przyczyny pożarów trawiących w zeszłym roku Południową Kalifornię i północną część Alberty. Jeden z nich prawie pochłonął miejscowość Fort McMurray, powstałą wyłącznie dzięki rozwojowi branży wydobywczej i petrochemicznej.

Ponieważ tym razem nie da się obwiniać El Niño, niektóre agencje prasowe wreszcie przestały owijać sprawę w bawełnę. Niemiecka gazeta Deutsche Welle napisała: „Zmiany klimatu podpalają świat”.

Dlaczego?

„Chyba niedługo spadnie śnieg” – oznajmia z powagą Toma, przyciskając nos do szyby, za którą wisi gęsty biały całun.

Odkąd opuściliśmy Albertę, jego pięcioletni umysł próbuje pojąć, dlaczego tego lata jest tak dużo dymu. Dlaczego ja ciągle kaszlę, a on dostał wysypki. Przede wszystkim jednak próbuje pojąć, dlaczego w tle ciągle słyszy strapionych dorosłych.

Jego reakcja przechodzi różne etapy. Koszmary nie pozwalają mu spać. Pisze piosenki, w których padają takie frazy, jak „dlaczego wszystko idzie w złym kierunku?”. Często wybucha śmiechem w nieodpowiednich momentach.

Początkowo niekontrolowane pożary lasów ekscytowały go, ponieważ mylił je z ogniskiem i opiekaniem na ogniu tradycyjnych słodyczy: pianka marshmallow i kostka czekolady pomiędzy dwoma ciasteczkami. Dopiero później dziadek wyjaśnił mu, że słońce stało się taką dziwnie świecącą plamą właśnie z powodu płonących lasów. Bardzo to przeżywał.

„A zwierzęta?”

Nauczyliśmy się kontrolować niepokój. Kilka razy dziennie ćwiczymy głębokie oddechy. Coś mi się jednak zdaje, że wprowadzanie do płuc większej ilości tego konkretnego powietrza nie jest dobrym pomysłem, szczególnie dla małych płuc podatnych na infekcje.

Nie rozmawiamy z Tomą o zmianach klimatu, co może wydawać się dziwne, skoro ja piszę o nich książki, a Avi kręci filmy, a do tego większość dnia spędzamy na rozmowach o tym, jaka powinna być skuteczna reakcja na ten kryzys. Owszem, rozmawiamy z nim o zanieczyszczeniu, ale w sposób przystępny dla niego. Mówimy na przykład o plastiku i o tym, że należy go sprzątać i używać jak najmniej, ponieważ przez niego zwierzęta chorują. Pokazujemy też spaliny wychodzące z rur wydechowych aut i ciężarówek i rozmawiamy o tym, że energię można czerpać ze słońca i wiatru, a następnie przechowywać ją w bateriach. Dziecko w jego wieku potrafi to zrozumieć i dobrze wie, jak należy się zachowywać (lepiej niż mnóstwo dorosłych). Mimo to myśl, że cała planeta ma gorączkę, która może wzrosnąć do tego stopnia, że znaczna część życia na planecie zginie w konwulsjach, wydaje mi się dla niego nie do udźwignięcia.

Tego lata musiał się jednak z nią zmierzyć. Nie jestem dumna z tej decyzji i nawet nie pamiętam, kiedy zapadła. Po prostu miał styczność ze zbyt wieloma dorosłymi, którzy ciągle gadali o atmosferze i prawdziwych powodach pożarów, i w końcu wszystko sobie poukładał.

Na zamglonym placu zabaw spotykam młodą matkę, która dzieli się radami, jak podtrzymywać na duchu zmartwione dzieci. Swoim dzieciom tłumaczy, że pożary lasów są pozytywną częścią cyklu odnawiania się ekosystemu, że ogień przygotowuje grunt pod nowe rośliny, którymi żywią się niedźwiedzie i jelenie.

