Foto: juliakubisa.wordpress.com

O polskim węglu

Julia Kubisa
6 lutego 2016

 

Co prawda miałam nie pisać o książkach, które potrzebne mi są do pracy, ale wydaje mi się, że od czasu do czasu mogę zrobić wyjątek. Szczególnie jeśli książka nie jest stricte naukowa. Dlatego do mojej listy książek 2016 dopisuję “Polski węgiel”. To książka składająca się z trzech dużych tekstów – Edwina Bendyka, Marcina Popkiewicza i Michała Sutowskiego, oraz reportażu społeczno-artystycznego Urszuli Papajak, wydana przez Krytykę Polityczną.

polskiwegielTrzy duże teksty Bendyka, Popkiewicza i Sutowskiego jakoś nawiązują do siebie nawzajem, a reportaż Papajak stanowi nieco krytyczne rozwinięcie niektórych myśli, które pojawiają się w tekstach.

Punktem wyjścia jest polski węgiel, na którym – jak deklaruje redakcja w reklamie książki – stoi polska gospodarka. A dla każdego z autorów oznacza to nieco coś innego.

I tak Bendyk przedstawia bardzo ciekawe rozważania na temat możliwości świata bez węgla. Czy zielone technologie, które są w debacie na temat węgla i emisji gazów cieplarnianych prezentowane jako naturalny (wręcz) następca kopalń – są rzeczywiście rozwiązaniem? I jeśli tak, to komu będą służyć? Bendyk przenosi dyskusję poziom wyżej, i zamiast dywagacji na temat wyższości wiatraków nad kilofami pokazuje jak wpisać węgiel i rezygnację z węgla w dyskusję o kapitalizmie. Mamy tu bardzo ciekawe rozważania o relacji między kapitalizmem a naturą, przywołana jest koncepcja antropocenu i kapitałocenu, oraz bardzo mocne i oparte na ciekawej literaturze pytania o istnienie społeczeństwa w czasach dominacji kapitału. Bendyk interesująco rozprawia się z różnymi optymistycznymi koncepcjami, zawierzającymi polepszenie sytuacji społeczeństw technologiom.

Mamy zatem wiarę w nowe zielone technologie, konkurencję na światowych rynkach węgla, strukturalną przemianę rynku pracy, postępujące zanieczyszczenie powietrza, ogólnie mnóstwo różnych czynników na różnych poziomach, które jak na razie nie są zupełnie systemowo koordynowane, a na tym rozproszeniu korzysta system kapitalistyczny, ale już nie społeczeństwa.

W tym erudycyjnym rozdziale uwagę zwraca prześlizgnięcie się po kwestii pracowniczej. Jest o tym, że górnicy bronią miejsc pracy bo jest to dla nich racjonalna strategia, są wyliczenia wskazujące, że kiedyś stanowili potężny elektorat, teraz nawet liczebnie nie są już tak wpływowi i dlatego też politycy przestają się z nimi liczyć. Strukturalna zmiana na rynku pracy, związana z niechybnym bezrobociem górników jednak niekoniecznie musi oznaczać ich płynne przejście do sektora zielonych technologii. To, że w jednym segmencie rynku pracy tworzą się nowe miejsca pracy nie oznacza przecież, że napłyną tam ci, którzy właśnie stracili pracę gdzie indziej. Ale powiedzmy, że rozważania Bendyka prowadzone są na tyle ogólnym, koncepcyjnym poziomie, że na konkretne rozwiązania nie ma tu miejsca.

Równie ciekawy jest tekst Sutowskiego, prezentujący rys historyczny polskiego węgla, istotność roli, jaką pełniły wydobycie i eksport tego surowca dla PRLowskiej gospodarki – i jak to wyobrażenie istotności przetrwało, mimo iż wcale już nie jest tak potrzebny. Poza tym sporo można się dowiedzieć o kosztach ukrytych wydobycia węgla, przekładających się na pogarszanie jakości życia w Polsce, fatalne zanieczyszczenie powietrza sprawiające, że “tani” węgiel generuje mnóstwo społecznych kosztów, na które nie można już przymykać oka.

Można jednak odnieść wrażenie, że ten kompetentnie napisany rozdział ma trochę pełnić funkcję mitygującą wobec tego, co pisze rozdział wcześniej Marcin Popkiewicz.

Rozdział Popkiewicza traktuje przede wszystkim o charakterystyce sektora: to, nomen omen, kopalnia wiedzy o sposobach wydobycia węgla, jego odmianach, o największych światowych graczach węglowych i miejscu Polski w globalnej konkurencji. Jest również sporo informacji o kosztach ukrytych wydobycia.

Jednakże, oprócz tego znajdziemy u Popkiewicza charakterystykę zarządzania sektorem w Polsce i tu się robi ciekawie. Peany pod adresem prywatnych kopalni – bez informacji o warunkach pracy, poziomie wynagrodzeń i formie umów; druzgocząca krytyka systemów zarządzania w spółkach Skarbu Państwa oraz – creme de la creme – litania zarzutów pod adresem pracowników i związkowców. Czego tu nie mamy – są bizantyjskie koszty utrzymania związkowców, są roszczeniowe załogi, które kompletnie nie rozumieją, że podcinają gałąź, na której siedzą i cały czas domagają się czternastek. Wywód inkrustowany jest cytatem z wypowiedzi prezydenta Nowej Soli, który górnikom wypomina, że w przeciwieństwie do innych grup zawodowych przeszli przez transformację suchą stopą. Do tego wypowiedź anonimowego górnika o tym jak naciągane są koszty dodatków za pracę pod ziemią. Przypisy do tego demaskatorskiego wątku pochodzą z Faktu i Newsweeka.