Kiwam głową z poczuciem winy jako zła matka. Ale wiem, że kłamie. Prawdą jest, że ogień jest naturalną częścią cyklu życia, ale te akurat pożary, zasłaniające słońce na Wybrzeżu Północno-Zachodnim, to coś zgoła innego – są częścią planetarnej spirali śmierci. Wiele z nich jest tak gwałtownych i nieustępliwych, że zostawiają po sobie spaloną ziemię. Rzeki środków gaśniczych zrzucane z samolotów przenikają do systemów wodnych, gdzie stanowią zagrożenie dla ryb. Toma ma rację, kiedy obawia się, że zwierzęta stracą swoje domy w lasach.

Sprzężenie zwrotne

Największym zagrożeniem są jednak wydzielane podczas pożarów lasów gazy. Trzy tygodnie po tym, jak wybrzeże spowił dym, dowiadujemy się, że roczne emisje gazów cieplarnianych w prowincji Kolumbia Brytyjska wzrosły w wyniku pożarów trzykrotnie i nadal rosną.

Ten dramatyczny wzrost emisji jest częścią zjawiska, które klimatolodzy nazywają „pętlą sprzężeń zwrotnych” (feedback loop): dwutlenek węgla podwyższa temperaturę i wydłuża okresy bezdeszczowe, które powodują pożary, te z kolei powodują uwolnienie do atmosfery większej ilości gazów cieplarnianych, co dalej ociepla i wysusza planetę i w konsekwencji prowadzi do jeszcze częstszych pożarów.

Inny tego typu szkodliwy układ zamknięty obserwujemy podczas pożarów na Grenlandii. Ogień wytwarza czarną sadzę (zwaną również czarnym węglem), która osiada na pokrywie lodowej i zmienia jej kolor na szary lub czarny. Ciemniejszy lód absorbuje więcej ciepła niż biały, który je odbija. W efekcie lód topi się szybciej, co powoduje podnoszenie się poziomu oceanów i uwolnienie ogromnej ilości metanu, który zwiększa ocieplenie i wywołuje kolejne pożary, a to z kolei tym bardziej zaciemnia pokrywy lodowe i przyspiesza ich topnienie.

Nie powiem więc Tomie, że te pożary to pozytywna część cyklu życia. Decydujemy się na półprawdy, licząc, że dzięki temu koszmary miną.

„Zwierzęta wiedzą, jak uciec przed ogniem. Biegną w stronę rzek, strumieni lub innych lasów”.

Rozmawiamy o tym, że musimy sadzić więcej drzew i budować nowe domy dla zwierząt. To odrobinę pomaga.

Czerwona lampka – dla niektórych

Jednym z obszarów najmocniej dotkniętych pożarami jest terytorium rdzennego ludu Secwepemc, które często odwiedzam. To ogromny obszar w sercu Kolumbii Brytyjskiej, którego większość teraz płonie. Zmarły niedawno wódz Secwepemc, Arthur Manuel, był moim przyjacielem i wiele razy u niego gościłam. W tym roku byłam dwukrotnie, na pogrzebie Arthura i na spotkaniu, które przygotowywał, kiedy serce odmówiło mu posłuszeństwa.

To spotkanie było odpowiedzią na decyzję premiera Justina Trudeau, aby zatwierdzić projekt wart 7,4 miliarda dolarów, który ma zwiększyć przepustowość rurociągu Kinder Morgan Trans Mountain, przesyłającego ropę z piasków bitumicznych z Alberty przez Brytyjską Kolumbię. Rozbudowa rurociągu oznacza poprowadzenie wielu połączeń przez drogi wodne położone na terenie społeczności Secwepemc, czemu stanowczo przeciwstawia się wielu miejscowych właścicieli gruntów. Arthur wierzył, że ten opór może przerodzić się w „północny Standing Rock”.

Kiedy tego lata zaczęły się pożary, przyjaciele i rodzina Arthura Manuela nie tracili czasu i od razu zaczęli głośno mówić, że dalsze rozbudowywanie infrastruktury dla paliw kopalnych w świecie, który płonie, to szaleństwo. Grupa robocza Indian Secwepemc do spraw suwerenności żywnościowej ludów rdzennych wydała oświadczenie, w którym sprzeciwia się rozbudowie rurociągu i domaga się, aby dotychczasowa infrastruktura została natychmiast zamknięta w celu zmniejszenia ryzyka pożaru przesyłanego paliwa.

„Mamy obecnie stan wyjątkowy w walce ze zmianami klimatu” – twierdzi nauczycielka Dawn Morrison, rdzenna Secwepemc. „Zdrowie naszych społeczności w dużej mierze oparte jest na możliwości połowu dzikiego łososia i dostępie do czystej wody pitnej. W razie awarii lub pożaru rurociągu Kinder Morgan zagrożone byłoby jedno i drugie”.

Co nam podpowiada zdrowy rozsądek? Kiedy infrastruktura służąca do przesyłu gazu i ropy znajduje się w samym oku skumulowanych skutków spalania tychże paliw kopalnych (a pomyślcie też o przypadkach zniszczenia przez huragany platform wiertniczych lub o zalanym powodzią Houston), wszyscy powinniśmy zrobić to, co zrobili Secwepemc: potraktować klęskę żywiołową jako sygnał, że trzeba zacząć walczyć o bezpieczniej urządzony świat. I to szybko.

Tylko ani słowa o ropie

Nie tak jednak działają nasze systemy polityczne i ekonomiczne: przeciwnie, one świadomie i celowo blokują takie wnioski i reakcje, podpowiadane przez instynkt samozachowawczy. Koncern Kinder Morgan nawet nie zawraca sobie głowy, by odnieść się do niepokojów lokalnych społeczności. Mało tego – firma przygotowuje się do rozpoczęcia rozbudowy rurociągu jeszcze w tym miesiącu, kiedy ogień wciąż szaleje.

Najgorsze jest to, że wiele firm wydobywczych stosuje doktrynę szoku i wykorzystuje stan wyjątkowy do osiągnięcia celów, których w innych okolicznościach nie udałoby się osiągnąć. Na przykład spółka Taseko Mines od lat walczy o prawo do budowy bardzo kontrowersyjnej kopalni odkrywkowej złota i miedzi na najbardziej dotkniętym przez pożary obszarze Kolumbii Brytyjskiej. Zdecydowane protesty Tsilhgot’in, jednego z Narodów Pierwotnych, spowodowały skuteczne zablokowanie tego toksycznego projektu oraz wprowadzenie wielu korzystnych regulacji.

Jednak w lipcu tego roku, kiedy wiele społeczności Tsilhgot’in otrzymało nakaz ewakuacji i tylko część została, by walczyć z ogniem na własną rękę, kończący kadencję rząd Kolumbii Brytyjskiej – znany z typowej dla „dzikiego zachodu” korupcji – zrobił coś bezprecedensowego. Podczas ostatniego tygodnia urzędowania, po dotkliwej porażce w wyborach, rząd wydał Taseko szereg pozwoleń na rozpoczęcie prac. „Znieczulica rządu nie zna granic – gdy ludzie wciąż walczą z ogniem o domy i życie, ten wydaje pozwolenia, które spowodują dalszą nieodwracalną dewastację ziemi” – powiedział Russell Myers Ross, wódz Tsilhgot’in. Odpowiedź przedstawiciela odchodzącego rządu brzmi tak: „Zdaję sobie sprawę, że ta decyzja zapadła w trudnym dla Pana czasie w związku z pożarami, które dotykają niektóre z bliskich Panu społeczności”.

Pomimo całego stresu, w jakim żyją, Tsilhgot’in rozpoczęli już walkę w sądzie i Taseko została zmuszona zawiesić plany odwiertów ze względu na problematyczne kwestie prawne. Mamy nowy rząd prowincji, który jest bezprecedensową koalicją centrolewicowej Nowej Partii Demokratycznej i Zielonych. Nowy rząd na różne sposoby kwestionuje legalność rurociągu Kinder Morgan. Jest to dobra wiadomość dla klimatu, których mamy jak na lekarstwo.

Jeśli ktoś żywi nadzieję, że pożar obudzi w Trudeau potrzebę podjęcia istotnych działań na rzecz klimatu, to niestety czeka go spore rozczarowanie. Premier Kanady lubi być fotografowany, kiedy hasa sobie i figluje (najlepiej bez koszuli) w malowniczej scenerii Kolumbii Brytyjskiej, a jego żona Sophie Grégoire wywołała niedawno burzę emotikonek po opublikowaniu zdjęć, na których serfuje na wyspie Vancouver (i to kiedy ogień szalał, co widać po szarawym niebie).

Zachwyty premiera nad lasami i wybrzeżami Kolumbii Brytyjskiej nie przeszkadzają mu robić co może, by jak najszybciej sfinalizować projekty rozbudowy rurociągów i kopalni piasków bitumicznych. „Żaden kraj nie zostawiłby w ziemi 173 miliardów baryłek ropy”, powiedział w marcu do tłumku wiwatujących na jego cześć szefów spółek gazowych. Zdania nie zmienił, chociaż od tamtego czasu Houston zalała powódź, a jedna trzecia kraju płonie. W tym miesiącu jeden z ministrów wypowiedział się o zgodzie na rozbudowę rurociągu Kinder Morgan w sposób następujący: „Od tamtej chwili nie wydarzyło się nic, co mogłoby spowodować zmianę naszej opinii, że jest to dobra decyzja”. Trudeau leci na autopilocie w kwestii paliw kopalnych i wydaje się, że nic nie jest w stanie zmienić jego kursu.

Jest też Donald Trump, którego działania na szkodę klimatu są zbyt obszerne i zawiłe, by je tu wyliczać. Warto przypomnieć, że prezydent USA wybrał tegoroczne lato, pełne powodzi i pożarów, żeby rozwiązać federalny komitet doradczy oceniający skutki zmian klimatycznych w Stanach Zjednoczonych oraz żeby dać zielone światło odwiertom na Morzu Beauforta.

Stracił dwa domy

Nie tylko politycy wykazują się determinacją, by nie wyciągać wniosków z desperackich sygnałów wysyłanych przez środowisko. W trakcie stanu zagrożenia pożarowego w Kolumbii Brytyjskiej kanadyjska stacja CBC natrafiła na żyłę złota, jeśli chodzi o tzw. temat z życia: wynaleźli człowieka nazwiskiem Jason Schurman, któremu ogień strawił nie tylko drewniany dom w Kolumbii Brytyjskiej, ale i drugi, w Fort McMurray – tyle że rok wcześniej. Dwa domy, dwa pożary, jeden człowiek. CBC pokazała zdjęcia zgliszcz oddalonych od siebie o 1300 km domów – jedno obok drugiego.W obu przypadkach zostało tylko palenisko i komin.

W tej historii ludzkiej tragedii, do jakiej prowadzą takie katastrofy, pada wiele poruszających szczegółów: niekończąca się biurokracja, bolesne wspomnienia, stres dla całej rodziny. Nie wspomina się jednak choćby słowem o zmianach klimatu. To ciekawe, bo Schurman pracuje jako kierownik w kopalni bituminów w Albercie. Reporterowi nawet przez myśl nie przeszło, by zapytać Schurmana, czy utrata dwóch domów i fakt, że o mało nie stracił syna, wzbudziły w nim jakiekolwiek wątpliwości na temat przemysłu, w którym pracuje (jednym z niewielu w USA i Kanadzie, który stać jeszcze na to wypłacać pensje pozwalające żyć na poziomie klasy średniej). Nie, historia o człowieku, który „spalił się dwa razy” odegrała po prostu rolę emocjonującej opowieści z życia wziętej, wywołującej wzruszenie ludzkim losem, podobnie jak materiał o strażaku, który ożenił się wśród płomieni.

Kiedy tą niezwykłą historią zajął się magazyn Vice, ich reporter spytał wreszcie Schurmana o zmiany klimatu, a ten przyznał, że są pewnie jedną z przyczyn szalejących pożarów. Ale jak to w materiałach Vice, spora część artykułu dotyczyła tego, jak body art pomaga pracownikom branży naftowej radzić sobie ze stratą: „Nieprzerwany ból podczas tatuowania pozwala człowiekowi zapomnieć… że stracił wszystko, co miał”.

Przyzwyczaisz się

Czyż nie wszyscy jesteśmy winni temu, że jak lunatycy kroczymy w stronę apokalipsy? Tutejsza nieostra, zamglona przez dym rzeczywistość sprawia, że to wypieranie zbiorowej odpowiedzialności staje się jeszcze bardziej dojmujące. W sierpniowy dzień w Kolumbii Brytyjskiej wszyscy wyglądamy jak lunatycy, kiedy błąkamy się tak między pracą a codziennymi zadaniami, załatwiamy sprawunki, odpoczywamy, oddychając gęstym dymem, i udajemy, że nie słyszymy bijącego na trwogę dzwonu gdzieś w tle.

W końcu dym to nie ogień. Nie powódź. Nie wymaga natychmiastowej uwagi, nie zmusza do ucieczki. Można z nim żyć, choć bez niego żyje się lepiej. Można się przyzwyczaić.

No i się przyzwyczajamy.

Surfujemy w dymie na desce i udajemy, że to mgła. Przychodzimy na plażę z piwem i cydrem i rozmawiamy o tym, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo teraz właściwie nie trzeba używać kremów do opalania.

Siedzę na plaży pod tym sztucznym, mlecznym niebem i nagle w głowie błyska mi obraz ludzi opalających się całymi rodzinami na przesiąkłych ropą plażach podczas eksplozji platformy wiertniczej Deepwater Horizon. I uderza mnie myśl: to jest to samo. Oni to my. My tak samo nie chcemy, żeby pożary lasów przeszkodziły nam w rodzinnych wakacjach.

Podczas katastrof często słyszymy o ludzkiej wytrzymałości. Istotnie, jesteśmy bardzo wytrzymałym gatunkiem. Nie jest to jednak cecha jednoznacznie dobra. Wygląda na to, że potrafimy się przyzwyczaić do niemal wszystkiego, nawet do nieprzerwanego unicestwiania naszego własnego siedliska.

Naprawianie psuciem

Tydzień po tym, jak lokalna gazeta Sunshine Coast opublikowała tekst pod tytułem „Dni mgły”, miesięcznik The Atlantic optymistycznie podpytuje w tytule artykułu, „Czy aby zatrzymać globalne ocieplenie, powinniśmy przyciemnić niebo?”.

Tekst koncentruje się na zarządzaniu promieniowaniem słonecznym, czyli metodzie polegającej na rozpyleniu w stratosferze dwutlenku siarki w celu stworzenia bariery między Ziemią a Słońcem, co wymusi obniżenie temperatury. Wycofanie się Trumpa z porozumienia paryskiego, pisze The Atlantic, powoduje, że coraz więcej państw, w tym Chiny, bierze przyciemnienie nieba na poważnie.

Pierwsza informacja o ewentualnych problemach związanych z tą metodą pada w 20. akapicie tekstu, gdzie pewien klimatolog wyjaśnia, że takie psucie środowiska „mogłaby wywołać susze, powodzie i inne tego typu zjawiska”. No cóż, tego byśmy chyba nie chcieli… Pisałam już gdzie indziej, że istnieje długa lista recenzowanych publikacji dowodzących, że tego rodzaju geoinżynieria klimatu mogłaby zakłócać monsuny w Azji i Afryce, a to z kolei groziłoby zmniejszeniem dostępu do wody i żywności miliardom ludzi na świecie.

Wyobraźmy sobie scenariusz, w którym ludzie tacy jak Trump, Narenda Modi czy Kim Dzong Un mieliby do dyspozycji ingerujące w klimat technologie, które służyłyby im jako rodzaj broni niekonwencjonalnej. Wówczas nastałaby era niewypowiedzianych wojen pogodowych: jeden kraj pozbawia opadów drugi kraj, bo musi ratować swoje plony, a ten drugi odpowiada klęską powodzi.

Niektórzy niedoszli geoinżynierowie klimatu są przekonani, że nawet nad najczarniejszymi skutkami takich rozwiązań da się zapanować. Wszyscy przyznają jednak, że są drobne minusy. Rozpylanie w stratosferze dwutlenku siarki prawie na pewno spowodowałoby powstanie trwałej mlecznobiałej mgiełki, a czyste błękitne niebo na całej planecie pozostałoby tylko wspomnieniem.. Astronomowie nie mogliby prawdopodobnie oglądać gwiazd i planet zbyt dokładnie, a mniejsze nasłonecznienie zmniejszyłoby wydajność generatorów solarnych, które produkują energię elektryczną.

Teoretycznie taka cena za kupienie „czasu na zwarcie szeregów” w walce z zanieczyszczeniem, jak ujmuje to The Atlantic, może się wydawać niewysoka. Kiedy jednak czyta się o celowym zasłanianiu nieba, gdy niebo już jest przyciemnione przez wszechobecny dym, który dosłownie okrywa świat kirem, całkowicie zmienia to punkt widzenia na takie pomysły.

Utrata nieba to poważna sprawa. Jest dla nas oczywiste, że gdy spojrzymy w górę, to nawet w najbardziej zatłoczonych miastach możemy dostrzec świat poza naszym zasięgiem – i chodzi nie tylko o samoloty i satelity, ale i o niebiosa, o nieznane, tajemnicze „gdzieś tam”. W sierpniu tego roku na Wybrzeżu Północno-Zachodnim prawie nigdzie nie dało się dostrzec ani skrawka tych przestworzy. Dało się za to dostrzec nas samych, produkt uboczny naszego zepsutego systemu. Dym zamienił nam sklepienie niebieskie w sufit – i ja odczuwam to jak wieko. Wieko, które nas przytłacza.

Mówię do męża, że powinniśmy ruszyć na północ i jechać tak długo, aż znajdziemy czyste powietrze. Zaraz jednak przypominam sobie, że dojechalibyśmy wtedy do szybko znikającej wiecznej zmarzliny. Zostajemy na miejscu.

Wiatr się zmienia

Po prawie dwóch pełnych tygodniach zadymienia coś jakby drgnęło. Najpierw tylko to słyszę, ale po chwili widzę poruszające się gałęzie drzew. Wiatr! Temperatura gwałtownie spada. W południe na niebie obok chmur widać już kawałki błękitu, przedzielone chmurami. Zdążyłam zapomnieć, że chmury wyglądają zupełnie inaczej niż dym – są wyżej, mają najrozmaitsze kształty i dynamikę, ruch.

Dym jeszcze tu jest, ale większość rozwiało. Świat zyskał ostrość. Wyrazistość. Znacie to uczucie radości, kiedy przechodzi nam uporczywa gorączka? Dokładnie tak się czuję.

Kolejny dzień przynosi deszcz. Niedużo, ale wystarczająco, by mieć nadzieję na odrobinę ulgi dla 2400 wykończonych i przepracowanych strażaków. Moje alergie przechodzą, a Toma przesypia już całą noc.

Ale wieści z głębi kontynentu są tragiczne. Te same wiatry, które rozpędziły dym na wybrzeżu, pchnęły go w kierunku epicentrum pożarów. Bezruch powietrza, który zatrzymał u nas dym na tak długo, był zbawienny dla strażaków. Teraz się to skończyło się, a deszczu wciąż za mało.

Przez kolejny tydzień pożary w Kolumbii Brytyjskiej biją rekordy. Do połowy sierpnia w prowincji pada rekord: największy obszar wypalony przez rok, 5557 km2. W ciągu kilku dni parę różnych pożarów łączy się, by pobić kolejny – największy pojedynczy pożar w historii Kolumbii Brytyjskiej.

Zaćmienie

Kiedy przychodzi czas na zaćmienie słońca, nie czuję nic oprócz przerażenia. Niebo jest czyste, warunki obserwacji wprost idealne i wiem, że teoretycznie to, co mamy okazję oglądać, jest cudem natury. Nie potrafię jednak po raz kolejny pożegnać się ze słońcem, nawet na kilka minut. Przecież dopiero co do nas wróciło.

Zaćmienie spędzam na zewnątrz, w samotności, wpatrzona w horyzont, jak gdyby kurczowo chwytając się gasnącego światła. Tydzień później neonaziści maszerują z pochodniami przez Charlottesville w stanie Wirginia, i w sytuacji, gdy tylu ludzi walczy z prawdziwym piekłem, to nagłe zaćmienie naszego świata wydaje się aż zanadto dosłowne.

Globalny alarm przeciwpożarowy nie działa

W pierwszy wrześniowy weekend, czyli w Święto Pracy, w Kolumbii  Brytyjskiej ciągle szaleje ponad 160 pożarów. Bardzo wysokie temperatury, suche powietrze i wiatry zmówiły się, by stworzyć warunki dla wielu nowych, ogromnych pożarów samoistnych i rozprzestrzeniania się starych. Władze codziennie ogłaszają nowe nakazy ewakuacji. Z ostatnich danych wynika, że ponad 60 tys. mieszkańców i mieszkanek zostało zarejestrowanych przez Czerwony Krzyż jako osoby ewakuowane. Stan zagrożenia został wydłużony po raz czwarty.

Ale nawet w Kanadzie wieści o pożarach nie są w stanie konkurować ze spustoszeniami, jakie pozostawił po sobie huragan Harvey, z ogromną liczbą zmarłych i poszkodowanych ofiar powodzi w Azji Południowej i Nigerii, wreszcie z potężnym huraganem Irma. Do tego mamy trafiające na nagłówki gazet wieści o pożarach w Los Angeles, o stanie zagrożenia w stanie Waszyngton i o nowych nakazach ewakuacji z Parku Narodowego Glacier na północy prowincji Manitoba. Satelitarne zdjęcie z początku września ukazuje cały nasz kontynent przykryty ogromną chmurą dymu. Znowu #fakeweather od Pacyfiku po burzliwy Atlantyk.

Ledwo nadążam za wysypem wiadomości o katastrofach, a to przecież moja praca. Wiem tyle, że nasz wspólny dom płonie, włączamy wszystkie syreny równocześnie, rozpaczliwie bijemy na alarm, w nadziei, że nas usłyszą. Czy nadal będziemy potykać się i rzęzić w półmroku, udając, że nic się nie dzieje, tak jakby żadne zagrożenie nie istniało? Czy może wreszcie usłyszymy ten alarm i zareagujemy tak, jak ludność Secwepemc, która, choć w chmurze dymu, rusza na front walki przeciwko rozbudowie rurociągu na ich spalonej ziemi?

Te pytania wciąż wiszą w zadymionym powietrzu tego lata.

Wsparcie naukowe: Sharon J. Riley

Przełożył Robert Reisigová-Kielawski

źródło: The Intercept

Przetłumaczone przez Zielone Wiadomości za zgodą Naomi Klein i redakcji The Intercept

Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.

 

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.