Jasne, że w polskim górnictwie jest sporo nieuporządkowanych kwestii związanych z zarządzaniem. Sytuacja, w której związek zawodowy zakłada firmę, w której zatrudniają się górnicy by pracować w kopalni w czasie wolnym od pracy etatowej jest dla mnie co najmniej niewłaściwa. Niemniej zdumiewa mnie jak to się stało, że w książce wydanej przez Krytykę Polityczną pojawiają się sformułowania “roszczeniowa załoga”, w której związki zawodowe niemalże potępia się w czambuł, przypisując im totalną krótkowzroczność oraz działania na szkodę przedsiębiorstw.

Autor (a właściwie autorzy, niestety) w żaden sposób nie odnoszą się do fali protestów i strajków, jaka miała miejsce w polskim górnictwie na przełomie 2014 i 2015 roku. Wbrew temu co pisze Popkiewicz, protesty nie polegały na rzucaniu mutrami – swoją drogą fascynująca jest kariera tego sformułowania, sklejonego ze słowem górnik – tak jak “mops – porwał klops”, tak “górnik – rzuca mutrą”. Choć doszło do konfrontacji górników z ochroną budynku zarządu w Jastrzębskiej Spółce Węglowej. Co akurat było wstrząsające, bo do górników strzelano gumowymi kulami – i nie wywołało to żadnego oburzenia. Ot, roszczeniowcy, zasłużyli na kulkę.

W innych kopalniach trwały protesty, także okupacyjne, ale w imię ochrony miejsc pracy i interesu przedsiębiorstwa, nie przerywano wydobycia.

W Zabrzu do akcji protestacyjnej włączono lokalną społeczność. To z Zabrza pochodzi rysunek prezentujący płaczących górników, który obecnie jako mural zdobi jeden z budynków w Katowicach. Narysowała go dziewczynka, której tata i dziadek protestowali w obronie przeznaczonej do zamknięcia kopalni Makoszowy, ostatniej w mieście (moje zdjęcia kopalni Makoszowy do obejrzenia na Flickrze). Co więcej, w protestach udział brała też prezydent Zabrza. Czy to znaczy, że ona też jest roszczeniowa? Czy raczej po prostu obawia się, że jej miasto czeka scenariusz przetestowany już przez Wałbrzych?

Myślę, że dyskutując o polskim węglu nie można po prostu nie pisać o społeczności górników i ich specyficznej kulturze. Wokół kopalni, finansowane zresztą z kopalnianych pieniędzy, wyrastały osiedla, kluby sportowe, przedszkola – a w nich dość mocno zintegrowane wspólnoty. Jeśli powołujemy się na to, co oznaczała polityka Thatcher dla górnictwa, to nie można mówić wyłącznie o słupkach bezrobocia – ale także o przetrąconych kręgosłupach lokalnych społeczności. Którym nie do końca pomoże to, że za dziesięć lat w miejsce kopalni powstanie jakieś super hiper centrum kultury.

Tak samo nie rozumiem, dlaczego w wydawnictwie KP przechodzi powoływanie się na cytat prezydenta Nowej Soli, wypominającego górnikom ich uprzywilejowanie. Myślę, że krytyczny dyskurs na temat transformacji mamy już na tyle opanowany by wiedzieć, że to żaden powód do dumy, że tyle grup społecznych i zawodowych zostało poszkodowanych i wykluczonych oraz zubożonych przez przekształcenia. Dlaczego dołączać do tej długiej listy kolejną grupę?

Jak to się dzieje, że mamy wielki cytat o nieprawidłowościach w wyliczeniach dodatków za pracę na dole – od jednego anonimowego górnika – za to nie ma żadnej relacji z uzgodnień zawartych między protestującymi górnikami a JSW czy Kompanią Węglową? Moim zdaniem jednak zaprzepaszczono szansę by wyjść poza komunały o górnikach i ich mutrach, i napisać coś więcej o tym o co i jak walczą, w jakich warunkach pracują i na co są w stanie się zgodzić w negocjacjach z pracodawcami. Reportaż Papajak niewiele tu zmienia, jest raczej artystycznym listkiem figowym, dzięki któremu można powiedzieć “kwestia pracownicza – odhaczona”. Ale właśnie odhaczona nie jest.

Być może to co piszę brzmi zbyt sentymentalnie – lokalne wspólnoty, górniczy etos i tak dalej. Już bez przesady, żyjemy w sfragmentaryzowanej późnej nowoczesności, deal with it. Poza tym górnicy za Buzka dostali sporo kasy w odprawach i wcale to się dobrze nie skończyło.

Myślę jednak, że skoro górnik stał się dla polskich partii lewicowych – Zielonych i Razem – punktem odniesienia jako symbol “prawdziwej klasy pracującej” – tu warto sobie przypomnieć wywiady z zeszłego roku z przedstawiciel(k)ami partii, oraz deklaracje kto lepiej rozumie/reprezentuje górników – to nad górnikami jako społecznością trzeba się pochylić. Szczególnie jeśli jest się lewicowym wydawnictwem.

Artykuł ukazał się po raz pierwszy na blogu autorki: juliakubisa.wordpress.com

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *